Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Po wyjściu z białoruskiego więzienia Andrzej Poczobut odebrał akt powołania do Polonijnej Rady Konsultacyjnej przy Marszałku Senatu. Dziennikarz i działacz polskiej mniejszości na Białorusi mówił o jedności ponad politycznymi podziałami.
Na początku posiedzenia Senatu 20 maja Andrzej Poczobut odebrał z rąk marszałek Małgorzaty Kidawy-Błońskiej akt powołania do Polonijnej Rady Konsultacyjnej przy Marszałku Senatu. Kidawa-Błońska przypomniała, że zdecydowała o powołaniu Poczobuta już w 2024 roku, kiedy dziennikarz wciąż przebywał w białoruskim więzieniu.
Podczas uroczystości Poczobut apelował o pamięć o wspólnocie ponad podziałami politycznymi i granicami państw.
— Ciągle są sprawy, które potrafią nas wszystkich zjednoczyć ponad tymi podziałami. Ponad podziałami, ponad granicami państwowymi ciągle jesteśmy jednym narodem. I o tym warto pamiętać w naszej szarej, kłótliwej codzienności — podkreślił Poczobut (cytat za PAP).
Poczobut mówił też o wsparciu, jakie Związek Polaków na Białorusi otrzymywał od kolejnych polskich rządów po delegalizacji organizacji przez reżim Alaksandra Łukaszenki.
— Wszystkie siły polityczne, które rządziły Polską od 2005 roku, czyli od momentu, kiedy Związek Polaków został zdelegalizowany, udzielały swego wsparcia dla Związku Polaków. Czy to był rząd lewicowy Marka Belki, czy to był rząd prawicowy Jarosława Kaczyńskiego, czy to koalicyjny rząd, na którego czele stoi Donald Tusk. Te wszystkie rządy mają swój udział we wspieraniu Związku Polaków na Białorusi. I chcę powiedzieć, że historia Związku Polaków, te 21 lat [działania] w warunkach nielegalności, to jest historia naszego wspólnego sukcesu — powiedział Poczobut.
Andrzej Poczobut wyszedł z białoruskiego więzienia 28 kwietnia w ramach wymiany więźniów. Wymieniono go na rosyjskich i białoruskich szpiegów po ponad pięciu latach spędzonych za kratkami.
W lutym 2023 roku białoruski sąd skazał go na osiem lat więzienia o zaostrzonym rygorze za rzekome „podżeganie do nienawiści narodowej i religijnej” oraz „rehabilitację nazizmu”. Poczobut został też wpisany na specjalną listę osób „mających do czynienia z działalnością terrorystyczną”, co oznaczało surowsze traktowanie w więzieniu.
Międzynarodowe organizacje uznały go za więźnia sumienia. Podczas pobytu w kolonii karnej otrzymał liczne nagrody, w tym przyznawaną przez Parlament Europejski Nagrodę im. Andrieja Sacharowa. Poczobut wystąpi na sesji plenarnej europarlamentu w połowie czerwca.
Zwolnienie Poczobuta było m.in. skutkiem mediacji Johna Coale’a, wysłannika prezydenta Donalda Trumpa. Według „Gazety Wyborczej” Amerykanie obiecywali pomoc w uwolnieniu Poczobuta już w 2024 roku, gdy Polska na ich prośbę zwolniła z więzienia rosyjskiego szpiega Pawła Rubcowa. Rubcow, który podawał się za hiszpańskiego dziennikarza, został wymieniony za dysydentów więzionych w rosyjskich łagrach.
W sprawie Poczobuta Amerykanie mieli jednak natrafiać na opór Mińska. Łukaszenka miał osobisty stosunek do sprawy dziennikarza: Poczobut jest Polakiem, a w korespondencjach dla „Wyborczej” nazywał białoruskiego przywódcę wprost dyktatorem.
Poczobut to polsko-białoruski dziennikarz, publicysta, bloger i działacz mniejszości polskiej związany z Grodnem. Od lat 90. działał w Związku Polaków na Białorusi, a od 2006 roku był korespondentem „Gazety Wyborczej” w Grodnie.
