Podczas gdy ukraińskie deep strike’i niszczą rafinerie głęboko wewnątrz Federacji Rosyjskiej, a middle strike’i rujnują logistykę rosyjskiej armii na zapleczu frontu, Polska decyduje się na dużo bliższy cel: szykuje potężny strzał we własną stopę.
„Polacy wpadli w totalną histerię” – komentowali dziennikarze ukraińskiego Radia NV. „Postradali rozum”.
To solidne medium, jest w nim mnóstwo dobrych eksperckich komentarzy. Najczęściej – trudno, żeby było inaczej – na temat wojny. Ostatnio regularnie analizowana jest np. skuteczna kampania middle strike’ów (uderzeń na średnim dystansie) w obwodach donieckim i zaporoskim, która sparaliżowała logistyczne zaplecze rosyjskiej armii. To m.in. dzięki niej Rosjanie w maju niemal nie zajęli nowych ukraińskich terytoriów, a prawdopodobnie wręcz wyszli na minus – to ich najgorszy miesiąc od jesieni 2023 roku.
Kolejny temat: Petersburg i bezceremonialny, doskonale skonstruowany list Zełenskiego do Putina, którego publikacja zbiegła się z uderzeniem w tamtejszą rafinerię, port wojenny i zakłady przemysłu zbrojeniowego. Na gościach Petersburskiego Międzynarodowego Forum Ekonomicznego, na których – zgodnie z planem organizatorów – wrażenie miała zrobić rzekoma potęga gospodarcza Rosji, niepowtarzalne wrażenie musiało zrobić coś zupełnie innego: kłęby czarnego dymu nad “drugą stolicą”.
A jeszcze inny temat: niedostatek rakiet obrony przeciwlotniczej. Ukraińcy skutecznie zestrzeliwują drony uderzeniowe (co nie zmienia faktu, że są one niezmiennie szalenie groźne), ale z balistyką radzą sobie gorzej, przez co rosyjska kampania terroryzowania ukraińskich miast pochłania coraz więcej ofiar cywilnych – budynek trafiony rakietą może się “złożyć”, grzebiąc dziesiątki ludzi.
Tak było w nocy 14 maja, gdy w blok z wielkiej płyty na jednym z kijowskich blokowisk uderzyła rakieta manewrująca Ch-101.
Byłem tam, gdy właśnie kończyła się akcja ratunkowa. Na skwerku obok leżały kwiaty i pluszowe przytulanki – w ataku zginęły 24 osoby, w tym trójka dzieci. Na skrawku podłogi, który pozostał po czymś, co wcześniej było szóstym piętrem, tuż nad kanionem z betonowych gruzów stała otwarta lodówka – na zbliżeniach z nagrań i zdjęciach widać jakiś słoik dżemu, plastikowe opakowanie bodaj jogurtu, butelkę szampana. Tak jak całe to miejsce – przerażająca rana po zniszczonym, codziennym życiu.
I w ten kontekst wjeżdża polski orszak polityki historycznej. Orszak nie jest żałobny – jest głośny, niecierpliwy, nie chce nikogo słuchać ani z nikim rozmawiać. Słychać nerwowy stukot klawiatur i chór podniesionych głosów. Wszyscy powtarzają to samo słowo: Wołyń!
Ten tekst publikujemy w naszym cyklu „Widzę to tak”, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości.
Faktycznie jest w Polsce sporo osób, dla których zbrodnia wołyńska jest ważnym punktem w rodzinnej historii. Sam jestem z takiej rodziny, były w niej realne i pamiętane z imion ofiary. Ale też m.in. z tej szczególnej perspektywy bierze się moja ogromna rezerwa wobec skonstruowanej wokół tego tematu narodowej “pamięci historycznej”. Bo wiem doskonale, że ona nie jest niezmienna, podlega bezustannym wpływom i manipulacjom, a często jest po prostu tworzona na potrzeby polityczne (to truizm: ludzie, którzy piszą na murach “Wołyń pamiętamy” niczego przecież nie pamiętają, bo urodzili się kilkadziesiąt lat później).
Tak czy inaczej, dla osób z „rodzin wołyńskich” sięganie przez Ukraińców po symbolikę związaną z UPA może być bolesne, a w każdym razie trudne do zrozumienia.
(Odnotujmy: jest też niemało polskich obywateli, dla których rodzinna pamięć ma zupełnie inny zwrot: są nią zbrodnie polskich żołnierzy różnych formacji na ukraińskich cywilach. O tych osobach mało kto jednak w naszej debacie publicznej pamięta).
Do tego dochodzi cała potężna machina – Wołyń jako sprawdzony prawicowy wehikuł do legitymizowania antyukraińskich emocji i budowania w ten sposób poparcia. O tym, że rosyjska propaganda wlewa do tego ustrojstwa olej napędowy, nie trzeba nawet przypominać.
W tym kontekście skutki decyzji Zełenskiego nie były trudne do przewidzenia, jego decyzja, by nazwać jedną z jednostek wojskowych imieniem “Bohaterów UPA”, była błędem.
Choć z punktu widzenia wewnętrznej ukraińskiej polityki była to decyzja doskonale zrozumiała – i gdyby nie spektakl furii urządzony przez polskich polityków, mogłaby przejść bez echa.
Dla Ukraińców UPA to przede wszystkim symbol walki z rosyjskim imperializmem, jeden z elementów bardzo różnorodnego panteonu, którym wspierają się przy walce z najeźdźcą.
W wydanym niedawno w Ukrainie “Atlasie rosyjskiego imperializmu i kolonializmu” UPA jest wspomniana właśnie w tej roli – jako heroiczny ruch oporu przed sowietyzacją. Piszę o tym, bo atlasu nie wydali jacyś złowrodzy polakożercy, tylko poważna organizacja społeczeństwa obywatelskiego (Międzynarodowa Fundacja „Odrodzenie”) i znany think tank (Ukraiński Instytut Przyszłości).
„To byli tacy trochę, ze wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi konotacjami tego słowa, trochę tacy ukraińscy żołnierze niezłomni” – powiedział wiceminister nauki Andrzej Szeptycki, a politycy prawicy zagotowali się ze złości niemal do omdlenia. Tymczasem Szeptycki po prostu ma rację – to w takiej roli przede wszystkim występuje UPA w ukraińskiej świadomości. I to się nie zmieni, z pewnością nie w czasie wojny z Rosją. Ten obraz mogą z czasem skomplikować i zniuansować jedynie sami Ukraińcy. Na szczęście i w Polsce i w Ukrainie są historycy, którzy prowadzą rzetelne badania i dostarczają wiedzy historycznej, która bardzo się przyda i polskiemu i ukraińskiemu społeczeństwu, o ile te społeczeństwa będą nią zainteresowane.
Ale ukraińskiego obrazu UPA z całą pewnością nie zmienią wściekłe kazania polskich polityków, zwłaszcza że nie są wygłaszane w dobrej wierze.
Jak zwraca uwagę Ukraińska Prawda, decyzja Zełenskiego, która wywołała w Polsce takie kontrowersje, to nie był pierwszy podobny przypadek – w styczniu 2026 roku centrum szkolenia Sił Bezzałogowych Systemów Sił Zbrojnych Ukrainy otrzymało honorowe imię ostatniego naczelnego dowódcy UPA Wasyla Kuka.
Wcześniej między prezydentami Polski a Ukrainy obowiązywała nieformalna umowa: strona ukraińska obiecała powstrzymać się od gloryfikowania przywódców OUN-UPA na szczeblu państwowym, strona polska natomiast zobowiązała się do niewykorzystywania tych kwestii do wywierania presji na Ukrainę. Umowa była „przez cały okres zasadniczo dotrzymywana” – wspominał Jakub Kumoch, szef Biura Polityki Międzynarodowej Kancelarii Prezydenta RP.
Co się zmieniło? Dudę zastąpił Nawrocki, z jego antyukraińską narracją i ustawą o zakazie propagowania „banderyzmu”. Ale trudno mi nie zauważyć, że problem nie tylko w Nawrockim: Polska z kraju, który aktywnie i wymiernie pomagał Ukrainie, stała się krajem, który co prawda wciąż żyje wspomnieniem tej pomocy i jeszcze niekiedy klepie sam siebie za nią po plecach, ale dziś do Ukrainy ma głównie pretensje. W takich warunkach mniej dziwi fakt, że polska wrażliwość nie miała dużej wagi przy decyzjach ukraińskich władz.
Właśnie minął rok od wyboru Karola Nawrockiego na Prezydenta RP, 10 miesięcy od zaprzysiężenia. Przez cały ten czas nie zdobył się on na podróż do Kijowa, stolicy sąsiedniego państwa walczącego w wojnie, w której rozstrzyga się także polska przyszłość. Teraz jest o krok od doprowadzenia do potężnej eskalacji kryzysu w stosunkach polsko-ukraińskich – bo takie skutki miałaby próba odebrania Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego.
Ale znów, inni polscy politycy nie zostają w tyle. Donald Tusk stwierdził, że „choć sam mógłby zareagować inaczej niż Karol Nawrocki, to rozumie jego stanowisko i nie zamierza go podważać”.
„Zełenski dostał order jako uosobienie ukraińskiego państwa i narodu. Odbieranie orderu byłoby nieadekwatną odpowiedzią na niemądrą decyzję Zełenskiego, gruby błąd, jaki popełnił. Nie należy odpowiadać głupotą na głupotę” – mówi OKO.press Aleksander Kwaśniewski.
Tymczasem polscy politycy tymczasem organizują zastępy piekielnej straży pożarnej: zamiast próbować gasić ogień zaprószony przez ukraińskich polityków, przyjeżdżają na sygnale i leją na niego benzynę, zadowoleni z własnej hardości i sprawczości.
Konsekwencje dalszego pogorszenia wzajemnych relacji mogą być fatalne, ale przede wszystkim dla nas: to Ukraina walczy i to ona ma dziś niezastąpiony know-how, którego potrzebujemy w coraz bardziej niebezpiecznym dla nas świecie – Rosja już przecież domaga się od nas rozbrojenia i atakuje nas akcjami dywersyjnymi.
Mamy więc do stracenia dobre relacje z dużym sąsiadem, który już w tej chwili liczy się na arenie międzynarodowej, a po wojnie będzie się odbudowywał – i nie mam wątpliwości, że ta odbudowa będzie szybka: olbrzymi ukraiński potencjał wiedzy i umiejętności znajdzie ujście w rozwoju gospodarczym.
Podczas gdy ukraińskie deep strike’i niszczą rafinerie głęboko wewnątrz Federacji Rosyjskiej, a middle strike’i rujnują logistykę rosyjskiej armii na zapleczu frontu, Polska decyduje się na dużo bliższy cel: szykuje potężny strzał we własną stopę.
Wicenaczelny OKO.press, wcześniej kierował działem społeczno-gospodarczym. Redaktor, czasem pisze: o pracy, podatkach i polityce społecznej. W redakcji od 2017 roku. Pochodzi z Prabut w woj. pomorskim, mieszka w Warszawie na Grochowie i bardzo mu się tam podoba.
Wicenaczelny OKO.press, wcześniej kierował działem społeczno-gospodarczym. Redaktor, czasem pisze: o pracy, podatkach i polityce społecznej. W redakcji od 2017 roku. Pochodzi z Prabut w woj. pomorskim, mieszka w Warszawie na Grochowie i bardzo mu się tam podoba.
Komentarze