Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Rządowa inwestycja jest w powijakach, nie ma rzeczywistego kosztorysu, a pieniądze wydawane są na słowo – oceniają kontrolerzy NIK
16 lutego Najwyższa Izba Kontroli opublikowała wyniki audytu ogromnej inwestycji, którą po Prawie i Sprawiedliwości przejął rząd Donalda Tuska. Chodzi o odbudowę Pałacu Saskiego, Pałacu Brühla i kamienic przy ulicy Królewskiej, czyli zburzonej w trakcie II Wojny Światowej zachodniej pierzei pl. Piłsudskiego w Warszawie.
Jak ustalili kontrolerzy, w latach 2021-2025 żaden z kolejnych ministrów kultury (Piotr Gliński, Dominika Chorosińska, Bartłomiej Sienkiewicz i Hanna Wróblewska) nie oszacował realnych kosztów inwestycji.
Co więcej, skala przedsięwzięcia i przesunięcia w harmonogramie „stwarzają ryzyko niedotrzymania terminu jej zakończenia w planowanej dacie 31 grudnia 2030 r.”. A opóźnienia są ogromne:
Kontrola NIK wykazała też błędy w przepływach pieniężnych. W latach 2023-2025 Ministerstwo Kultury przekazało spółce zajmującej się inwestycją prawie 25 mln zł przed zawarciem umów dotacyjnych. A kwota dotacji nie była pomniejszona o przychody spółki.
Kontrolerzy zwrócili też uwagę na przypadki niegospodarności, w tym zamówienie za 46 tys. wytycznych konserwatorskich, które zawierały błędy i okazały się nieprzydatne.
Wątpliwości budzi też sposób funkcjonowania rady odbudowy Pałacu Saskiego, która nie spotykała się przez 1,5 roku, funkcjonowała w niepełnym składzie i z opóźnieniem dostarczała protokoły ze spotkań.
W 2021 roku odbudowę Pałacu Saskiego zaproponował prezydent Andrzej Duda. Pl. Piłsudskiego, odtwarzający zabudowę z sierpnia 1939 roku, ma stać się siedzibą Senatu RP, Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego oraz instytucji kultury.
Koncepcja od początku budziła kontrowersje. Po to, by przywrócić zabytek, inwestycja zostanie zrealizowana z pominięciem ustawy o ochronie zabytków, a także z pominięciem wytycznych i pozwolenia konserwatorskiego.
Co więcej, to wcale nie będzie wierne odtworzenie starej zabudowy pierzei. „To, co znamy z 1939 roku, to, co znamy ze starych pocztówek, to nie jest Pałac Saski. To budynek powstały na gruzach Pałacu Saskiego w XIX wieku pod auspicjami władz rosyjskich na zamówienie kupca Iwana Skwarcowa” – mówił w OKO.press Grzegorz Piątek, historyk i krytyk architektury.
Wiele osób wskazywało, że inwestycja zniszczy zachowany i utrwalony w społecznej pamięci Grób Nieznanego Żołnierza. „To ostatnia trwała ruina w centrum Warszawy, przypominająca, że miasto zostało kiedyś zniszczone. Nie warto tego zapudrowywać kolejną odbudową” – oceniał Piątek.
Inną kategorią zarzutów są te dotyczące wątpliwej celowości inwestycji, której wstępne szacunkowe koszty wynoszą 2,5 miliarda złotych z budżetu państwa. Jak pisali w liście otwartym architekci, historycy sztuki i artyści ta kwota pozwoliłaby na uratowanie około tysiąca zabytkowych obiektów. „W naszej ocenie takie działanie miałoby znacznie więcej wspólnego z dbałością o dziedzictwo i historię niż konstruowanie współczesnych, pseudozabytkowych kopii dawno nieistniejących budowli”.
Przeczytaj także:
Eksperci Rady Praw Człowieka ONZ: skala i charakter okrucieństw wobec kobiet i dziewczynek popełnionych przez Jeffrey'a Epsteina i jego krąg była tak duża, że część z nich może spełniać prawne kryteria zbrodni przeciw ludzkości
Niezależni eksperci zaangażowani przez Radę Praw Człowieka ONZ wydali 17 lutego 2026 roku oświadczenie w sprawie afery Epsteina, w którym piszą:
„Skala, charakter, systematyczność i międzynarodowy zasięg okrucieństw wobec kobiet i dziewcząt są tak poważne, że wiele z nich może spełniać prawne kryteria zbrodni przeciwko ludzkości”.
Ze zbrodniami przeciwko ludzkości mamy do czynienia, gdy przestępstwa takie jak gwałt, niewolnictwo seksualne, przymuszanie do prostytucji, handel ludźmi, tortury, prześladowania czy morderstwo mają charakter systemowego i szeroko zakrojonego ataku na ludność cywilną – pisze ONZ w swoim komunikacie.