Wielokrotnie aresztowany i skazywany przez reżim Łukaszenki, konsekwentnie opowiadał się za niezależnością ZPB od władz w Mińsku. 3 maja został odznaczony Orderem Orła Białego, formalnie przyznanym przez prezydenta Karola Nawrockiego pod koniec 2025 roku.
Przeczytaj także:
ABW zatrzymała trzech Polaków, podejrzanych o szpiegostwo na rzecz Rosji. Mężczyźni: A.Ć. (62 lata), D.C. (50 lat) i A.P. (48 lat) nie tylko zbierali dane o rozmieszczeniu wojsk NATO w Polsce, ale też gromadzili pieniądze na sprzęt dla wojsk rosyjskich i przechodzili specjalistyczne szkolenia. Działali na zlecenie Rosjanina współpracującego z FSB.
Podejrzani o szpiegostwo zostali zatrzymani przez funkcjonariuszy ABW na polecenie prokuratora z podlaskiego wydziału Prokuratury Krajowej w Białymstoku. Akcja miała miejsce 12 maja, ale służby poinformowały o niej dopiero teraz.
Prokuratura zarzuca mężczyznom, że działali na rzecz obcego wywiadu, a także wytwarzali i udostępniali materiały propagandowe i dezinformacyjne. Ponadto mieli publicznie pochwalać prowadzenie wojny napastniczej oraz propagować symbole wspierające agresję militarną Rosji przeciwko Ukrainie.
Jak ujawnili śledczy, mężczyźni angażowali się w gromadzenie pieniędzy na zakup sprzętu, przeznaczonego dla rosyjskiej armii. Zamierzali też realizować akcje sabotażowe i dywersyjne na terenie naszego kraju, a być może także w innych państwach Unii Europejskiej. Żeby się do tego przygotować, przechodzili szkolenia strzeleckie i z taktyki pola walki.
„Podejrzani należeli do nieformalnej prorosyjskiej organizacji paramilitarnej” – poinformował Przemysław Nowak, rzecznik prasowy Prokuratury Krajowej. – „Wykonywali również działania o charakterze stricte wywiadowczym, między innymi udzielali informacji o rozmieszczeniu wojsk NATO na terenie Polski.”
Tego rodzaju działania podejrzani prowadzili od kilku lat, niektóre nawet od 2019 roku. Mężczyznom grozi kara pozbawienia wolności na czas nie krótszy niż osiem lat. Zatrzymani nie przyznają się do winy. Sąd zgodził się na zastosowanie wobec nich tymczasowego aresztowania na trzy miesiące.
To już kolejne zatrzymanie w Polsce pod zarzutem szpiegostwa. Liczba szpiegów w Polsce wzrosła znacząco po wybuchu wojny w Ukrainie. W latach 2024-2025 na podstawie materiałów zebranych przez ABW wszczęto aż 69 śledztw, dotyczących współpracy z wywiadem rosyjskim lub białoruskim. Natomiast zatrzymano 91 osób podejrzanych o szpiegostwo. Byli to obywatele różnych państw, od Białorusi, Rosji i Ukrainy poczynając, przez Kanadę, na Kolumbii kończąc.
Wielu z nich to tak zwani „jednorazowi agenci”, werbowani przez rosyjskie służby na internetowych platformach, do przeprowadzenia akcji sabotażowych, na przykład podpalenia centrów handlowych. Ale w Polsce działała też kilkudziesięcioosobowa siatka, montująca kamery internetowe przy strategicznych liniach kolejowych. A jednym z ostatnich zatrzymanych był Polak, od lat pracujący w Ministerstwie Obrony Narodowej. Śledztwo w tej sprawie prowadziła Służba Kontrwywiadu Wojskowego.
Przeczytaj także:
Poganiana przez Trumpa UE dogadała się ws. handlowego porozumienia z USA, ale dopisała do umowy „bezpieczniki”. Państwa członkowskie i Parlament Europejski chcą móc szybko przywrócić cła, jeśli Waszyngton złamie umowę.
Instytucje UE osiągnęły wstępne porozumienie w sprawie wejścia w życie umowy handlowej z USA, którą w sierpniu 2025 roku wynegocjowała Komisja Europejska. Parlament Europejski i Rada UE dogadały się w sprawie treści przepisów, które umożliwiają wejście w życie zakładanych umową obniżek ceł na produkty z USA.
Porozumienie zawarte między Parlamentem Europejskim i Radą UE zakłada, że unijne preferencje celne dla USA nie będą bezwarunkowe. Do przepisów wpisano m.in.:
Parlament Europejski naciskał na to, by w umowie znalazły się zapisy dotyczące ochrony europejskiego przemysłu, zwłaszcza małych i średnich firm, oraz mechanizm pozwalający UE wycofać preferencje celne dla USA, jeśli Waszyngton nie dotrzyma warunków porozumienia, i na przykład podniesie cła na któreś z objętych umową kategorii produktów ponad poziom 15 procent.
„Nie zawsze można mieć to, czego się chce, ale jak się postara, to można dostać to, czego się potrzebuje” – powiedział w środę 20 maja Bernd Lange, europoseł grupy Socjaliści i Demokraci, jeden z negocjatorów porozumienia.
Podkreślił, że „UE potrzebuje w relacji z USA przewidywalności”, a bez umowy handlowej USA są w temacie ceł „całkowicie nieprzewidywalne”.
USA mają stosować 15-procentowe cła na większość produktów z UE, z wyjątkiem stali, aluminium i miedzi, gdzie utrzymane są wyższe stawki. To ma być stawka maksymalna dla ceł. Czyli na te produkty, na które cła już obowiązują, zostanie ona podniesiona lub obniżona do tego poziomu. UE ma natomiast obniżyć cła na amerykańskie towary przemysłowe do zera oraz objąć preferencjami część produktów rolnych.
PE wywalczył jednak zabezpieczenia: jeśli USA nie obniżą do końca roku ceł na tzw. produkty pochodne ze stali i aluminium do poziomu 15 proc., UE będzie mogła przywrócić cła na odpowiadające im produkty z USA. Całe rozporządzenie ma wygasnąć po trzech latach i zostać ocenione pod kątem skutków dla europejskiej gospodarki oraz zgodności z zasadami WTO.
Lange przyznał jednocześnie, że nie uważa samej umowy za korzystną dla UE. Ocenił jednak, że Komisja Europejska zgodziła się na nią m.in. z powodu presji administracji Donalda Trumpa oraz obaw części państw członkowskich przed ostrzejszym konfliktem handlowym z USA.
„Gdybym był przewodniczącym Komisji Europejskiej, niekoniecznie zawarłbym takie porozumienie. To nierówny układ: 15 procent wobec zera. Myślę jednak, że przewodnicząca Komisji podjęła tę decyzję z dwóch powodów. Podczas rozmów w Szkocji Trump połączył politykę gospodarczą z kwestiami bezpieczeństwa. Mówił: chcemy 15-procentowe cła, a jeśli nie, to Ukrainy możecie bronić sami. Po drugie, w Szkocji pojawiały się obawy, czy wszystkie państwa członkowskie poparłyby twardsze stanowisko. To także wpłynęło na decyzję przewodniczącej Komisji. Tak więc nie uważam, że to dobra umowa, ale Ursula von der Leyen reprezentowała całą Unię Europejską, dlatego stoję za tym porozumieniem. Jednocześnie próbowałem ukształtować je w taki sposób, by nie podważała ona europejskich interesów" – mówił europoseł podczas konferencji prasowej w środę w Strasburgu.
Negocjacje między Parlamentem Europejskim i Radą trwały od jesieni 2025 roku. Pierwotna propozycja Komisji Europejskiej nie zawierała większości zabezpieczeń, których domagał się Parlament Europejski, m.in. klauzuli wygaśnięcia regulacji, mechanizmu ochronnego czy możliwości zawieszenia preferencji handlowych wobec USA. Teraz pytanie, jak na te dodatkowe obostrzenia zareaguje strona amerykańska.
Prace nad przepisami wprowadzającymi w życie postanowienia umowy handlowej UE-USA wydłużył też fakt, że zostały zawieszone po tym, jak Donald Trump zagroził siłowym przejęciem Grenlandii.
Donald Trump już kilkukrotnie okazywał zniecierpliwienie z powodu tego, że porozumienie zawarte między nim a szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen w lipcu 2025, jeszcze nie weszło w życie. Na początku maja zagroził nawet podwyżką ceł na sprowadzane z Europy samochody do 25 proc. i wyznaczył UE termin – 4 lipca, do kiedy oczekuje obniżenia ceł.
Finalne negocjacje między Parlamentem Europejskim i Radą trwały w nocy z 19 na 20 maja. Porozumienie osiągnięto około godz. 2.15 nad ranem. Teraz tekst ma trafić na nadzwyczajne posiedzenie komisji handlu międzynarodowego PE 2 czerwca, a głosowanie plenarne ma się odbyć podczas czerwcowej sesji PE w Strasburgu.
Przeczytaj także:
Według „New York Times'a”, osobą, którą miała przejąć władzę po przewrocie w Iranie miał być były prezydent Mahmud Ahmadineżad. Ten sam, który zasłynął z antysemityzmu i negowania Holokaustu
„New York Times” pisze, że w planie izraelsko-amerykańskiej wojny w Iranie było zainstalowanie u władzy byłego prezydenta tego kraju, Mahmuda Ahmadineżada. Jeśli źródła amerykańskiego dziennika mówią prawdę, jest to zaskakująca wiadomość.
Dziennik twierdzi, że plan szybko upadł. Pierwszego dnia wojny jeden z ataków trafił w okolicy domu Ahmadineżada. Miał on za zadanie uwolnić Ahmadineżada z aresztu domowego — były prezydent był w ostatnich latach marginalizowany. Ahmadineżad szybko jednak zniknął — miał stracić pewność co do planu zmiany władzy. Jego częścią miał też być atak oddziałów kurdyjskich z zachodu, który nigdy się nie wydarzył. „NYT” pisze, że plan opracowali Izraelczycy. Wiele rzeczy jest tutaj niejasnych, w tym np. to, jak miało się udać, zwerbować byłego prezydenta.
Jeśli było tak w rzeczywistości, jest to wówczas pokaz wyjątkowej niekompetencji służb izraelskich. Bardzo trudno zrozumieć, w jaki sposób pojedynczy, izolowany od lat w systemie politycznym Iranu i niepopularny wśród opozycjonistów polityk, miałby skutecznie przejąć władzę dzięki amerykańsko-izraelskim nalotom.
Jednocześnie presja na linii Iran-USA nieustannie rośnie. Donald Trump wczoraj postawił Iranowi kolejne ultimatum. Teraz twierdzi, że Iran ma „2-3 dni” na osiągnięcie porozumienia pokojowego. Dziś Korpus Strażników Rewolucji odpowiedział na słowa Trumpa groźbą. W oświadczeniu formacja militarna przekazała, że jeśli agresja wobec Iranu zostanie powtórzona, Iran rozszerzy wojnę nie tylko na region, ale też znacznie dalej.
Plan, o jakim pisze „NYT” jest zaskakujący z wielu powodów. Trudno uwierzyć, by służby izraelskie aż tak nie rozumiały wewnętrznej dynamiki politycznej Iranu. Według planu irański system polityczny miał być na skraju upadku, a amerykańskie i izraelskie naloty miały sprawić, że padnie on w ciągu kilku dni. Tymczasem cały system bezpieczeństwa Republiki Islamskiej trzymał się mocno tak przed wojną, jak i dziś, w trakcie zawieszenia broni, prawie trzy miesiące po ataku.
Mahmud Ahmadineżad był prezydentem Iranu w latach 2005-2013. Na świecie zasłynął z ostrych wypowiedzi antysemickich i negowania Holokaustu. Politycznie był jednak postacią wielowymiarową — nie dawał się łatwo sterować, miał poparcie społeczne części irańskich konserwatystów, szczególnie z warstw niższych. Z Donaldem Trumpem łączy go zamiłowanie do twittowania.
W 2009 roku zdobył mandat na drugą kadencję w prawdopodobnie sfałszowanych wyborach prezydenckich, po których zwolennicy jego przeciwnika, Mir Hosejna Musawiego, zorganizowali masowe protesty, krwawo stłumione przez władze. Najwyższy Przywódca, Ali Chamenei, wsparł Ahmadineżada tuż po ogłoszeniu oficjalnych wyników, zamykając drogę do zmiany. Ale stosunki na linii Ahmadineżad — Chamenei często nie były dobre, szczególnie po prezydenturze Ahmadineżada.
Czy mogły być tak złe, by były prezydent zdecydował się popełnić jedno z najgorszych w Iranie przestępstw, czyli współpracować z izraelskim wywiadem? Na to nie mamy dziś jednoznacznej odpowiedzi. Jeśli historia zaprezentowana w „NYT” byłaby prawdziwa, wystawiałaby ona jak najgorsze świadectwo profesjonalizmu izraelskim służbom. Tego rodzaju wyciek wywiadowczy do prasy — szczególnie że pochodzi od Amerykanów — może być też próbą kontrolowania opowieści o wojnie. A morał z tej historii jest jasny — to Izrael odpowiada za porażkę planu zmiany władzy.
Nie wiemy też, co o tym wszystkim sądzi sam Ahmadineżad. Po ataku z 28 lutego były prezydent Iranu zniknął i nikt oficjalnie nie wie, gdzie się znajduje.
Przeczytaj także:
Trzynaścioro nowych sędziów z Krajowej Rady Sądownictwa chciało porozmawiać z sześciorgiem sędziów wybranych w marcu do Trybunalu Konstytucyjnego. Nie zostali jednak wpuszczeni do budynku TK. Sędziowie musieli się spotkać przed budynkiem
Trzynaścioro sędziów wybranych do KRS z rekomendacji koalicji rządzącej pojawiło się w środę 20 maja przed budynkiem Trybunału Konstytucyjnego. Chcieli spotkać się z szóstką sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych w marcu, by porozmawiać z nimi o aktualnej sytuacji w Trybunale. „ Chcemy zobaczyć, jak sytuacja faktycznie w Trybunale wygląda, bo to tej pory mieliśmy tylko medialne informacje na ten temat” – mówił jeden z sędziów z KRS Dariusz Zawistowski.
Sędziowie z KRS nie zostali jednak wpuszczeni do budynku Trybunału. Zeszła do nich rzeczniczka TK Weronika Ścibor – ale tylko po to, by ich wyprosić. „Nie ma zgody na odbywanie jakiegokolwiek spotkania w tym momencie, trwają narady – mówiła sędziom z KRS Ścibor. Dorzuciła, że ”w tym momencie Trybunał Konstytucyjny nie organizuje żadnych spotkań".
Za tą decyzją stoi prezes TK Bogdan Święczkowski.
„Powiedział zdenerwowany, że jeżeli chodzi o naszą czwórkę, to my nie możemy nikogo zapraszać, jeżeli zaś chodzi o pozostałą dwójkę, to teoretycznie, mogą zapraszać, ale za zgodą prezesa, zaś on nie wyraża zgody. Więc efekt tego jest taki sam. Żadnej podstawy nie wskazał” – tak relacjonował tę sytuację jeden z niedopuszczonych do orzekania przez Święczkowskiego nowych sędziów TK Krystian Markiewicz.
Szóstka nowych sędziów TK ostatecznie spotkała się z kolegami z KRS przed budynkiem TK. Następne spotkanie ma się odbyć w siedzibie KRS.
W zeszłym tygodniu Sejm wybrał 15 nowych sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa. Trzynaścioro z nich to sędziowie rekomendowani przez kluby koalicji rządzącej, a dwóch — przez kluby PiS i Konfederacji. Przed Trybunałem Konstytucyjnym w środę pojawiła się tylko pierwsza trzynastka, sędziowie wybrani z rekomendacji PiS i Konfederacji nie uczestniczyli w spotkaniu.
Przeczytaj także:
W marcu z kolei Sejm wybrał sześcioro nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Tylko dwoje z nich zostało zaproszonych do Pałacu Prezydenckiego na ślubowanie. Pozostała czwórka składała ślubowanie przed Marszałkiem Sejmu. Dla prezesa TK Bogdana Święczkowskiego był to pretekst, by dopuścić do orzekania tylko dwoje sędziów zaprzysiężonych przez Karola Nawrockiego. Plan poróżnienia w ten sposób nowych sędziów TK się jednak nie powiódł – Magdalena Bentkowska i Dariusz Szostek (czyli sędziowie zaprzysiężeni przez Nawrockiego) zapowiedzieli, że nie będą orzekać w składach sędziowskich, w których mieliby być obecni również tzw dublerzy. Sprawę opisywał w OKO. press Mariusz Jałoszewski.
Przeczytaj także: