0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.plFot. Dawid Żuchowicz...

Wieść o tym, że premiera Donalda Tuska ogarnęła wściekłość, dociera do nas regularnie, od lat, przy różnych okazjach i w różnych odmianach. Ostatnio premier rozsierdził się m.in. przy okazji głosowania ws. CPK (“Tak wściekłego Donalda dawno nie widziałem”), afery wokół alkotubek czy z powodu zbyt wolnych rozliczeń rządów PiS (“Premier ma dość i jest wściekły”).

Łatwo zauważyć, że te pokazy gniewu mają funkcję polityczną: natychmiast zamknąć temat, który budzi kontrowersje. Ale też ochronić czysty wizerunek Tuska – bo skoro premier tak się zezłościł, to na pewno sam nie jest odpowiedzialny, nic nie wiedział, zawinił ktoś inny itp.

Pod koniec roku z KPRM znów gruchnęła wiadomość: Tusk się wściekł.

“Nasz rozmówca z kancelarii premiera opowiadał, że ci, którzy uczestniczyli w posiedzeniu Rady Ministrów pierwszy albo drugi raz zrobili wielkie oczy, bo mieli poczucie, że to jest największa awantura i największa złość, jaką widzą u premiera, będąc z nim w jednym pomieszczeniu” – relacjonował TVN24.

Chodziło o zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy, aby mogła ona skuteczniej walczyć z tzw. fikcyjnym samozatrudnieniem. Adresatkami wściekłości premiera były dwie ministry: Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (Nowa Lewica) i Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz (Polska 2050).

We wtorek 6 stycznia 2026 roku Donald Tusk oświadczył, że prace nad reformą PIP nie będą kontynuowane. Trzy grosze dodał Władysław Kosiniak-Kamysz. „Dobrze, że historia tego projektu jest już zakończona” – napisał szef PSL.

Przewodniczący Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty, który miał spotkać się z Tuskiem w środę wieczorem 7 stycznia (do spotkania ostatecznie nie doszło, ma się odbyć w najbliższych dniach), wcześniej oświadczył, że “jeżeli ten wariant, jeżeli tymi drzwiami nie można wejść, to wejdziemy z tą sprawą oknem”. Na razie nie wiadomo, co konkretnie miałoby to oznaczać.

Ale skąd w ogóle wzięła się ta awantura? I co oznacza dla planów walki z patologiami na rynku pracy? Najpierw kilka faktów, potem opinia.

Przeczytaj także:

Polska na śmieciu

Polska ma ogromny problem z pozakodeksowym zatrudnieniem. Według GUS prawie 1,5 mln osób jest zatrudnionych wyłącznie na podstawie umów zlecenia i pokrewnych. Tracą na tym pracownicy pozbawieni stabilności zatrudnienia i możliwości korzystania ze swoich praw, ale traci też państwo: np. składki emerytalne nie są odprowadzane w pełnej wysokości, co skutkuje wypracowaniem emerytur poniżej wysokości emerytury minimalnej – państwo musi się potem mierzyć z tym problemem.

Jednocześnie państwo poniekąd samo zachęca do zatrudniania na zleceniach. Osoby do 26. roku życia pracujące na takiej umowie są zwolnione ze składek (przez co pierwsza praca to najczęściej praca “na śmieciu”), po drugie: zlecenia są oskładkowane wyłącznie do podstawy równej płacy minimalnej (To i tak postęp, bo kiedyś nie były oskładkowane w ogóle. Zmiana nastąpiła – dziś trudno to sobie wyobrazić – za rządów ministra pracy i polityki społecznej Władysława Kosiniaka-Kamysza w 2014 roku).

Pełne oskładkowanie trafiło do kosza

Ten drugi problem miało rozwiązać pełne oskładkowanie zleceń. Rząd Mateusza Morawieckiego wpisał taką reformę jako kamień milowy do polskiego KPO. Miało to sens, Komisja Europejska wielokrotnie upominała Polskę, że powinna coś zrobić ze śmieciówkami, a zmniejszenie opłacalności takich umów to najprostszy sposób. Poza tym, a może przede wszystkim – wzmocniona zostałaby ochrona socjalna osób pracujących na takich umowach.

Protestowali przedstawiciele pracodawców, którzy zatrudniają na zleceniach, ograniczając sobie w ten sposób koszty. Znaleźli rzeczników także w koalicji rządzącej – szczególnie aktywny był tu Ryszard Petru.

Rząd Donalda Tuska posłuchał tych głosów.

Brak realizacji kamienia milowego groził Polsce utratą miliardów z Funduszu Odbudowy, ale na początku 2025 roku rząd wynegocjował z Komisją Europejską zmianę w KPO. Zamiast pełnego oskładkowania pojawił się zapis o wzmocnieniu roli kontrolnej Państwowej Inspekcji Pracy.

“Działanie to polega na wejściu w życie aktu ustawodawczego upoważniającego Państwową Inspekcję Pracy do wydawania decyzji administracyjnych przekształcających umowy cywilnoprawne w umowę o pracę oraz na podjęciu szeregu działań mających na celu zwiększenie zdolności Państwowej Inspekcji Pracy” – czytamy w dokumencie.

Podkreślmy, ten zapis znajduje się w aktualnym Krajowym Planie Odbudowy. Element reformy, który budzi największy opór – przekształcanie umów cywilnoprawnych w umowy o pracę decyzją okręgowego inspektora pracy – nie powinien być dla nikogo zaskoczeniem, bo jest znany od miesięcy.

Porzucając plan pełnego oskładkowania, rząd uspokoił pracodawców, ale zapowiadając funkcję kontrolno-decyzyjną inspektorów PIP rząd wszedł na kurs kolizyjny z inną grupą interesu – obrońcami fikcyjnego samozatrudnienia w ramach tzw. umów B2B, czyli business to business.

B2B or not 2b

Wśród ogółu pracujących mamy w Polsce wysoki odsetek samozatrudnionych – prawie 13 proc. (ponad 17 proc. z uwzględnieniem rolników).

Wbrew pozorom niekoniecznie jest to pozytywny symptom – w państwach rozwiniętych odsetek działających na własny rachunek jest z reguły znacząco niższy.

W awanturze o uprawnienia PIP nie chodzi jednak – przynajmniej bezpośrednio – o jednoosobowe działalności gospodarcze w ogóle, a o ich konkretną podgrupę – tzw. fikcyjnie samozatrudnionych. O kogo konkretnie chodzi?

Nie jest tajemnicą, że część samozatrudnionych to w istocie zwykli pracownicy, którym pracodawca nie pozostawił wyboru – jeśli chcą u niego pracować, to muszą założyć działalność gospodarczą. Osoby te, mimo że pracują pod kierownictwem pracodawcy i w miejscu, i czasie przez niego wyznaczonym, nie są zatrudnione na podstawie umowy o pracę. Mamy wtedy do czynienia z naruszeniem kodeksu pracy.

Art. 22. [Stosunek pracy] § 1. Przez nawiązanie stosunku pracy pracownik zobowiązuje się do wykonywania pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem oraz w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, a pracodawca – do zatrudniania pracownika za wynagrodzeniem. § 1(1). Zatrudnienie w warunkach określonych w § 1 jest zatrudnieniem na podstawie stosunku pracy, bez względu na nazwę zawartej przez strony umowy. § 1(2). Nie jest dopuszczalne zastąpienie umowy o pracę umową cywilnoprawną przy zachowaniu warunków wykonywania pracy, określonych w § 1. § 2. Pracownikiem może być osoba, która ukończyła 18 lat. Na warunkach określonych w dziale dziewiątym pracownikiem może być również osoba, która nie ukończyła 18 lat. § 3. Osoba ograniczona w zdolności do czynności prawnych może bez zgody przedstawiciela ustawowego nawiązać stosunek pracy oraz dokonywać czynności prawnych, które dotyczą tego stosunku. Jednakże gdy stosunek pracy sprzeciwia się dobru tej osoby, przedstawiciel ustawowy za zezwoleniem sądu opiekuńczego może stosunek pracy rozwiązać.

Skutkiem jest bezceremonialne pozbawianie pracowników możliwości korzystania z ich praw, np. płatnego urlopu. Zdarza się, że w ten sposób w polskich firmach następuje regres do niemal XIX-wiecznych relacji. Pracodawcy udają, że nie mają do czynienia z pracownikami tylko z firmami-kontrahentami, mogą więc bez skrupułów wyrzucić kodeks pracy do kosza. Ten rodzaj wyzysku pod szyldem B2B częściej dotyczy osób o niskich dochodach.

Śmieciówka premium

Ale to tylko jedna grupa pozornie samozatrudnionych.

Nie brakuje też osób, które same wybierają fikcyjnie samozatrudnienie ze względu na doraźne korzyści podatkowo-składkowe. To z reguły osoby o wyższych dochodach, które często dostają od pracodawców (pardon, partnerów biznesowych) dodatkowe benefity na wzór praw kodeksowych. W przypadku tej grupy fikcyjnie samozatrudnionych korzyści są tak znaczne, że trudno im się dziwić, że wybierają tę opcję – zwłaszcza że dotychczas państwo przymykało na to oko.

To zjawisko ma jednak fatalne konsekwencje dla państwa.

Po pierwsze osłabia finanse publiczne. W przypadku pracowników o wysokich dochodach, którzy zamiast płacenia podatków wg skali podatkowej (jak pracownicy) decydują się na ryczałt od przychodów ewidencjonowanych lub podatek liniowy, korzyści podatkowe mogą być ogromne. To pieniądze, które nie trafią do budżetu państwa.

Po drugie, fikcyjne B2B podkopuje system ubezpieczeń społecznych. Przedsiębiorcy z reguły płacą ryczałt składki (mogą płacić więcej, ale mało kto się na to decyduje), w efekcie kończą z bardzo niskimi emeryturami, do których potem trzeba dopłacać, aby zrównać świadczenia z emeryturą minimalną, jeśli emeryci mają wyrobiony odpowiedni staż. Pokazuje to niedawny raport na zlecenie ZUS.

Składają się na to wszyscy podatnicy, czyli w większości – pracownicy.

Odpowiedź, niestety, brzmi: nie wiadomo.

Państwowy Instytut Ekonomiczny szacował, że w 2020 liczba osób fikcyjnie samozatrudnionych wynosiła 162 tys. Ale ta liczba mogła od tego czasu wzrosnąć – gwałtownie bowiem rośnie liczba osób pracujących na B2B dla jednego zleceniodawcy. Jak podaje „Gazeta Wyborcza” za raportem GUS, w pierwszym kwartale 2025 roku pracujących na tzw. B2B, którzy nikogo nie zatrudniali i pracowali tylko dla jednego zleceniodawcy, sięgnęła rekordowe 455 tys. osób i było to wzrost aż o 23 proc. w ciągu roku. Z pewnością nie wszystkie te osoby to samozatrudnieni fikcyjnie, ale B2B dla jednego klienta niewątpliwie tworzy grupę ryzyka.

Komu zależy na bezradnym państwie?

Można przypuszczać, że to właśnie faktyczna lub możliwa presja tej ostatniej grupy wpłynęła na rejteradę rządu na ostatniej prostej do przegłosowania reformy. To zamożni wyborcy, którzy mogliby odpłynąć do Konfederacji, czego zapewne boi się Tusk.

Jest to też po prostu klasa społeczna, w której na co dzień funkcjonują polscy politycy: są w niej drobni przedsiębiorcy różnych branż, ale też specjaliści jak lekarze czy prawnicy. Rządzący nie od wczoraj utożsamiają interes tej klasy z interesem państwa.

W tej grupie zapowiedź nowych uprawnień PIP wywołała obawy. W OKO.press wskazywaliśmy, że skutki nowych regulacji raczej nie byłyby imponujące. Dlaczego?

Ze sprawozdania PIP za 2024 rok wynika, że skontrolowano 607 umów typu B2B – ostatecznie zakwestionowano jedynie 3. Dlaczego tak mało?

Jeśli pracownicy chcą pracować na takich zasadach, to bardzo trudno zakwestionować takie B2B. Nowe przepisy niewiele by tu zmieniły.

A chcą tak pracować, bo im się to opłaca. I wciąż będzie się opłacać – reforma PIP nie zmieni nic w kwestii korzyści podatkowych i składkowych, z których korzystają jednoosobowe działalności gospodarcze.

Mimo to projekt reformy PIP był w pewnym sensie przełomowy. Prof. Arkadiusz Sobczyk z Katedry Prawa Pracy i Polityki Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego wskazywał, że ma on duże znaczenie w wymiarze symbolicznym.

„Po raz pierwszy okazuje się, że zatrudnienie na postawie umowy o pracę leży w interesie publicznym. Tylko w takim przypadku może być bowiem wydana decyzja administracyjna. A przez ostatnich 26 lat wybór formy zatrudnienia był traktowany w Polsce jako sprawa prywatna” – mówił OKO.press we wrześniu.

Dziś jest już pewne, że na tym symbolicznym wymiarze się skończy.

Trzy wnioski

Na koniec kilka wniosków z tej awantury.

Rząd sam się zapędził w kozi róg

Gdyby rząd nie zmieniał kamienia milowego o pełnym oskładkowaniu zleceń, zapewne wyszedłby na tym lepiej. To stosunkowo łatwa zmiana. A przede wszystkim – została wpisana do KPO jeszcze przez rząd PiS, więc ewentualną krytykę rząd mógłby łatwo odbić.

Teraz koalicja płaci cenę za własne tchórzostwo.

Spektakl gniewu

Erupcja wściekłości Tuska ma wszelkie cechy zainscenizowanego spektaklu. Najważniejszy i najbardziej kontrowersyjny przepis w projekcie był znany od dawna, a miesiąc temu projekt został przyjęty przez Komitet Stały Rady Ministrów.

Tymczasem Tusk, jak porywczy pater familias, zrzucił ze stołu starannie przygotowaną zastawę. I zrzucił z siebie odpowiedzialność.

Od razu wskazał też winnych, a właściwie winne – dwie nielubiane przez siebie ministry z partii koalicyjnych.

Będzie jak było?

Większe uprawnienia PIP niewiele zmienią, jeśli fikcyjne samozatrudnienie będzie się tak opłacać. Firmy znajdą sposób, żeby zatrudniać w sposób trudny do zakwestionowania przez PIP. A już dziś inspektorzy bardzo rzadko kwestionują takie umowy. Większe szanse niż PIP może mieć ZUS. „Z roku na rok organ coraz skuteczniej wykorzystuje dane, analitykę i modele predykcyjne, odchodząc od rutynowych, losowych wizyt na rzecz precyzyjnie celowanych inspekcji” – czytamy w raporcie Grant Thornton.

A jakie są szanse na reformę, która niwelowałyby różnicę składkowo-podatkową miedzy między pracą na etacie a samozatrudnieniem? Np. na jakąś formę jednolitej daniny?

Jeszcze mniejsze niż na reformę PIP. Donald Tusk niedawno rzucił, że chciałby, żeby rząd wrócił do prac nad niższą składką zdrowotną. Zatem jedyna zmiana, jaką koalicja rządząca rozważa, to zmiana w przeciwną stronę, która jeszcze zwiększyłaby atrakcyjność samozatrudnienia.

;
Na zdjęciu Bartosz Kocejko-Szukalski
Bartosz Kocejko-Szukalski

Wicenaczelny OKO.press, wcześniej kierował działem społeczno-gospodarczym. Redaktor, czasem pisze: o pracy, podatkach i polityce społecznej. W redakcji od 2017 roku. Pochodzi z Prabut w woj. pomorskim, mieszka w Warszawie na Grochowie i bardzo mu się tam podoba.

Komentarze