ONZ-owscy eksperci apelują, by przestępstwami, których dowody można znaleźć w ujawnionych 30 stycznia przez amerykański Departament Sprawiedliwości, zajęły się kompetentne sądy krajowe i międzynarodowe.
Upomnieli się również o godność ofiar „siatki Epsteina", zwracając uwagę na to, że przy publikacji dokumentów nie zadbano o ukrycie danych ofiar. „Naraża to je na ryzyko odwetu i stygmatyzacji” – piszą.
Opublikowanie 3,6 mln akt sprawy Epsteina przyniosło nowe informacje na temat rozmiarów procederu, w którego centrum stał finansista Jeffrey Epstein i jego wspólniczka Ghislaine Maxwell. Wynika z nich, że młode kobiety i dziewczynki, które miały zaspokoić seksualne apetyty Epsteina i jego gości, były rekrutowane lub wabione praktycznie na całym świecie. W aktach znajdują się także niepotwierdzone informacje o zabójstwach co najmniej dwóch z jego ofiar.
Jeffrey Epstein został w 2008 roku skazany za wykorzystywanie nieletnich i handel ludźmi, a po ponownym aresztowaniu pod tymi samymi zarzutami w 2019 roku popełnił samobójstwo w więzieniu. Maxwell, która prokurowała swojemu byłemu romantycznemu partnerowi nieletnie dziewczynki, została skazana na 20 lat więzienia.
Przeczytaj także:
Po drugim spotkaniu znów słyszymy o ostrożnym optymizmie i bliżej niesprecyzowanych ustaleniach technicznych. Czy Donald Trump wytrzyma żmudny proces rozmów z Irańczykami?
„Przedstawiono i poważnie przedyskutowano różne koncepcje. Ostatecznie doszliśmy do ogólnego porozumienia w sprawie zbioru zasad kierunkowych, na których będziemy odtąd opierać dalsze działania i rozpoczynać prace nad treścią ewentualnego porozumienia. Nie oznacza to szybkiego osiągnięcia zgody, ale przynajmniej ruszyliśmy z miejsca” – powiedział dziś irańskiej telewizji państwowej po rozmowach z Amerykanami irański minister spraw zagranicznych Abbas Arakczi.
Delegacje USA i Islamskiej Republiki Iranu spotkały się dziś po raz drugi, odkąd w styczniu irańskie władze krwawo stłumiły antyrządowe protesty, a Donald Trump zadeklarował gotowość do pomocy protestującym.
Komunikat Arakczkiego jest bardzo ogólny. Ale umiarkowanym optymizmem napawać mogą deklaracje chęci dalszego dialogu z obu stron. Obecny na rozmowach omański minister spraw zagranicznych Badr Albusaidi powiedział, że rozmowy odbywały się w konstruktywnej atmosferze, a bardzo pomocna była obecność szefa Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej Rafaela Grossiego.
Nie wiemy, co dokładnie ustaliły strony. Irański komunikat może jednak sugerować, że ustalono, czego dotyczyć mają rozmowy. Ustalenie tego, czego mają dotyczyć negocjacje może wydawać się banalne. Ale nie jest tak w tym wypadku. Do niedawna Irańczycy podkreslali, że nie zamierzają rozmawiać o swoim programie produkcji rakiet balistycznych. A Amerykanie sugerowali, że Irańczycy muszą się swoich rakiet pozbyć, by nie destabilizować całego regionu (i nie zagrażać Izraelowi). Iran odbijał piłkę i mówił, że kwestia rakiet jest poza dyskusją, bo jest to kwestia bezpieczeństwa narodowego, a posiadanie własnych rakiet dalekiego zasięgu pozwala im odstraszać potencjalnych agresorów.
Jesli kwestia włączenia lub wyłączenia tego tematu w negocjacje została rozstrzygnięta, byłby to faktyczny sukces negocjatorów.
Dalej nie wiemy jednak, jakie tematy faktycznie zostaną włączone w negocjacje. Główne kwestie sporne to program atomowy czy międzynarodowe sankcje.
A pozytywna atmosfera i zgoda na dalsze rozmowy nie oznacza, że porozumienie jest blisko. W zeszłym roku obie strony spotkały sie pięciokrotnie. Na niektórych etapach również wysyłano pozytywne sygnały, a skończyło się atakiem Izraela na Iran i amerykańskim uderzeniem w irańskie instalacje związane z programem atomowym. A poza dzisiejszym spotkaniem atmosfera między obiema stronami jest wciąż bardzo napięta.
„Nikt nigdy nie był w stanie osiągnąć skutecznego porozumienia z Iranem, ale zamierzamy spróbować” – mówił w niedzielę 15 lutego amertkański sekretarz stanu Marco Rubio. Zignorował w ten sposób fakt, że administracja Baracka Obamy w 2015 roku doprowadziła do porozumienia z Iranem, które skutecznie ograniczyło irańskie wzbogacanie uranu. Z porozumienia wystąpił w 2018 roku Donald Trump, argumentując, że było jednostronne i dawało korzyści tylko Iranowi.
W poniedziałek 16 lutego Trump mówił, że Irańczycy chcą porozumienia. „Nie sądzę, by chcieli ponieść konsekwencje braku porozumienia” – mówił. Czy Trump będzie w stanie wytrzymać żmudne negocjacje metodą małych kroczków? Na dziś rozmów z Iranem nie da się prowadzić inaczej. Dalej więc w sprawie przyszłości można kolejny raz powtórzyć refren: wszystko się może zdarzyć.
Przeczytaj także:
Po sporach w koalicji i odrzuceniu przez premiera Donalda Tuska pierwszej wersji projektu rząd ostatecznie przyjął reformę Państwowej Inspekcji Pracy. Dokument, który trafi do Sejmu, wciąż dopuszcza przekształcanie zleceń w etaty, choć w ograniczonym zakresie.
„Rada Ministrów przyjęła dziś przygotowany przez resort pracy projekt o Państwowej Inspekcji Pracy umożliwiający skuteczną walkę z umowami śmieciowymi, wzmacniający PIP i sądy pracy oraz projekt nowelizacji Kodeksu pracy zwiększający ochronę przed mobbingiem!” – napisała w mediach społecznościowych szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.
Nadanie PIP uprawnień do przekształcania umów to jeden z tzw. kamieni milowych, od którego realizacji zależy wypłata środków z Krajowego Planu Odbudowy. Polska ma czas na wdrożenie unijnej dyrektywy do 30 czerwca.
Pierwsza wersja projektu reformy PIP przygotowana przez ministerstwo nie została zaakceptowana przez premiera Donalda Tuska. Jak tłumaczył w połowie stycznia szef rządu, przesadna władza dla urzędników wprowadzana reformą, byłaby destrukcyjna dla firm i oznaczałaby utratę pracy przez wielu ludzi.
O tym, co zakłada nowy projekt reformy PIP pisała w OKO.press Ewelina Wołosik. W projekcie zapisano, że:
To właśnie ten zapis wcześniej wywołał największe kontrowersje i był powodem odrzucenia pierwszej wersji projektu.
W nowej wersji będzie tak:
A pracodawca będzie mógł:
Jeśli pracodawca nie zareaguje, inspektor będzie mógł wydać decyzję o przekształceniu umowy.
Decyzja jednak nie będzie działać wstecz, jak zakładano wcześniej. Czyli, jeśli ktoś pracuje na zleceniu przez 3 lata, a kontrola zaczęła się po tym czasie, to inspektor nie może administracyjnie uznać, że przez ostatnie trzy lata to był etat.
Inspektor będzie mógł jednak skierować sprawę do sądu pracy, aby ustalić, czy pracodawca powinien zapłacić zaległe składki. I co ważne, od momentu rozpoczęcia kontroli pracownik będzie objęty ochroną przed zwolnieniem.
Przeczytaj także:
Pod koniec roku dziennikarze TVN 24 ujawnili, że na posiedzeniu rady ministrów premier miał się zdenerwować zapisami do ustawy, które wcześniej nie były z nim dyskutowane.
“Nasz rozmówca z kancelarii premiera opowiadał, że ci, którzy uczestniczyli w posiedzeniu Rady Ministrów pierwszy albo drugi raz zrobili wielkie oczy, bo mieli poczucie, że to jest największa awantura i największa złość, jaką widzą u premiera, będąc z nim w jednym pomieszczeniu” – relacjonował TVN24.
Chodziło o zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy, aby mogła ona skuteczniej walczyć z tzw. fikcyjnym samozatrudnieniem. Adresatkami wściekłości były dwie ministry: Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (Nowa Lewica) i Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz (Polska 2050).
We wtorek 6 stycznia 2026 roku Donald Tusk oświadczył, że prace nad reformą PIP nie będą kontynuowane. Trzy grosze dodał Władysław Kosiniak-Kamysz. „Dobrze, że historia tego projektu jest już zakończona” – napisał szef PSL.
Jak pisał na naszych łamach Bartosz Kocejko, Polska ma ogromny problem z pozakodeksowym zatrudnieniem. Według GUS prawie 1,5 mln osób jest zatrudnionych wyłącznie na podstawie umów zlecenia i pokrewnych. Tracą na tym pracownicy pozbawieni stabilności zatrudnienia i możliwości korzystania ze swoich praw, ale traci też państwo: np. składki emerytalne nie są odprowadzane w pełnej wysokości, co skutkuje wypracowaniem emerytur poniżej wysokości emerytury minimalnej – państwo musi się potem mierzyć z tym problemem.
Jednocześnie państwo poniekąd samo zachęca do zatrudniania na zleceniach. Osoby do 26. roku życia pracujące na takiej umowie są zwolnione ze składek (przez co pierwsza praca to najczęściej praca “na śmieciu”), po drugie: zlecenia są oskładkowane wyłącznie do podstawy równej płacy minimalnej (To i tak postęp, bo kiedyś nie były oskładkowane w ogóle. Zmiana nastąpiła za rządów ministra pracy i polityki społecznej Władysława Kosiniaka-Kamysza w 2014 roku.
Przeczytaj także:
Prezydent Karol Nawrocki nie weźmie udziału w spotkaniu inaugurującym Radę Pokoju w Waszyngtonie – poinformował rzecznik głowy państwa Rafał Leśkiewicz. Do Waszyngtonu uda się natomiast jeden z sekretarzy stanu w KPRP.
Rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz poinformował, że w czwartkowym spotkaniu inaugurującym Radę Pokoju w Waszyngtonie, prezydenta Karola Nawrockiego będzie reprezentował szef Biura Polityki Międzynarodowej minister Marcin Przydacz.
W niedzielę prezydent Karol Nawrocki, pytany w Polsat News o to, czy poleci 19 lutego na pierwsze posiedzenie Rady Pokoju przekazał, że taka decyzja jeszcze nie zapadła. Karol Nawrocki zaznaczył, że jest w kontakcie z częścią liderów europejskich oraz z administracją amerykańską. Ocenił, że obecność w Radzie Pokoju przynosiłaby Polsce zyski, a Warszawa byłaby „głosem całego regionu”.
Prezydent podkreślał w wywiadzie, że według polskiego prawa przystąpienie Polski do jakiejkolwiek organizacji międzynarodowej wymaga decyzji premiera i prezydenta. Apelował też do rządu o określenie swojego stanowiska w sprawie ewentualnego przystąpienia do Rady Pokoju.
We wtorek Donald Tusk powiedział, że „jak wielokrotnie informowaliśmy, (...) rząd nie przewiduje w tych okolicznościach i warunkach uczestnictwa Polski w Radzie Pokoju”. Dodał też, że „ewentualna wizyta w Waszyngtonie przedstawiciela prezydenta będzie miała charakter obserwacyjny. A więc w charakterze obserwatora przedstawiciel Polski może oczywiście uczestniczyć w tych obradach” – powiedział w wystąpieniu otwierającym posiedzenie rządu.
„Polska na pewno nie zamierza i nie wyśle polskich żołnierzy do Strefy Gazy” – podkreślił Tusk. „Mamy swoje problemy bezpieczeństwa, nikomu nie muszę tłumaczyć, na czym jesteśmy skoncentrowani, na czym skoncentrowana jest polska armia i polskie wojsko. Polska także nie jest zainteresowana współfinansowaniem przedsięwzięć deweloperskich na terenie Gazy” – stwierdził szef rządu.
Kwestia zaproszenia Polski do Rady Pokoju była jednym z głównych tematów zwołanej przez prezydenta Rady Bezpieczeństwa Narodowego, która odbyła się w ubiegłą środę.
Inicjatywa dotycząca Rady Pokoju budzi kontrowersje oraz obawy, że jest tworzona jako alternatywa wobec ONZ. Te przypuszczenia potwierdził sam prezydent USA Donald Trump, który
w rozmowie z dziennikarzami przyznał, że Rada może zastąpić ONZ.
Przedmiotem sporu jest też lista osób zaproszonych przez Biały Dom, wśród których obok demokratycznie wybranych przywódców znajdują się też autokraci, tacy jak Władimir Putin czy przywódca Białorusi Alaksandr Łukaszenka.
Donald Trump oficjalnie zainaugurował działalność Rady Pokoju w Davos 22 stycznia.
W podpisaniu statutu wzięli udział przywódcy 19 krajów – m.in. Azerbejdżanu, Armenii, Kazachstanu, Uzbekistanu, Pakistanu, Indonezji, oraz dwa państwa Unii Europejskiej – Węgry i Bułgaria.
Obecnie w skład Rady Pokoju wchodzi 27 krajów (27. członkiem 11 lutego został Izrael), zaproszenia miały otrzymać ponad 60 krajów. Zgodnie ze statutem organizacji, by zostać stałym członkiem Rady państwa muszą wpłacić miliard dolarów. Kilka państw europejskich – m.in. Francja i Niemcy – odmówiły przystąpienia do instytucji, która ich zdaniem będzie powtarzać mandat już istniejących organizacji międzynarodowych.
Wcześniej portal Axios pisał, że Biały Dom chce wykorzystać spotkanie, aby przyspieszyć realizację drugiej fazy porozumienia o zawieszeniu broni w Strefie Gazy i zebrać fundusze na odbudowę.
Przeczytaj także: