Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Służba Bezpieczeństwa Ukrainy poinformowała o schwytaniu szajki Mołdawian, którzy na zlecenie Kremla mieli dokonać serii zabójstw prominentnych osób w środowisku ukraińskiej władzy, mediów i polityki. Za każdą śmierć mieli otrzymać sto tysięcy dolarów.
34-latek z Mołdawii kierował grupą, która na zlecenie Rosji miała dokonać serii zabójstw w Ukrainie. Mężczyznę zwerbowano w rosyjskim więzieniu. Po odbyciu kary wysłano go do Mołdawii, by pod ścisłą kontrolą utworzył tajną grupę operacyjną eliminującą prominentnych działaczy ukraińskich i osoby publiczne.
Śledczy zatrzymali 10 osób zaangażowanych w działania przestępcze organizowane pod kryptonimem „Enigma 2.0”. Byli podzieleni na role. Jedna grupa śledziła miejsca pobytu osób będących celem Kremla i monitorowała ich codzienność, druga planowała morderstwa; od zastrzelenia po montaż ładunków wybuchowywch w samochodach. Przygotowywali narzędzia zbrodni, opracowywali plany ucieczki. Za każdą śmierć rosyjski wywiad oferował im nawet sto tysięcy dolarów.
Jak podaje Służba Bezpieczeństwa Ukrainy, celem grupy byli ukraińscy dziennikarze, przedstawiciel ds. komunikacji strategicznej ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR), zastępca szefa Sztabu Koordynacyjnego ds. Jeńców Wojennych Andrij Jusow, a także czynni wojskowi, żołnierze Legionu Cudzoziemskiego HUR,oraz działacz organizacji obywatelskiej, który zbiegł z Rosji i zajął proukraińskie stanowisko.
„Rosyjskie służby wywiadowcze liczyły na to, że głośne morderstwa zasieją panikę i wywołają destabilizację sytuacji społeczno-politycznej na Ukrainie” – czytamy na stronie SBU.
Grupę rozpracowano z pomocą śledczych w Mołdawii. Zatrzymań dokonano na terenie dwóch państw. Grupa jest podejrzana o przygotowanie się do umyślnego zabójstwa na zlecenie oraz nielegalne posługiwanie się bronią lub materiałami wybuchowymi. Grozi im kara nawet dożytwoniego pozbawienia wolności.
Przeczytaj także:
Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty poinformował, że skierował do Komisji Weneckiej projekt Karola Nawrockiego ws. sądownictwa. Prezydencka propozycja ustawy pojawiła się tuż po zawetowaniu projektu rządu.
„Marszałek Sejmu: ponieważ według opinii prawników prezydencki projekt ws. sądownictwa narusza niezawisłość sędziowską i podział władzy zdecydowałem się przekazać do zaopiniowania Komisji Weneckiej” – przekazała na portalu X Polska Agencja Prasowa.
Chodzi o opisywany przez Mariusza Jałoszewskiego w OKO.press projekt ustawy Karola Nawrockiego dotyczący naprawy sądów. „To wypowiedzenie wojny rządowi Donalda Tuska, UE i przede wszystkim sędziom, którzy bronili praworządności oraz stosują prawo europejskie” – przestrzegał nasz dziennikarz.
Opublikowany w czwartek (19 lutego) prezydencki projekt ustawy zakłada m.in.:
Prezydencki projekt ustawy ws. sądownictwa jest odpowiedzią na zawetowany przez Karola Nawrockiego rządowy projekt o KRS. „Nie mogę podpisać ustawy, która pod hasłem „przywracania praworządności” w rzeczywistości wprowadza nowy etap chaosu i otwiera drogę do politycznego wpływu na sędziów. Ustawa wprowadza segregację sędziów i oddaje wymiar sprawiedliwości w ręce politycznej grupy interesów” – twierdzi Nawrocki.
Jak podnosi Anna Wójcik w OKO.press, prezydent zapowiedział, że jeśli jego ustawa nie zostanie uchwalona, zarządzi referendum.
Zawetowana ustawa zmieniała sposób wyboru 15 sędziów do KRS. Znowu mieli ich wybierać sędziowie, a nie Sejm, co w 2017 roku wprowadził rząd PiS, upolityczniając radę. Kadencja sędziów zasiadających w neo-KRS kończy się 12 maja.
Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, Europejski Trybunał Praw Człowieka i polski Sąd Najwyższy orzekły, że udział Sejmu w procedurze wyboru sędziów do KRS powoduje upolitycznienie rady, co skutkuje wadliwością powołań sędziów.
"Polska jest zobowiązana wyrokiem pilotażowym Europejskiego Trybunału Praw Człowieka Wałęsa przeciwko Polsce z grudnia 2023 roku do naprawienia procedury wyboru sędziów do KRS. Obecny rząd chce wykonać te wyroki i wrócić do wyboru sędziów do KRS przez sędziów. W tym celu uchwaliła już dwie ustawy o KRS. Pierwszą, z 2024 roku, prezydent Andrzej Duda skierował do Trybunału Konstytucyjnego, który stwierdził, że jej przepisy są niekonstytucyjne.
Większość rządząca miała nadzieję (choć nikłą), że drugi, kompromisowy projekt przedstawiony przez ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka, zyska aprobatę prezydenta Nawrockiego" – przypomina Wójcik.
Sprawą zajmie się teraz Komisja Wenecka. To organ doradczy Rady Europy w sprawach konstytucyjnych. Jej rolą jest dostarczanie porad prawnych państwom członkowskim, w szczególności zaś pomoc państwom, które chcą reformować swoje instytucje prawne w zgodzie ze standardami europejskimi i międzynarodowym doświadczeniem w obszarach demokracji, praw człowieka i rządów prawa.
Komisja Wenecka już raz analizowała zapisy dot. Krajowej Rady Sądownictwa. „Komisja Wenecka uważa, że Polska musi możliwie szybko uregulować status neosędziów powołanych w wadliwej procedurze. Jednocześnie zastrzega, że nie można ich masowo cofnąć z zajmowanych stanowisk ustawą, musi ich pojedynczo ocenić organ niezależny od rządu” – opisywała Wójcik.
Przeczytaj także:
Minister kultury Marta Cienkowska zrywa umowę z mazowieckim samorządem o współprowadzeniu Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie. To ostra reakcja na powołanie bez zgody ministerstwa polityczki KO Beaty Michalec na dyrektorkę instytucji
MKiDN zastosowało opcję atomową w sprawie Muzeum Literatury: wypowiedzenie umowy o współprowadzeniu oznacza, że od 1 stycznia 2027 roku Muzeum pozostanie samorządową instytucją kultury prowadzoną wyłącznie przez Województwo Mazowieckie. I straci ponad 6 mln zł ministerialnej dotacji. To ponad jedna trzecia całego budżetu instytucji, który wynosi 16 mln zł.
„Mimo jednoznacznych opinii ekspertów i środowiska literackiego samorząd mazowiecki woli kierować się interesem partyjnym. To postawa głęboko szkodliwa i niszcząca dla wspólnej kultury. […] Wobec otwartego łamania zasad i wobec wyczerpania możliwości porozumienia Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wypowiedziało umowę współprowadzenia Muzeum Literatury” – powiedziała ministra Marta Cienkowska.
„Pełna decyzyjność to pełna odpowiedzialność – również finansowa. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie będzie finansowało eksperymentów samorządowców na żywych organizmach instytucji kultury” – napisał w oświadczeniu Piotr Jędrzejowski z Centrum Informacyjnego MKiDN.
Wcześniej ministerstwo zwróciło się do wojewody mazowieckiego Mariusza Frankowskiego o ocenę, czy powołanie Michalec na dyrektorkę Muzeum Literatury bez zgody MKiDN jest zgodne z prawem i czy zachodzi potrzeba podjęcia działań nadzorczych wobec Województwa Mazowieckiego. Termin, w którym wojewoda może unieważnić uchwałę zarządu Mazowsza w sprawie powołania Michalec, mija 4 marca.
W OKO.press opisujemy konflikt o Muzeum Literatury od jego początku. Władze Mazowsza od 2024 roku starają się przepchnąć kandydaturę warszawskiej radnej KO Beaty Michalec na szefową największego w Polsce muzeum literackiego, mimo że nie posiada ona kompetencji w dziedzinie historii literatury. W 2024 roku Michalec przegrała pierwszy konkurs na dyrektora Muzeum, ale władze Mazowsza zignorowały werdykt komisji konkursowej i powołały ją na pełniącą obowiązki dyrektora.
W drugim konkursie, w którym większość w komisji stanowili urzędnicy i politycy związani z Urzędem Marszałkowskim i koalicją KO-PSL, Michalec wygrała i została powołana na dyrektorkę mimo sprzeciwu MKiDN. Zgoda ministerstwa, które współprowadzi Muzeum, jest wymagana do powołania dyrektora.
To nie pierwszy raz, kiedy MKiDN wycofuje się ze współprowadzenia instytucji kultury w atmosferze konfliktu politycznego. W 2025 roku resort wycofał się ze współprowadzenia Teatru im. Osterwy w Lublinie po konflikcie z władzami województwa lubelskiego z PiS wokół rozpisania konkursu na dyrektora. Lubelski teatr stracił w ten sposób 2 mln zł dotacji ministerialnej.
Podobna sytuacja jest w województwie świętokrzyskim: wiceminister kultury Marek Krawczyk zasugerował pod koniec stycznia 2026 roku, że ministerstwo może wypowiedzieć umowy o współprowadzeniu Muzeum Narodowego w Kielcach i Muzeum Zamkowego w Sandomierzu. W ten sposób chce wymóc na rządzącym w świętokrzyskim PiS respektowanie wyników konkursu na dyrektora Teatru im. Żeromskiego w Kielcach. Wygrał go w kwietniu 2025 roku reżyser Jacek Jabrzyk, wicedyrektor Teatru Zagłębia w Sosnowcu, ale świętokrzyski PiS wyniki konkursu zignorował i nie powołał go na dyrektora.
Czy wycofanie się ministerstwa ze współprowadzenia największego polskiego muzeum literackiego zapowiada podobną strategię wobec Teatru im. Żeromskiego w Kielcach? Ostatni wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego może na to wskazywać. NSA oddalił skargę kasacyjną MKiDN, która dotyczyła bezczynności zarządu województwa świętokrzyskiego w sprawie przedstawienia kandydatowi na dyrektora kieleckiego teatru warunków organizacyjno-finansowych (co jest pierwszym krokiem do powołania). NSA orzekł, że sądy administracyjne nie są właściwe do badania tego rodzaju czynności.
Tym samym ścieżka prawna została wyczerpana, a spór między ministerstwem a samorządem wszedł w fazę politycznych decyzji.
Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie to instytucja o ogromnym znaczeniu dla polskiej kultury, literatury i historii. W jej kolekcji znajdują się m.in. bezcenne rękopisy Adama Mickiewicza, w tym szkice do „Pana Tadeusza”, a także bogate zbiory dotyczące innych wybitnych postaci literatury polskiej: Słowackiego, Norwida, Żeromskiego, Dąbrowskiej, Nałkowskiej, Gombrowicza czy Szymborskiej.
Muzeum zajmuje kilka połączonych kamienic na Starym Mieście w Warszawie. Prowadzi też oddziały: dom Władysława Broniewskiego na warszawskim Mokotowie, Muzeum Marii Dąbrowskiej i Muzeum Andrzeja Struga w mieszkaniach tych twórców, a w podradomskiej Wsoli – Muzeum Gombrowicza.
Odebranie współfinansowania Muzeum przez państwo oznacza obniżenie jego rangi i możliwości rozwoju.
Przeczytaj także:
Wybory parlamentarne dopiero za rok, ale partie już myślą o tym, jak do Sejmu się dostać i jak mieć w rękach władzę. Jarosław Kaczyński tworzy listę potencjalnych premierów ze strony PiS, Konfederacja uzupełnia braki w wykształceniu, by kierować resortami, Lewica chce dwóch list dla całej koalicji rządzącej.
Liderzy polskich partii politycznych już zaczęli dzielić skórę na niedźwiedziu. Jak podaje Polska Agencja Prasowa Jarosław Kaczyński, szef Prawa i Sprawiedliwości, już przygotował listę premierów, którzy przejmą fotel po Donaldzie Tusku, gdy prawica wygra wybory parlamentarne.
„Sądzę, że w marcu decyzja będzie zupełnie jasna” – przekazał premier Kaczyński potwierdzając, że decyzje ws. kandydata już podjął, ale jeszcze jej nie ogłosi. Chce to zrobić z należytą pompą – na dużej konwencji partii, rozpoczynając de facto prekampanię.
PAP, powołując się na źródła w PiS-ie przekazuje, że potencjalnym premierem ma być polityk młody (czyli przed 50-tką). Na shortliście Kaczyńskiego mają znajdować się:
W tej orbicie brak np. Mateusza Morawieckiego, którego otoczenie mocno skonfliktowane jest z frakcją Przemysława Czarnka.
Pewna objęcia władzy zdaje się być również Konfederacja. Jak pisała „Gazeta Wyborcza”, partia Sławomira Mentzena oraz Krzysztofa Bosaka szykuje się do współrządzenia – opracowała listę interesujących ich ministerstw, a potencjalni ich szefowie uzupełniają wykształcenie, by móc popisać się dyplomami potwierdzającymi ich wiedzę w danym temacie. Konfederatom marzy się objęcie władzy w tematach migracji, finansów i cyfryzacji – niezależnie od tego, czy z propozycją współrządzenia przyszedłby Tusk, czy Kaczyński.
Koalicja rządząca oficjalnie milczy na temat strategii wygrania przyszłorocznych wyborów. Polska Agencja Prasowa, powołując się na źródła w Lewicy, przypomina o omawianym już przed miesiącami, pomyśle dwóch list.
Jedna, bardziej konserwatywna, byłaby złożona z Koalicji Obywatelskiej, polityków PSL-u i części Polski 2050. Drugą listę tworzyłoby bardziej lewicowe skrzydło obecnej koalicji rządzącej, stworzone z Nowej Lewicy, bezpartyjnych parlamentarzystek, które opuściły Razem, Zielonych czy polityków, którzy do Sejmu weszli z Szymonem Hołownią.
Nowa Lewica ma chcieć, by bardziej progresywną listę uzupełniło też Razem. Adrian Zandberg jednak wielokrotnie powtarzał, że chce osobnego startu jego partii w wyborach.
Zdaniem lewicy, start z dwóch list miałby pomóc w pokonaniu w wyborach PiS-u i Konfederacji.
Wybory do Sejmu i Senatu odbędą się jesienią 2027 roku. Sondaże nie przesądzają jednoznacznie, kto miałby te wybory wygrać.
Ten ostatni, ze środy, przeprowadzony przez Ogólnopolską Grupę Badawczą, daje co prawda większość KO (34,5 proc.), a drugie miejsce – PiS, na który chce głosować 27,81 proc. badanych. Ostatnie miejsce na podium zajmuje Konfederacja, na którą może głosować 14,38 proc. respondentów. Według sondażu OGB do Sejmu weszłaby jeszcze Konfederacja Korony Polskiej Grzegorz Brauna (8,99 proc.) oraz Lewica (5,86 proc.).
Sondaż IBRiS-u dla „Rzeczpospolitej” z początku lutego daje mniejsze poparcie dla KO (31,4 proc.), PiS (23,3 proc.) i Konfederacji (12,6 proc.), umacniając za to partię Brauna (9 proc.) i Lewicę (8,1 proc.) i prognozując wejście do Sejmu PSL (5,4 proc.).
Wciąż niezagospodarowana jest ponad 10-procentowa grupa wyborców, która albo nie wie, na kogo chce głosować, albo wybiera partie, które idąc samodzielnie, nie przekroczyłyby 5-procentowego progu wyborczego. To m.in. podzielona Polska2050 czy Razem.
Przeczytaj także:
Od piątku, 20 lutego, Polskę przestają obowiązywać zapisy konwencji ottawskiej zobowiązujące do rezygnacji z min przeciwpiechotnych. W planach MON-u jest produkcja miliona min, również na eksport, a jak przyznał Donald Tusk – w razie zagrożenia Polska ma potrzebować 48 godzin, by rozłożyć ładunek wzdłuż wschodniej granicy.
Skończył się sześciomiesięczny okres wypowiedzenia konwencji ottawskiej zakazującej „użycia, składowania, produkcji i przekazywania min przeciwpiechotnych”. Oznacza to, że Polska – tak jak i Finlandia, Litwa, Łotwa czy Estonia, które również zrezygnowały z respektowania zapisów Konwencji – może produkować miny, a w razie zagrożenia rozmieszczać je na swoim terytorium.
Premier Donald Tusk na poligonie w Zielonce wypowiedzenie konwencji nazwał „kluczowym dla naszego bezpieczeństwa”. Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna” rząd chce produkować miny w obrębie kraju. Mają to robić bydgoskie Zakłady Elektromechaniczne Belma, które należą do Polskiej Grupy Zbrojeniowej oraz radomska grupa Pronit.
Miny mają być przygotowane „na wszelki wypadek” Władysław Kosiniak-Kamysz, minister obrony narodowej zadeklarował, że Polska nie ma zamiaru używać min w celach ofensywnych. Ich rozmieszczenie ma być kolejnym elementem tzw. Tarczy Wschód, czyli projektu obrony wschodniej granicy kraju.
Plan rządu zakłada zaminowanie terenów od strony Białorusi i Rosji. Wojsko, w razie zagrożenia, miałoby to zrobić w zaledwie 48 godzin, dzięki systemowi minowania narzutowego Bluszcz.
Konwencja ottawska pochodzi z 1997 roku, a w życie weszła w 1999 roku. Polska została sygnatariuszem umowy 4 grudnia 1997 roku, a ratyfikowała ją dopiero w 2012 roku. U jej podstaw leżało to, że miny lądowe są bronią, która nie jest kierowana przeciwko konkretnej osobie, ani nie rozróżnia cywilów od żołnierzy.
Krótko przed końcem kadencji prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o wypowiedzeniu Konwencji ottawskiej. Przygotowany przez MON projekt zyskał wcześniej w parlamencie miażdżącą większość posłów i senatorów, ponad podziałami politycznymi. Joanna Wicha, posłanka Lewicy, jako jedyna wskazała wtedy, że „podstawowym celem naszej obronności jest i powinna być obrona mieszkańców. Wykorzystanie min przeciwpiechotnych to dokładne przeciwieństwo dobrej obrony cywilnej”.
Michał Piekarski, specjalista z zakresu bezpieczeństwa narodowego, na łamach OKO.press wyliczał negatywne konsekwencje rozmieszczania min. Wskazywał nie tylko na brak pewności, czy mina porazi żołnierza wroga, czy osobę cywilną, ale i fakt, że raz rozmieszczona mina może pozostać gotowa do wybuchu przez lata – i zmieniać swoje położenie na wskutek oddziaływań zewnętrznych jak np. osunięcia gleby, stanowiąc zagrożenie dla przypadkowych ludzi jeszcze dekady po zakończeniu walk. To oznacza, że na zaminowanych terenach nie będzie można uprawiać roli czy podróżować.
Zadaniem min nie jest przestraszenie, a poważne zranienie i śmierć. Jak pisała Regina Skibińska, „Według Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża około 24 tys. osób ginie lub zostaje okaleczonych przez miny lądowe każdego roku. Od momentu wejścia w życie konwencji ottawskiej liczba ofiar min przeciwpiechotnych znacząca spadła. Jednak od 2023 roku trend ten się odwraca. Według Landmine Monitor, ten za wzrost ofiar odpowiada głównie intensywne użycie min w wojnie najeźdźczej Rosji na Ukrainę, a także używanie ich w Iranie, Mjanmie i Korei Północnej. Powodem jest też wykorzystywanie min improwizowanych przez niepaństwowe grupy zbrojne”.
Przeczytaj także: