0:00
0:00

0:00

Od 1 września mierzymy się w Polsce z dodatkowym nieoczekiwanym skutkiem ubocznym pandemii. Wydawałoby się, że zagrożenie pandemiczne powinno skutkować konsolidowaniem obowiązkowych lekcji wspólnych i przesuwaniem wszystkiego, co nieobowiązkowe (religia, etyka, kółka zainteresowań) na godziny skrajne, tak żeby wszyscy uczniowie, którzy nie muszą w tym czasie być w szkole, mogli już z niej wyjść.

Jednak w części szkół obostrzenia pandemiczne posłużyły za pretekst do wprowadzania bezprawnego przymusu uczestnictwa w nieobowiązkowych zajęciach z religii i do innych przekroczeń. Jako radna Warszawy od początku roku szkolnego odbieram w tej sprawie listy od bezradnych rodziców uczniów stołecznych podstawówek i szkół średnich. Powracają w nich te same problemy.

Preferencje katechety priorytetem

W niektórych szkołach rodzice dzieci niechodzących na religię dostali do podpisania druki, z których wynika, że muszą się zgodzić, żeby ich dzieci przebywały podczas katechezy (wstawionej oczywiście w środek planu) w sali, w której odbywają się te zajęcia, ponieważ szkoła „nie jest w stanie” zapewnić w tym czasie ich dzieciom opieki (z powodu obostrzeń związanych z pandemią).

W ten sposób dzieci muszą wysłuchiwać treści, które wielu rodziców uznaje za nieakceptowalne.

Zdarza się też, jak piszą rodzice, że katecheci uznają obecność dzieci w sali za przyzwolenie na włączanie ich do lekcji w sposób urągający zasadom pedagogiki, np. stawiając je w opozycji do reszty klasy, dywagując, jak też „ateiści spędzają czas, kiedy my świętujemy”. Zdarza się też wymaganie, żeby dzieci nie uczestniczące w zajęciach wstawały na czas modlitw, bo wymaganie szacunku dla religii niestety często przeradza się w całkowity brak szacunku do tych, którzy jej nie wyznają.

Przeczytaj także:

Inny wariant tej sytuacji: podczas wstawionych w środek planu nieobowiązkowych zajęć z religii, dzieci, które nie biorą w nich udziału, są wystawiane na korytarz bez opieki (nawet pierwszaki), wysyłane do szatni, stołówki, na zajęcia innych klas.

Nie byłoby powyższych kłopotów, gdyby nie fakt, że nieobowiązkowe zajęcia religijne są wstawiane pomiędzy lekcje z innych przedmiotów.

Chociaż, zgodnie z prawem katecheza powinna być organizowana wyłącznie na pisemnie wyrażone życzenie opiekunów dzieci, rodzice pierwszaków w większości szkół zastają te zajęcia w planie, zanim zdążą wyrazić jakiekolwiek życzenie w tej kwestii.

Tymczasem religia w środku planu irytuje także część rodziców dzieci, które uczestniczą w tych zajęciach, bo często takie ustawienie grafiku oznacza, że obowiązkowe, wymagające skupienia, przedmioty naukowe (jak matematyka, fizyka, chemia etc.) odbywają się w przeładowanych szkołach o siódmej rano lub na przykład o szesnastej.

Niektórzy z dyrektorów mówią rodzicom wprost, że priorytetem bywa wygoda katechety, który pracuje w kilku szkołach lub jako ksiądz ma inne obowiązki w parafii. I to jemu, a nie dobru dzieci, podporządkowuje się organizację zajęć.

Jak wiadomo, w związku z różnymi, eufemistycznie rzecz ujmując, niefortunnymi reformami systemu edukacji, wielu nauczycieli jest zmuszonych do pracy w kilku szkołach.

Jednak nigdy nie słyszałam, żeby dzieci miały okienko w planie, bo szkoła dostosowuje się do możliwości i preferencji nauczyciela biologii czy fizyki (przedmiotów bądź co bądź obowiązkowych).

Niestety, uprzywilejowanie katechetów pod tym względem pozostaje dla części dyrektorów niewidoczne.

Limit dzieci ustala kuria

Niemożność systemowej zmiany i ustawienia planu lekcji w taki sposób, żeby nieobowiązkowe zajęcia dodatkowe były dodawane dopiero po skonstruowaniu optymalnego planu lekcji dla wszystkich uczniów jest tym bardziej absurdalne, że jak wynika z badań CBOS z 2018 roku, w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców na religię chodzi tylko 44 proc. uczniów.

Liczby chodzących gwałtownie spadają, kiedy dzieci idą do liceum i w większym stopniu mogą współdecydować o swoim uczestnictwie w tych zajęciach. To oznacza, że w szkołach średnich - także tych, gdzie z powodu tłoku lekcje trwają do wieczora, po schodach chodzi się tylko w jedną stronę a podczas przerwy nie można przedostać się do toalety – ponad połowa uczniów przeczekuje na korytarzach okienka w najlepszych do nauki godzinach lekcyjnych.

A dzieje się tak dlatego, że plany lekcji są konstruowane tak, aby dopasować się do wygody nauczyciela zajęć nieobowiązkowych, na których program, co zawsze warto przypominać, nie ma wpływu resort edukacji ani dyrekcja szkoły.

Powracającą bezprawną praktyką w wielu szkołach jest też zmuszanie rodziców do podpisywania informacji o tym, że ich dziecko NIE będzie chodzić na religię.

Na jednej z ogólnopolskich grup rodzicielskich poświęconych samopomocy w sprzeciwianiu się rosnącej opresji religijnej rodzice pisali też o praktyce wyznaczania w jednej ze szkół limitu dzieci, które mogą nie chodzić na religię w danej klasie (!).

Księża dostają dyżury w świetlicach

W listach rodziców powraca też problem uległości szkół wobec przekraczania kompetencji przez księży katechetów.

W polskich szkołach pracuje ok. 30 tys. katechetów i - według danych MEN - jedna grupa to świeccy, a druga to około 8 tys. księży oraz zakonnic i zakonników. Część rodziców, którzy nie posyłają dzieci na religię, nie tylko nie akceptuje treści samych zajęć, ale też bezkarności i pozornych ruchów Kościoła w związku z przestępstwami pedofilskimi popełnianymi przez niektórych księży na dzieciach. Dane, które gromadzę od października 2018 na mapie kościelnej pedofilii i przemocy potwierdzają, że część przestępców w sutannach wykorzystuje pozycję katechety jako kanał dostępu do dzieci.

Dzieje się tak dlatego, że pomimo teoretycznych deklaracji współpracy z państwem Kościół od lat stosuje taktykę przenoszenia sprawców tego rodzaju przestępstw w kolejne miejsca, zamiast natychmiastowego oddawania ich w ręce organów ścigania. Ostatnia taka sprawa, dotycząca księży z parafii łowickiej, została ujawniona przez OKO.press zaledwie kilka dni temu.

Taka postawa Kościoła wywołuje zrozumiały brak zaufania i między innymi dlatego rodzice, którzy nie posyłają dzieci na religię, nie życzą sobie, żeby księża katecheci mieli jakikolwiek dostęp do ich dzieci.

Tymczasem, w części szkół księża dostają dyżury w świetlicach, przychodzą do klas na zastępstwa lub bezprawnie organizują zajęcia z religii dla całych klas, zanim rodzice mają szansę wypowiedzieć na zebraniu swoją wolę dotycząca katechezy.

Robią to przy uległości dyrekcji, głośno uzasadniając swoje działanie tym, że po prostu „chcą poznać wszystkie dzieci”, jak to miało miejsce w jednej ze stołecznych podstawówek.

Wolność wyznaniowa musi być chroniona

Wszystkie wymienione powyżej sytuacje (i wiele innych ich wariantów) są sprzeczne z wieloma obowiązującymi w Polsce aktami prawnymi, w tym z najbardziej bezpośrednio związanym ze sprawą rozporządzeniem ministra edukacji w sprawie warunków i sposobu organizowania zajęć religii w szkole, w którym zapisano:

  • że nieobowiązkowe zajęcia z religii organizuje się tylko na pisemny wniosek rodziców (brak takiego wniosku to brak udziału dziecka w tych zajęciach i kropka – nie trzeba się tłumaczyć, ani osobno informować na piśmie o braku udziału),
  • że uczestniczenie lub nieuczestniczenie w tych zajęciach nie może być powodem dyskryminacji kogokolwiek, a szkoła ma obowiązek zapewnić dzieciom nieuczestniczącym w tych zajęciach opiekę lub zajęcia wychowawcze.

Według art. 48 pkt. 1 Konstytucji: rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania.

Według art. 53 pkt. 4 Konstytucji: o ile religia może być przedmiotem nauczania w szkole, to nauczanie jej nie może naruszać wolności sumienia i religii innych osób.

Według art. 53 pkt. 6 Konstytucji nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia w praktykach religijnych. A do tego pkt. 7 dopowiada, że nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.

Według art.1 pkt. 3 Ustawy o gwarancjach wolności i sumienia obywatele (którymi są także dzieci!) wierzący wszystkich wyznań oraz niewierzący mają równe prawa w życiu państwowym, politycznym, gospodarczym, społecznym i kulturalnym.

Wolność wyznaniowa jest chroniona także odpowiednim paragrafem w kodeksie karnym – w art. 194 czytamy, że „kto ogranicza człowieka w przysługujących mu prawach ze względu na jego przynależność wyznaniową albo bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.

Nietrudno zrozumieć, że sytuacje, które opisałam, jaskrawo naruszają wszystkie powyższe zasady prawne. Już samo ustawienie katechezy w środku planu lekcji powoduje, że przynależność religijna każdej rodziny staje się wbrew konstytucji wiedzą publiczną, a co za tym idzie przyczyną niszczenia szkolnej wspólnoty podziałami religijnymi.

W niektórych szkołach zbyto prośby rodziców

W polskich szkołach prawo do wolności sumienia i przekonań części uczniów i ich rodzin jest nagminnie łamane i podporządkowywane kościelnej presji prowadzenia praktyk religijnych w miejscu, które ma służyć wszystkim dzieciom, i którego zadaniem jest realizowanie konstytucyjnego i gwarantowanego międzynarodową konwencją o prawach dziecka prawa do edukacji.

Kiedy zostałam radną, zwróciłam się do urzędu m. st. Warszawy z prośbą o sformułowanie rekomendacji dla wszystkich szkół dotyczących organizowania zajęć z religii i etyki zgodnie z prawem. W odpowiedzi na moje pytania, miasto sformułowało szczegółową odpowiedź, w której znalazły się m. in. informacje o tym, że:

  • katecheza powinna być umieszcza w planie przed lekcjami lub po nich,
  • szkoła jest „zobowiązana do zapewnienia opieki uczniom, którzy nie chodzą na katechezę”,
  • zmuszanie dzieci do uczestnictwa w tych lekcjach jest „niezgodne z prawem i niedopuszczalne”,
  • próby przymuszania rodziców do uzasadnienia rezygnacji z uczestnictwa dziecka w katechezie są bezprawne,
  • aktywności religijne (rekolekcje) nie mogą kolidować z planem zajęć,
  • umieszczanie symboli religijnych powinno być związane tylko z miejscami prowadzenia zajęć z religii.

Te informacje trafiły do wszystkich szkół i w części z nich przyniosły realną zmianę priorytetów z korzyścią dla wszystkich uczniów.

Niestety, w niektórych szkołach zbyto prośby rodziców o respektowanie zasad konstytucyjnych tradycyjnym „nie da się”. Jednak prawda jest taka, że to „nie da się” jest arbitralne i z pewnością nie powinno stanowić końca dyskusji.

Upewniły mnie w tym wyniki ankiety, którą przeprowadziłam we wrześniu 2019 w stołecznych szkołach, żeby sprawdzić, w jakim stopniu szkoły respektują rekomendacje miasta. Zadałam kilka pytań w trybie dostępu do informacji publicznej.

Odpowiedziało mi 138 szkół podstawowych i 75 szkół średnich, czyli mniej niż połowa pytanych (ustawa o dostępie do informacji publicznej najwyraźniej nie we wszystkich placówkach cieszy się estymą).

Przede wszystkim zapytałam o ustawienie katechezy w planie lekcji. Według bardziej całościowych badań biura edukacji zebranych w tym samym czasie:

  • religia w 68 szkołach odbywała się na pierwszych lub ostatnich lekcjach,
  • w 326 „w miarę możliwości” po lekcjach,
  • a w 33 szkołach w środku planu.

W odpowiedziach na moje ankiety 19 szkół nie wzięło pod uwagę rekomendacji miasta, 35 w pełni ją realizowało, a 159 szkół stosowało rozwiązania częściowe. Co ciekawe, zdarzało się, że w szkołach większych i bardziej zatłoczonych udawało się umieścić katechezę na skrajnych godzinach, a w mniejszych nie.

W kilku wypadkach dyrektorzy wprost odpisali, że dopasowują się do wymagań katechety.

Kurie odmawiają dyrektorom szkół

Zapytałam także o to, czy rodzice mieli szanse wyrazić życzenie organizacji nieobowiązkowych lekcji religii w szkole, zanim wstawiono je do planu zajęć. Ponad sto szkół odpisało mi, że tak (pytano ich o to podczas rekrutacji lub przed ustaleniem ostatecznego planu), jednak prawie połowa odpisała, że nie da się tak zrobić i że szkoła układała plan na podstawie założenia, że chętni będą (co jak wiemy w wypadku szkół średnich może być założeniem błędnym – i w wypadku wszystkich jest założeniem niezgodnym z rozporządzeniem ministra edukacji).

Z badań stołecznego biura edukacji na 109 dyrektorów szkół, którzy poprosili biskupów o zgodę na zmniejszenie zakresu katechezy do godziny tygodniowo, otrzymało ją 77 (w części wypadków były to zgody częściowe – według uznania biskupa). W pozostałych wypadkach kurie skorzystały ze swojej władzy, żeby odmówić dyrektorom przepełnionych szkół.

Mnie zaciekawiły te szkoły, które na pytanie w mojej ankiecie odpowiedziały, że w ogóle nie zwracały się do biskupa o zmniejszenie liczby godzin (151 szkół), a jednocześnie w odpowiedzi na inne pytanie odpisały, że katechezy nie da się zorganizować dla wszystkich po lekcjach z powodu braku odpowiedniej liczby sal lub katechetów.

161 szkół odpisało mi, że uroczystościom szkolnym nie towarzyszą elementy religijne (oprócz jasełek, które są właściwie wszędzie). Część pozostałych, które odpisywały, że u nich elementy religijne uroczystościom także nie towarzyszą, dopisywało w nawiasie,

że co prawda początki i końce roku szkolnego są okraszone mszą, ale nieobowiązkową, więc nie liczą tego jako element religijny przy uroczystości.

Ankieta dotyczyła zeszłego roku i trudno z niej wyciągnąć generalne wnioski ze względu na brak odpowiedzi z ponad połowy szkół, ale jak widać nawet zestawienie części odpowiedzi pokazuje, że dyrektorzy bardzo różnie podchodzą do sprawy organizacji zajęć z religii oraz do tego, co jest możliwe, a co niemożliwe do przeprowadzenia w szkole.

Dlatego mam poczucie, że zarówno głos rodziców jak głos organizatora pracy szkół (czyli władz samorządowych) jest niezwykle istotny. I jak co roku namawiam rodziców, którzy zgłaszają się do mnie jako do radnej po pomoc, do składania formalnych skarg i powoływania się w nich na wszystkie zapisy prawa, które wymieniłam powyżej, a także – jeśli chodzi o stołeczne szkoły – na rekomendacje miasta.

Zachęcam do korzystania z bardzo pomocnych wzorów pism, które na stronie www.rownoscwszkole.pl umieszcza Fundacja Wolność od religii. Namawiam też do proszenia o interwencję dyrektorów biur lub wydziałów edukacji w poszczególnych miastach czy przedstawicieli zarządu miasta odpowiedzialnych za edukację.

W wielu wypadkach takie działania prowadzą do realnej zmiany, ponieważ bywa tak, że dyrektorzy nie widzą problemu, bo po prostu nikt im o nim nie mówi (a w każdym razie nie w sposób oficjalny).

Zobaczyć to, co przezroczyste

Jeszcze kilka lat temu zrozpaczeni rodzice, którzy opisywali w mediach społecznościowych przypadki dyskryminacji i łamania prawa w szkołach, bali się zwracać z oficjalnymi prośbami o zmianę do dyrektorów szkół lub ich zwierzchników. Obawiali się, że skutkiem takiego działania będzie jedynie pogłębienie dyskryminacji dzieci i - jak wiemy z mediów - bywały takie sytuacje.

Jednak z roku na rok coraz więcej rodziców rozumie, że przemilczenie sprawy oznacza w praktyce zgodę na zwiększanie się opresji religijnej w szkołach, ponieważ wspierany przez prawicowo populistyczne władze państwowe Kościół stale próbuje zwiększać swój wpływ na funkcjonowanie publicznych szkół (pamiętamy zeszłoroczną próbę umożliwienia księżom przejmowania wychowawstwa klas, powtarzające się próby ustawienia religii jako przedmiotu maturalnego, czy wprowadzoną w życie zmianę programu nieobowiązkowych zajęć z przygotowania do życia w rodzinie w kierunku wykładni fundamentalistycznego katolicyzmu).

Nie mam wątpliwości, że działania formalne zmierzające do respektowania obowiązującego prawa, mają ogromny sens.

Również dlatego, że po dwuletnim doświadczeniu współpracy z władzami miasta i negocjowania zmian z dyrektorami szkół, wiem, że przytłaczająca większość dyrektorów chce działać i działa dla dobra uczniów.

I wiem, że ze względu na nieodpowiedzialną politykę oświatową państwa działają w skrajnie trudnych warunkach.

I tak jak wszyscy ludzie w Polsce, także dyrektorzy szkół podlegają propagowanym przez państwo trendom. Dlatego, tak jak dla wielu obywateli, także dla części z nich promowana od wielu lat przez państwo całkowita uległość i ustępliwość wobec kolejnych żądań Kościoła, staje się czymś oczywistym, neutralnym, przezroczystym.

Wypowiedziane głośno prośby i rekomendacje rodziców, przypominanie obowiązujących w Polsce przepisów prawa i priorytetów, które powinny obowiązywać w szkole (dobro wszystkich uczniów, tworzenie optymalnych warunków do nauki, a dopiero w następnej kolejności do prowadzenia nieobowiązkowych zajęć dodatkowych) zwyczajnie pomaga dyrektorom szkół znów zobaczyć to, co przezroczyste. I nie tak rzadko zdarza się, że przychylają się do próśb i rekomendacji, które zwyczajnie działają na korzyść całej szkolnej wspólnoty.

Im więcej rodziców przestanie milczeć i zacznie korzystać z istniejących procedur, tym łatwiej będzie szkołom wypracowywać zasady działania sprzyjające równości, nauce i bezpieczeństwu wszystkich dzieci.

;
Agata Diduszko-Zyglewska

Agata Diduszko-Zyglewska - publicystka, społeczniczka, członkini zespołu Krytyki Politycznej, współtwórczyni "Mapy kościelnej pedofilii i przemocy seksualnej w Polsce", a także raportu o tuszowaniu pedofilii przez polskich biskupów, który w lutym 2019 wraz z Joanną Scheuring-Wielgus przekazała papieżowi Franciszka; autorka książki "Krucjata polska" (Wyd. Krytyki Politycznej, 2019) oraz licznych publikacji nt. relacji państwo-kościół, praw kobiet i spraw społecznych; twórczyni freministycznego programu satyrycznego "Przy kawie o sprawie", za który otrzymała w 2019 nominację do Okularów Równości.

Komentarze