Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Kiedy w Juracie obradowała Kapituła Orderu Orła Białego, premier Donald Tusk zaapelował do prezydentów Ukrainy i Polski o „bezpośrednią i szczerą rozmowę”. Obóz rządzący wskazuje, że Karol Nawrocki pod znakiem zapytania stawia polskie relacje z Ukrainą. Ale politycy PiS czynią z tego wewnątrzkrajową wojenkę. „Skończyło się rumakowanie” – piszą do premiera.
Temat ewentualnego odebrania prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego miał być głównym elementem poniedziałkowego posiedzenia Kapituły w Juracie. Z jakim efektem? Jak poinformował rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz, kapituła przedstawiła Nawrockiemu opinię, a on „podejmie decyzję w odpowiednim czasie".
Wiadomo, że prezydent zamierza dążyć do odebrania Wołodymyrowi Zełenskiemu tego odznaczenia. Sam, po tym, jak prezydent Ukrainy nadał jednej z jednostek wojskowych imię „Bohaterów UPA” wystąpił o kapituły o odebranie mu tego honorowego oznaczenia. Nawrocki wskazał, że decyzja prezydenta dostarcza „najlepszego materiału i wiele tlenu rosyjskiej propagandzie”.
Jeszcze w trakcie spotkania kapituły głos zabrał premier Donald Tusk. „Ponieważ dyplomacja nie przyniosła żadnych efektów, zwracam się publicznie do Prezydentów Karola Nawrockiego i Wołodymyra Zełenskiego o bezpośrednią i szczerą rozmowę. Zanim emocje zrujnują naszą solidarność, która narodziła się w obliczu rosyjskiego zagrożenia. Współpraca leży w interesie obu naszych państw i narodów, a konflikt w interesie Moskwy. To chyba oczywiste dla nas wszystkich" – napisał na portalu X.
Głos zabrał też minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. „Pan prezydent chciał mieć politykę zagraniczną, mieć na nią wpływ, więc czeka go decyzja, która na pewno będzie miała poważny wpływ na politykę zagraniczną. Dlatego mam nadzieję, że Kapituła i pan prezydent podejmie mądrą decyzję” – wskazał. I dodał: „Osobiście uważam, że będzie dziwnie, gdy okaże się – jeśli zawężymy sprawę do żyjących – że Order Orła Białego ma pan były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, który od Putina bierze pieniądze, a nie ma go ten, który z Putinem walczy” – dodał szef polskiej dyplomacji.
Politykom KO natychmiast odpowiedzieli politycy PiS. Marcin Horała zapytał Tuska, czy ten „chociaż raz dla odmiany mógłby stanąć po stronie Polski”. Mateusz Morawiecki napisał, że dyplomacja Tuska ma „jedno oblicze- klękanie przed Brukselą i Berlinem”, a Jacek Sasin, że „szybko skończyło się rumakowanie Donalda Tuska, który twierdził, że to wyłącznie rząd prowadzi politykę zagraniczną”.
Dyskusja wokół decyzji Zełenskiego przybiera w Polsce abstrakcyjne rozmiary. „Podczas gdy ukraińskie deep strike’i niszczą rafinerie głęboko wewnątrz Federacji Rosyjskiej, a middle strike’i rujnują logistykę rosyjskiej armii na zapleczu frontu, Polska decyduje się na dużo bliższy cel: szykuje potężny strzał we własną stopę” – pisze na łamach OKO.press Bartosz Kocejko-Szukalski nazywając postawę polskich polityków „spektaklem furii”.
Zełenski został odznaczony Orderem Orła Białego (najstarszym i najważniejszym odznaczeniem państwowym) w kwietniu 2023 roku przez ówczesnego prezydenta Andrzeja Dudę „w uznaniu znamienitych zasług w pogłębianiu przyjaznych i wszechstronnych stosunków między Polską a Ukrainą, za rozwijanie współpracy na rzecz demokracji, pokoju i bezpieczeństwa w Europie oraz niezłomność w obronie niezbywalnych praw człowieka”.
W związku z napiętą sytuacją w piątek i sobotę w Warszawie przebywał szef kancelarii prezydenta Ukrainy Kyryło Budanow, który rozmawiał m.in. z wicepremierem, szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, szefem prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcinem Przydaczem, szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego Bartoszem Grodeckim oraz wiceszefem MSZ Marcinem Bosackim.
Jak podała Polska Agencja Prasowa, strona ukraińska miała wskazać, że ma świadomość reakcji, jakie tematyka UPA wywołuje w Polsce i jest zainteresowana dialogiem w tej sprawie. Przydacz zadeklarował gotowość do dalszych rozmów i wskazał na oczekiwania po stronie polskiej. Z kolei rzecznik MSZ Maciej Wewiór przekazał, że jednym z tematów rozmowy Budanowa z wiceministrem Bosackim były ukraińskie propozycje rozwiązania sytuacji.
Ukraińcy bowiem postrzegają Ukraińską Powstańczą Armię głównie jako organizację antysowiecką, nie antypolską. Inaczej też oceniają zbrodnię wołyńską. „Dla polskiej strony wydarzenia z 1943 r. na Wołyniu były zbrodnią ludobójstwa, dla Ukraińców był to efekt symetrycznego konfliktu zbrojnego, za który w równym stopniu odpowiedzialne były obie strony” – wyjaśnia PAP.
Sam Wołodymyr Zełenski w weekend przebywał w Londynie, gdzie odbył się szczyt przywódców Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Ukrainy. Jego celem było „potwierdzenie niezachwianego poparcia dla Ukrainy broniącej się przeciwko nielegalnej agresji Rosji”, a także omówienie warunków niezbędnych do osiągnięcia sprawiedliwego i trwałego pokoju. Na spotkaniu zabrakło Polski.
W oficjalnym komunikacie podano, że przywódcy europejscy przedstawili pięć warunków koniecznych do zakończenia wojny w Ukrainie:
Prezydent Ukrainy potwierdził, że skontaktował się z nim Roman Abramowicz, powiązany z Kremlem oligarcha i były właściciel londyńskiego klubu piłkarskiego Chelsea. Biznesmen miał wyrazić chęć bycia mediatorem między Moskwą i Kijowem.
Przeczytaj także:
To już oficjalnie. Daria Gosek-Popiołek z poparciem Nowej Lewicy dołącza do wyścigu o fotel prezydenta Krakowa. Posłanka już ogłosiła swoje priorytety na prezydenturę. Wśród nich m.in. zamknięcie mediów samorządowych, pomoc dla lokalnych przedsiębiorców i obniżkę cen biletów MPK
Na zdjęciu Daria Gosek-Popiołek podczas kampanii na prezydenta Krakowa w 2018 roku. Szerzej nieznana polityczka startowała wówczas w wyborach z ramienia partii Razem. Otrzymała mniej niż 2 procent głosów. Pięć lat później w wyborach do Sejmu osiągnęła jeden z najwyższych wyników w okręgu i czwarty z najwyższych w samym Krakowie. Wyprzedzili ją tylko liderzy list PiS, KO i Trzeciej Drogi.
„Wierzę w Kraków i jego mieszkańców” – tymi słowami Daria Gosek-Popiołek oficjalnie potwierdziła swój start w wyborach na prezydenta Krakowa. W swoim pierwszym przemówieniu – zorganizowanym w parku im. Wisławy Szymborskiej – miejscu symbolicznym, dosłownie wyrwanym przez aktywistów z betonozy, bowiem ekipa Jacka Majchrowskiego planowała tutaj wielki parking – wskazała na swoje pochodzenie spoza Krakowa (jest z Sosnowca, jak Jacek Majchrowski) i priorytety w wizji miasta, czyli np. politykę mieszkaniową, transport zbiorowy – liczony nie metrem, a tramwajami i autobusami, obniżką cen biletów MPK oraz zamknięciem mediów samorządowych, ograniczeniem kwot na promocję Krakowa i turystykę.
„Kiedy ponad 20 lat temu wysiadłam na dworcu w Krakowie, byłam mieszanką nerwów i ekscytacji [...] Bałam się, czy sobie poradzę. Wiedziałam, że wybrałam Kraków. Ale nie wiedziałam, czy Kraków wybierze mnie. Dziś wiem, że był najlepszą decyzją, jaką mogłam podjąć” – mówiła. I wskazała: „Nie wiem, czy jest większy wyraz miłości do miasta niż matka, która mówi, że chce, by w tym właśnie mieście jej dzieci zakładały swoje domy i swoje rodziny. A ja marzę o tym, by moje córki właśnie tu budowały swoje własne życie” – mówiła.
W swoim przemówieniu wskazała, że chce skończyć z Krakowem jako miastem dla turystów, a nie dla Krakowian. „Miasto jest do życia” – mówiła, wskazując na hasło kampanii: „Kraków – miasto, które dba”.
O tym, że Daria Gosek-Popiołek wystartuje w wyborach na prezydenta Krakowa, otwarcie mówiło się już w dniu ogłoszenia oficjalnych wyników referendum, kiedy wiadome było, że do wyborów w Krakowie dojdzie. Sama posłanka rozgrzewała polityczne emocje. W niedzielę 7 czerwca wrzuciła do sieci zdjęcie z szachownicą i opatrzyła je wpisem: „Czas stoczyć najważniejszą partię”.
W dniu ogłoszenia kandydatki do Krakowa zjechali najważniejsi działacze i działaczki Nowej Lewicy. Darię Gosek-Popiołek ogłoszono z pompą nieporównywalną do innych partii. Krakowska kampania będzie bowiem ostatnim poligonem przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi. Wyniki i nastroje w Krakowie będą rzutować na kampanię w całym kraju, jaką będziemy oglądać już za rok. Nowa Lewica nie będzie żałować pieniędzy na kampanię Gosek-Popiołek, ale ta sama mówi: „Kraków dla nas, mieszkańców to coś więcej niż test przed 2027 rokiem”.
Wiadomo, że kandydata na prezydenta Krakowa z ramienia Koalicji Obywatelskiej osobiście wskaże premier Donald Tusk. Choć premier zapowiadał, że poda nazwisko jeszcze w poniedziałek 8 czerwca, ogłoszenie nie pojawiło się, a medialna karuzela nazwisk kręci się w najlepsze.
Kampanię wyborczą już rozpoczęli:
Start w wyborach w Krakowie na portalu X ogłaszał również Marian Banaś, były prezes Najwyższej Izby Kontroli w przeszłości związany z PiS. Wciąż nie wiadomo, czy w wyborach wystartuje Łukasz Gibała, czy zdecyduje się on poprzeć któregoś z inicjatorów referendum odwołującego Aleksandra Miszalskiego.
Przeczytaj także:
Swoją kampanię wyborczą rozpoczęła już partia Razem. Jej wiceprzewodnicząca i radna Krakowa, Aleksandra Owca powalczy o fotel prezydenta. W obozie lewicy będzie to ciekawa walka – Owca przez lata była bowiem jedną z najbliższych współpracowniczek Gosek-Popiołek. By Owca mogła wejść do krakowskiej Rady Miasta Krakowa, Gosek-Popiołek przed dwoma laty zrezygnowała ze startu w wyborach na prezydentkę i oficjalnie poparła Łukasza Gibałę, w sytuacji referendalnej mocno sympatyzującego z prawicą.
Owca krótko po wejściu do Rady Miasta wystąpiła z klubu, jest dziś jedyną radną niezrzeszoną. „Krakowskie starcie Darii Gosek-Popiołek i Aleksandry Owcy może stać się zatem laboratorium, w którym Nowa Lewica i Razem sprawdzą, która opowieść o lewicy – załatwianie własnej agendy przez pójście na kompromisy z liberałami czy może bycie wobec liberałów totalną opozycją – lepiej rezonuje wśród wyborców” – pisały na łamach OKO.press Agata Szczęśniak i Dominika Sitnicka.
24 maja w Krakowie odbyło się referendum, na mocy którego Krakowianie zdecydowali o odwołaniu prezydenta. Było to spore zaskoczenie – rzadko bowiem w Polsce dochodziło do sytuacji, w której mieszkańcy odbierali mandat politykowi w trakcie kadencji.
Aleksander Miszalski z KO rządził w mieście przez dwa lata. Szybko przylgnęły do niego etykiety dotyczące zatrudniania osób z partii w magistracie i spółkach miejskich. Krakowianie, którzy poszli do urn i odwołali prezydenta, podnosili też, że nie podoba im się wprowadzenie w mieście (i tak liberalnej) Strefy Czystego Transportu oraz skorelowania jej z podwyżkami w Strefie Płatnego Parkowania i cen biletów w komunikacji miejskiej. To właśnie ten temat będzie dominował w wakacyjnej kampanii wyborczej.
Donald Tusk szybko wyciągnął konsekwencje z tej porażki. Odwołał Aleksandra Miszalskiego z funkcji szefa małopolskiego okręgu partii. Koalicja nie ingerowała i nie wspierała publicznie swojego prezydenta w trudnym czasie referendum. Sam Miszalski twierdzi, że działo się to na jego wyraźną prośbę. "Sam prosiłem o to, by politycy z Warszawy za bardzo nie ingerowali w temat referendum” – powiedział w rozmowie z OKO.press.
Krakowianie wybiorą nowego prezydenta na przełomie sierpnia i września tego roku. Termin nie został jeszcze wyznaczony.
Przeczytaj także:
Rośnie liczba ofiar katastrofy w Filipinach. W wyniku trzęsienia ziemi 130 osób zostało rannych. Jak podaje BBC, liczba ofiar śmiertelnych wzrosła do 32. „To najsilniejsze trzęsienie ziemi, jakiego doświadczyliśmy” — relacjonował mediom Benjie Ancheta, szef lokalnej policji z miasta Alabel.
Pierwsze wstrząsy na południu Filipin zaczęto odczuwać ok. 7:37 rano (godzina 1:37 czasu polskiego). To początek roku szkolnego. Agencja AFP dotarła do nagrania z prowincji Davao del Sur, na którym widać tłum uciekających dzieci w momencie, w którym budynek ich szkoły się zawala. W General Santos doszło do zawalenia się budynku uniwersytetu.
W dziewięciostopniowej skali trzęsieniu ziemi na Filipinach przypisuje się magnitudę 7,8.
W kraju waliły się budynki, a na wskutek uderzeń wody sięgających nawet metra wysokości, władze Filipin, Indonezji, Malezji i Japonii zdecydowały się na wydanie ostrzeżeń przed tsunami. Jak podaje Polska Agencja Prasowa, Filipińska agencja sejsmologiczna Phivolcs oraz Centrum Ostrzegania przed Tsunami na Pacyfiku (PTWC) alert już odwołała.
Epicentrum wstrząsów zlokalizowano na morzu, ok. 13 km na południowy zachód od miasta General Santos. To liczące ponad 700 tys. mieszkańców miasto na południu wyspy Mindanao i ważny ośrodek handlu i przetwórstwa tuńczyka.
Filipiny i Indonezja znajdują się w tzw. Pacyficznym Pierścieniu Ognia, czyli strefie częstych trzęsień ziemi i erupcji wulkanicznych. Szacuje się, że nawet dziewięć z dziesięciu trzęsień ziemi na świecie występuje właśnie tam.
Poprzednie tragiczne w skutkach trzęsienie ziemi na Filipinach wystąpiło 30 września zeszłego roku. Było jednak słabsze. Wstrząsy o magnitudzie 6,9 nawiedziły prowincję Cebu w środkowej części archipelagu. Zginęły wówczas 72 osoby, nawet pół tysiąca było rannych.
Dotychczasowe szacunki mówią o śmierci 32 osób. Wiadomo, że co najmniej 17 osób zginęło w prowincji Sarangani. Kolejnych 13 zmarło w mieście Glan, a co najmniej trzy osoby straciły życie w sąsiedniej prowincji Davao-Occidental.
Przeczytaj także:
Po niedzielnym ostrzeliwaniu Iran ogłosił, że zakończył działania militarne wymierzone w Izrael – pod warunkiem, że ten przestanie atakować Liban. Do rozejmu strony wezwał Donald Trump. „Muszą natychmiast przestać strzelać” – napisał na X.
„Chwilę temu izraelskie siły powietrzne uderzyły w cele wojskowe należące do irańskiego reżimu terrorystycznego w zachodnim i centralnym Iranie” – napisały Siły Obronne Izraela na platformie X w lakonicznym komunikacie opublikowanym w poniedziałek rano, nie podając dalszych szczegółów.
Do eksplozji miało dojść w kilku miastach, m.in. Isfahanie, Tebrizie i Teheranie. Uszkodzono zakłady petrochemiczne w prowincji Chuzestan na południowym zachodzie Irano, do odwołania wstrzymano loty z Teheranu oraz portów w Tebrizie i Meszhedzie.
To pierwszy izraelski atak na Iran od zawieszenia broni uzgodnienionego 8 kwietnia i odwet za wcześniejszy ostrzał Iranu, który odpowiedział na izraelskie bombardowanie Libanu.
Izrael podał, że wszystkie irańskie rakiety zostały zestrzelone. W komunikacie dodano też, że Izrael „nie może pozwolić na sytuację, w której Iran ostrzeliwuje Izrael” — donosi „The Times of Israel”.
„Tej nocy Teheran musi płonąć!” — napisał tuż po ostrzale Izraela przez Iran Itamar Ben-Gwir, izraelski minister bezpieczeństwa wewnętrznego.
Do izraelskiego ataku doszło chwilę po tym, jak prezydent USA Donald Trump publicznie zapowiadał, że będzie odwodziła premiera Izraela Benjamina Netanjahu od odwetu. Tymczasem jak pisał w OKO.press Jakub Szymczak: „Strażnicy Rewolucji w swoim oświadczeniu po uderzeniu w Izrael piszą, że jest to na razie tylko ostrzeżenie. Ale jednocześnie grożą, że dalsza eskalacja będzie oznaczała ponowne otwarcie frontu w Zatoce Perskiej”.
Trzeciego czerwca w Waszyngtonie Izrael i Liban osiągnęły porozumienie o zawieszeniu broni. Częścią tego porozumienia nie jest jednak Hezbollah. To szyicka organizacja polityczno-zbrojna, która jest silnie powiązana z Islamską Republiką Iranu.
W negocjacjach z USA Iran konsekwentnie domaga się, by zakończenie wojny dotyczyło wszystkich frontów, w tym wojny pomiędzy Izraelem a Hezbollahem. W ostatnich dniach Iran ostrzegał, że złamanie zawieszenia broni i atak na południowy Bejrut spotka się z ich odpowiedzią.
Jesteśmy więc na prostej drodze do najpoważniejszej eskalacji w konflikcie USA i Izraela z Iranem od dwóch miesięcy – pisze Szymczak.
Bombardowania Iranu i Izraela skomentował już Donadl Trump. „Izrael i Iran muszą natychmiast przestać strzelać!” – napisał na platformie Truth Social prezydent USA. Godzinę później dodał kolejny wpis. Czytamy w nim: „Obydwie strony, Izrael i Iran, dążą do natychmiastowego zawieszenia broni! Ostateczne negocjacje w sprawie 'pokoju' trwają, choć ignorancja lub głupota mogą stanąć im na drodze. Blokada pozostanie w mocy i będzie obowiązywać do czasu osiągnięcia 'ostatecznego porozumienia'”.
W poniedziałek po godzinie 15 irańska armia poinformowała, że zakończyła działania militarne wymierzone w Izrael. Jak podaje Reuters, Iran ostrzegł, że ponowi ostrzały, jeśli Izrael nie wycofa się z bombardowania Libanu.
Przeczytaj także:
Kilka minut przed godziną 12 Narodowe Siły Zbrojne Łotwy odwołały alarm dotyczący potencjalnego zagrożenia z powietrza. W poniedziałkowy poranek myśliwce NATO zestrzeliły drona, który wleciał w łotewską strefę powietrzą. Reuters: dron przyleciał z Rosji.
Na zdjęciu: Francuski myśliwiec Dassault Rafale B uzbrojony do walki powietrznej w przestrzeni powietrznej Polski w ramach Wschodniej Warty NATO, 13 września 2025 r.
„Łotewskie Narodowe Siły Zbrojne informują o zagrożeniu powietrznym w łotewskiej przestrzeni powietrznej. Znajdź bezpieczne miejsce wewnątrz budynku i przestrzegaj zasady <<dwóch ścian>>. Jeśli zauważysz nisko lecący i podejrzanego obiekt, nie zbliżaj się, zadzwoń pod numer 112. Gdy zagrożenie ustanie, powiadomimy o tym” – komunikat o takiej treści pojawił się w poniedziałek 8 czerwca, kilka minut przed godziną 9 w mediach społecznościowych łotewskiego wojska NBS.
W łotewską przestrzeń powietrzną – jak podaje Reuters- wtargnął rosyjski dron. Zestrzelił go myśliwiec NATO, a dokładniej: francuski myśliwiec stacjonujący na Litwie w ramach misji Baltic Air Policing. I choć chwilę po zestrzeleniu drona zakończono alarm, łotewska armia ogłosiła go ponownie informując, że myśliwce NATO patrolują przygraniczą przestrzeń powietrzną.
Alert dla mieszkańców trwał niespełna do 11:30. „Potencjalne zagrożenie ustało” – poinformowały Narodowe Siły Zbrojne Łotwy na portalu X.
To nie pierwszy raz, gdy przestrzeń powietrzna Łotwy została naruszona przez drony. 7 maja dwa ukraińskie bezzałogowce spadły na terytorium Łotwy, uszkadzając magazyn ropy w Rzeżycy. Drony były wystrzelone przeciwko Rosji – i choć nikt nie został ranny, premierka Evika Silina oraz minister obrony Andris Spruds podali się do dymisji.
Incydenty z dronami zwiększają napięcie między państwami bałtyckimi a Moskwą. Kraje regionu oskarżają Rosję o elektroniczne zakłócanie lotów dronów, które następnie naruszają nadbałtycką przestrzeń powietrzną. Kreml z kolei zarzuca Bałtom, że umożliwiają Ukrainie ataki ze swojego terytorium. Państwa bałtyckie temu zaprzeczają.
22 maja do łotewskiego jeziora Dridzis w położonym niedaleko Białorusiu powiecie Krasław wpadł dron. A trzy dni przecież na teren Estonii i Łotwy wtargnął inny dron zestrzelony przez rumuńskie myśliwce F-16. 20 maja, na godzinę, zamknięto przestrzeń powietrzną nad lotniskiem w Wilnie – również z powodu możliwego wykrycia drona.
Łotwa, podobnie jak jej sąsiedzi, Litwa i Estonia, należy do najbliższych sojuszników Ukrainy w wojnie z Rosją. Na Łotwie i w Estonii Rosjanie stanowią około 20-25 proc. społeczeństwa, a na Litwie – ok. 5 proc.
Przeczytaj także: