0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: fot. Konrad Kozlowski / Agencja Wyborcza.plfot. Konrad Kozlowsk...

Angelika Pitoń: „Można mnie pokonać, ale nie można mnie zabić”.

Aleksander Miszalski: Powinienem był napisać „zniszczyć”. „Zabić” źle się kojarzy. Zbyt fizycznie, ostatecznie.

To pański wpis z piątkowego (28 maja) wieczora. Trzy dni później oficjalnie odwołano pana ze stanowiska szefa małopolskiej Koalicji Obywatelskiej. To była wiadomość do premiera? Sygnał, że nie ugnie się pan i nie zrezygnuje z posady w partii sam, po przegranym referendum i odwołaniu z urzędu prezydenta Krakowa?

Ależ skąd! To była wiadomość do organizatorów referendum, a właściwie do tych, którzy za tą akcją stali. Polityka ma to do siebie, że raz się wygrywa, a raz przegrywa. Przyznam, że w tym przypadku ta przegrana przyszła dość niespodziewanie, ale porażki są po to, by kształtować charakter. Tym wpisem chciałem podkreślić, że w bitwie owszem, można mnie pokonać. I ta przegrana oczywiście boli. Ale nie można zniszczyć mojego kręgosłupa moralnego, moich przekonań. Nie można zniszczyć mnie jako człowieka. I ja o swoje dobre imię będę walczył, tak w przyszłości, jak i teraz.

To znaczy?

W polityce popełnia się błędy. Ja parę błędów popełniłem, przede wszystkim politycznych. Ale nie mam się czego wstydzić. Jako prezydent Krakowa nie zrobiłem czegoś złego. I nie uważam, żeby kara, jaką wymierzyła mi część mieszkańców, była adekwatna.

A kara, jaką wymierzył premier i szef KO, pana zdaniem już taka była? To przekonywanie i namawianie pana, by sam zrezygnował z szefowania małopolskiej KO?

Nikt mnie do czegoś takiego nie przekonywał.

Nie było takich próśb albo sugestii z centrali?

Nie było takich próśb i sugestii. Rozmowę na temat mojej roli w strukturach Koalicji Obywatelskiej odbyłem w poniedziałek (1 czerwca) rano.

Kiedy odwołano pana z funkcji.

Tak. Zostałem przez sekretarza [partii – przyp.red.] Marcina Kierwińskiego uprzedzony o takiej decyzji. I o tym, że zarząd krajowy Koalicji Obywatelskiej uznał, że potrzebujemy w Małopolsce nowego impulsu, odświeżenia i przyjrzenia się wszystkiemu, co działo się w czasie akcji referendalnej. Przed nami ważny okres przygotowania się na nowe wybory – i zdaniem kierownictwa partii lepiej byłoby, żeby spojrzał na to ktoś z zewnątrz. Ja to szanuję i rozumiem.

Powtórzę: uważa pan, że to kara adekwatna?

To nie jest kara. To jest normalna reakcja polityczna. Jesteśmy jedną drużyną. I czasem jest tak, że ktoś, kto biegał w pierwszej połówce meczu, a może nawet przed 85 minut, zostaje zdjęty z boiska i skierowany na ławkę rezerwowych, żeby dać pobiegać innym. Byłem szefem małopolskiej Platformy przez osiem ostatnich lat. Do tej pory nikt w historii regionu nie kierował regionalnymi strukturami tak długo i nigdy nie zdarzyło się nawet, by koledzy i koleżanki z partii wybrali kogoś dwa razy na tę funkcję. A ja dostałem od nich mandat aż trzykrotnie. Schodzę więc z tego boiska, ale bynajmniej nie odchodzę z drużyny.

Czuł pan wsparcie tej drużyny w czasie akcji referendalnej?

Absolutnie tak. Pomagała cała struktura krakowska, odebrałem też wiele telefonów z Warszawy. Wiele osób pytało, jak mogą pomóc.

Pomóc? To nie była wspólna sprawa i wspólna walka?

To sprawa lokalna. Tu mieszkańcy Krakowa decydują. Nie chcieliśmy robić z tematu referendum sporu politycznego. Sam prosiłem o to, by politycy z Warszawy za bardzo nie ingerowali w ten temat. Nie chciałem polaryzacji i sprowadzenia tematu mojego odwołania do sporu politycznego.

Ale ten temat od początku był przecież upolityczniany. Wyraźnym tego przykładem jest pojawienie się w Krakowie Przemysława Czarnka, już pierwszego poranka po referendum.

Zgadzam się. Co więcej – jeśli porównamy frekwencję z referendum z mapą wyborczą poparcia Karola Nawrockiego w drugiej turze wyborów prezydenckich, to liczby te pokrywają się niemal idealnie. 175 tysięcy osób mnie odwołało, 185 tysięcy głosowało na Karola Nawrockiego w drugiej turze. To efekt społecznej polaryzacji, ale i bardzo zaawansowanej i bardzo kosztownej kampanii marketingowej inicjatorów referendów. Z szacunków, które widziałem, wynika, że mogła ona pochłonąć od siedmiu do nawet dziesięciu milionów złotych.

10 milionów?! Jak to państwo wyliczyli?

To szeroko zakrojona i wykraczająca poza granice miasta akcja billboardowa. To rozsyłane do mieszkańców gazetki – naliczyliśmy nawet pięć różnych tytułów. To opłacani “wolontariusze”, zarabiający nawet 500 złotych dziennie za zbieranie podpisów czy nakłanianie do udziału w referendum. A było ich ponoć prawie trzystu. To dowożenie do lokali wyborczych. Pamiętajmy, że akcja referendalna to nie ostatni miesiąc, ale rok- półtora systematycznie budowanej narracji, z agresywną kampanią oczerniającą radnych i polityków KO w mediach społecznościowych, karykaturach, filmikach generowanych przez AI.

Nie chcę na nikogo zwalać winy. Nie mówię, że nie popełniłem błędów. Ale to, co działo się po drugiej stronie było systemowym niszczeniem ludzi.

I nadało zupełnie nowy bieg marketingowi politycznemu, a w zasadzie uczyniło go antymarketingiem.

Przeczytaj także:

Pan uważa, że na tle tych zagrywek jest bez winy? KO grało czysto?

Graliśmy wedle reguł gry, które dyktował przeciwnik. Oczywiście, że czasem komuś puściły nerwy. Że przesadził, odpisując na komentarze w sieci. Ale to samo widziałem u moich politycznych przeciwników.

W swojej skrzynce na listy znalazłam ulotkę, w której czytałam o „krakowskim klaunie”, „damskim bokserze” czy o prawomocnym wyroku dla ojca Łukasza Gibały, a potem pańskie zdjęcie i zachętę, by w dniu referendum zostać w domu.

Nie czytałem tej gazetki, ale widziałem, że się pojawiła. Ja odpowiadałem za swoje obowiązki — za pracę w urzędzie, w Magistracie.

Chce mi pan powiedzieć, że nie konsultowano z panem działań okołoreferendalnych?

Część oczywiście tak, ale było mnóstwo działań oddolnych. Ja odpowiadałem za bezpośrednie działania jak Ławki Dialogu, spotkania z mieszkańcami, sprawne działanie Urzędu. Wokół referendum skupiało się wiele osób i wiele działań, często bardzo oddolnych. I przyznam szczerze — nie ingerowałem w nie. Nie czuję też za nie odpowiedzialności, zwłaszcza dzisiaj, w dobie social mediów, kiedy każdy może napisać wszystko, i to w ułamku sekund. Nie podjąłbym się więc kontroli takiego przekazu.

Stary baner wyborczy prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Fot. Jakub Włodek, Agencja Wyborcza.pl

Nawet jeśli uznamy, że walka referendalna po obydwu stronach była ostra, a nawet za ostra, to nie sposób porównywać ich skali i poziomu. Tego internetowego hejtu, generowania treści jak zdjęcia, na którym podstawiam nogę kobiecie na rowerze albo filmików, które uderzały w godność radnych Koalicji Obywatelskiej. To była zmasowana akcja, przed którą nie sposób było się bronić. Mogę rozmawiać o merytorycznych argumentach. O podjętych przeze mnie decyzjach. Ale nie jestem w stanie walczyć z internetowymi botami czy AI.

Uważa pan, że nie popełnił błędów w czasie swojej dwuletniej prezydentury?

Oczywiście, że popełniłem. Choćby sposób wprowadzenia Strefy Czystego Transportu. Mimo tego, że zliberalizowaliśmy przepisy względem tych przyjętych przez Jacka Majchrowskiego, zmniejszyliśmy jej obszar, wyznaczyliśmy trzyletni okres dostosowawczy i zwolniliśmy z opłat wszystkich Krakowian, to i tak nie spodobała się części wyborcom.

Co zawiodło?

Komunikacja. Mieliśmy jednak bardzo mało czasu na to, żeby zorganizować całą kampanię informacyjną, bo zgodnie z ustawą jej przepisy musiały wejść w życie w styczniu 2026 roku.

Po drugie, na wiosnę zeszłego roku na konsultacje przychodziło około stu, góra dwustu osób. I najczęściej od nich słyszeliśmy: “żadnej strefy”. Trudno rozmawia się przy takim stawianiu sprawy, zwłaszcza że część z nich nie była nawet mieszkańcami Krakowa.

Po trzecie – to był początek mojej prezydentury. Jeszcze na dobre nie działał Wydział Dialogu i Konsultacji Społecznych, który docelowo miał odpowiadać za przeprowadzenie konsultacji, więc zrobiono je jeszcze w Zarządzie Transportu Publicznego. Mieliśmy pół roku, żeby opracować oznakowanie, narzędzia informatyczne umożliwiające rejestrację paru milionów użytkowników, monitoring, proces rejestracji. To potężny proces logistyczny.

Rozpisaliśmy przetarg na dystrybucję wśród mieszkańców Krakowa listu i ulotki z objaśnieniem zasad strefy, sposobu rejestracji, tego, kogo ona właściwie dotyczy, a kogo nie.

Okazało się, że list dotarł do zaledwie około 10 procent mieszkańców, bo firma, która przetarg wygrała, po prostu ich nie dostarczyła.

Czy specjalnie? Nie wiem. Ale była to bardzo cenna, choć kosztująca stanowisko, lekcja.

Backlash związany ze SCT pana zaskoczył? I to, że to właśnie te zasady – w znikomym stopniu dotyczące Krakowian — zdecydują o pańskim odwołaniu?

Spodziewałem się oporu mieszkańców gmin ościennych, ale nie spodziewałem się, że ten opór przeniesie się również na część mieszkańców Krakowa. A właściwie na część z tych 30 procent, bo pamiętajmy, że to ten odsetek zdecydował o wyniku referendum. 70 procent Krakowian zostało w domu.

Z różnych powodów. Nigdy nie jest tak, że 100 procent wyborców chodzi na wybory.

Oczywiście. Ale duża część z nich podjęła decyzję, że zostaje w domu celowo i świadomie, i nie chce sygnować swoją obecnością wyniku referendum — mimo intensywnej kampanii marketingowej.

Pan sam przez długi czas bagatelizował akcję referendalną. Spodziewał się pan takiego wyniku? KO robiła wewnętrzne sondaże, które wskazywałyby na wysokie prawdopodobieństwo pańskiego odwołania?

Bardzo ciężko przeprowadzać sondaże w sytuacji referendalnej, które do tej pory zdarzały się dość rzadko, a jeśli już do nich dochodziło, to okazywały się nieskuteczne. Żyjemy jednak w nowej erze polityki marketingu politycznego.

Za czasów Hanny Gronkiewicz-Waltz media społecznościowe niemal nie istniały. A więc i sposób dotarcia do mieszkańców był o wiele bardziej ograniczony. Ta kampania była zupełnie inna.

W grze były gigantyczne pieniądze wydane na kampanię na Tik-Toku, Instagramie, Facebooku, mediach tradycyjnych.

Oczywiście wiedzieliśmy, że opór społeczny jest duży i wynik referendum może być na styk. I tak rzeczywiście było — referendum okazało się ważne dzięki trzem procentom wyborców.

Miszalski wychodzi ze swojego gabinetu
Aleksander Miszalski, były prezydent Krakowa. Fot. Jakub Włodek, Agencja Wyborcza.pl

Centrala partii w jakikolwiek sposób wspierała pana w kampanii? Finansowo bądź programowo?

Organizowaliśmy się na poziomie lokalnym. Centrala oczywiście była z nami w kontakcie, ale ma własne ważne tematy ogólnokrajowe, którymi musi się zajmować.

Ale po pana przegranej taki minister Kierwiński miał czas, żeby skrytykować w radiu pańską postawę w mediach społecznościowych, krytykując np. pańskiego Tik-Toka nagranego na dachu Magistratu.

Ja sam przyznałem, że to błąd. Kraków przez ponad dwie dekady miał prezydenta z jednej strony lewicowego, wywodzącego się ze struktur SLD, z drugiej strony – konserwatywnego, statecznego, który palił cygara w swoim gabinecie.

Udało się panu wywietrzyć gabinet z tego zapachu?

Prawie (śmiech).

Po Jacku Majchrowskim wybrano Pana – młodego, nowoczesnego, z progresywnym programem wyborczym. Który jeździ na rowerze, sprzedaje prezydencką limuzynę.

Taka wizja prezydentury była zresztą moją obietnicą wyborczą. Czytała pani książkę: “Miasto Szczęśliwe”?

Tak.

Czytałem ją trzy razy. I ona stała się moim motto. Chciałem, żeby Kraków był nowoczesny, progresywny. Stąd Zielony audyt inwestycji, Strefa Czystego Transportu, zmiana polityki mieszkaniowej, Społeczna Inicjatywa Mieszkaniowa, Społeczna Agencja Najmu, inicjatywa Da się, Pakt krakowskich Osiedli czy budowa metra.

Zaplanowaliśmy pół miliarda złotych na chodniki, drogi, lampy, przejścia dla pieszych. Przeprowadziliśmy wiele innowacji wewnątrzurzędowych, odeszliśmy np. w ogóle od papieru na rzecz komunikacji elektronicznej.

To co nie zagrało?

Myślę, że po prostu chciałem za szybko. Moje decyzje były zbyt radykalne.

Pracownicy Magistratu wiedzą doskonale, że pracowaliśmy na tak wysokich obrotach,

że sam zacząłem żartować, że jeśli nie odwołają mnie mieszkańcy, to zrobią to pracownicy UMK.

Narzuciliśmy gigantyczne tempo pracy. Zresztą — całemu miastu. Dziś myślę, że to tempo zmian było dla Krakowa zbyt duże. Jeśli np. mamy osobę, która uważa, że ekologia to temat głupi, nieistotny i stoi na stanowisku, że prezydent powinien być statecznym królem, a ja tymczasem kręcę rolki i gadam w internecie do ludzi — to my zupełnie się rozmijaliśmy.

A problemem nie były na przykład jednoczesne podwyżki cen komunikacji miejskiej, opłat za parking i wprowadzenie Strefy Czystego Transportu? Czyli walka z samochodozą z jednej strony, ale podnoszenie cen na bilet na tramwaj czy autobus z drugiej? Często jest tak, że w Krakowie komunikacją miejską po prostu nie opłaca się jeździć, jest za droga.

Błędem było wprowadzenie tych zmian w jednym momencie. Proszę sobie jednak wyobrazić taką sytuację: obejmuję prezydenturę i słyszę, że komunikacja miejska w Krakowie nie działa. Ludzie nie mieszczą się w tramwajach, a my – jako miasto – mamy bardzo duży dług [Jacek Majchrowski pozostawił miasto zadłużone na 6 miliardów złotych – przyp.red.]. Co więc robić? Jestem doktorem ekonomii. Przez 20 lat prowadziłem własną firmę i powiem nieskromnie: jestem dobry w Excela. Naprawdę umiem liczyć. Żeby zlikwidować 1 miliard deficytu trzeba by albo zlikwidować transport publiczny albo ¼ szkół; ale przecież to byłoby szaleństwo. No więc trzeba było szukać oszczędności wszędzie, gdzie się dało. Dyrektorzy departamentów zacisnęli pasa, w obrębie UMK dokonali cięć na poziomie 62 milionów złotych.

Zmniejszyliśmy dotację dla prywatnych przedszkoli do poziomów ustawowych, i żłobków, bo mieliśmy najwyższą w kraju, wyższą niż w Warszawie. Oszczędziliśmy około 100 milionów. Strefa Płatnego Parkowania dała kolejne 30 milionów. Podwyżki w komunikacji miejskiej przed korektą miały dać około 70 milionów. Ostatecznie dały pewnie 50. Budżet udało się skonstruować tak, że w 2026 roku po raz pierwszy wygenerowaliśmy nadwyżkę operacyjną na poziomie obecnie 120 milionów złotych. I to nie wstrzymując inwestycji.

Dalej jesteśmy zadłużeni, i to porządnie — ale jeśli tak skończy się rok, nie pożyczamy już na bieżące funkcjonowanie. I to jest sukces.

A błędy?

Uważam, że taniec na dachu na przykład był takim – niby nieistotnym, ale wizerunkowym – błędem. To był jeden krok za daleko, choć na przykład do tej samej muzyki filmik nagrał Péter Magyar, dziś premier Węgier. Ten pomysł w tamtym momencie wydawał mi się niewinny. Okazał się mocno niefortunny. Drugi raz bym go nie nagrał.

Takie wnioski pan wyciągnął? Byłby pan ostrożniejszym prezydentem, gdyby dostał pan taką szansę?

Dużo bardziej ostrożny.

Mniej bezpośrednim?

Na dach Urzędu bym nie wyszedł. I pewnie, gdybym znów miał podjąć decyzję dotyczącą np. Strefy Czystego Transportu, to przeprowadziłbym konsultację w bardzo podstawowy, podręcznikowy sposób. Poprawiłbym komunikację. Ale do ludzi wychodziłbym dalej. I dalej oczekiwałbym tak dużego tempa pracy w Magistracie. Ja po prostu inaczej nie umiem. Działam, nie siedzę i przyglądam się, co się dzieje.

Wielka Korekta pokazała, że jest pan niekonsekwentny. Najpierw ogłaszał podwyżki, potem, pod wpływem sprzeciwu mieszkańców, z wielu pomysłów naprędce się wycofywał. To była gra pod publikę?

Nie. Pokazałem, że potrafię przyznać się do błędu, wsłuchać się w głosy mieszkańców i wyciągnąć z nich wnioski. Przy wprowadzaniu Strefy Czystego Transportu nie wzięliśmy pod uwagę najuboższych mieszkańców gmin ościennych, krakowskich przedsiębiorców. Nie umożliwiono dojazdu do Park and Ride, co było błędem. Zapomniano o motocyklach. Więc jeśli docierały do nas merytoryczne argumenty – a nie hasło: “nie bo nie”, to braliśmy je na poważnie. Dokładnie tak było z postulatem wyłączenia mieszkańców z opłat za Strefę Płatnego Parkowania w niedzielę. Sprawdziliśmy, przeliczyliśmy, uznaliśmy, że budżet miasta to udźwignie, a przyjeżdżający będą dalej płacić. Dlaczego więc nie mieliśmy zrobić tego kroku w tył?

tabliczki na budynku Magistratu
Krakowski Magistrat. Fot. Klaudia Radecka, Agencja Wyborcza.pl

Krytykowano mnie za premie dla członków zarządu spółek miejskich. Tyle że był one ustalone i uchwalone za czasów prezydentury Jacka Majchrowskiego. Co więcej, są one regulowane, ustalane odgórnie, ustawowo. Ustaliłem, że skoro sytuacja Krakowa jest zła – i dług ten również jest odziedziczony – to musimy zacisnąć pasa, wszyscy, i nie uchwalać dodatkowego wynagrodzenia dla członków zarządu miejskich spółek w ogóle. A kiedy sytuacja finansowa miasta się ustabilizuje, to wrócimy do rozmów o tych zmiennych częściach wynagrodzenia.

Ale zatrudnianie osób związanych z Koalicją Obywatelską to już pana osobista decyzja.

Na 150 dyrektorów i wicedyrektorów w Magistracie może 5 osób jest członkami Koalicji Obywatelskiej. Jeden jest byłym dyrektorem banku, drugi byłym marszałkiem województwa, trzeci byłym przedsiębiorcą z doświadczeniem w rynku nieruchomości. Pozostałe dwie osoby od około dekady pracują w urzędzie. To osoby kompetentne, z doświadczeniem, zatrudnione nie ze względu na partyjny mandat.

A miejskie spółki? Choćby Krakowski Holding Komunalny?

W czasie kampanii wyborczej deklarowałem, że nikt z radnych miejskich nie będzie pracował w Magistracie. Słowa dotrzymałem. Nie deklarowałem, że nie będziemy zatrudniać członków partii politycznej, że będziemy odbierać komuś prawo do pracy tylko dlatego, że jest członkiem jakieś partii. I w spółkach są to również pojedyncze przypadki osób z KO. Pracują również członkowie innych partii. Nie biorę jednak odpowiedzialności za to, że jakiś radny albo jakiś inny członek KO startował w konkursie na posadę w agencjach rządowych czy innych miejscach w sektorze publicznym spółce miejskiej i został zatrudniony, ze względu na swoje kompetencje. Przecież ja o tym nie decyduję, tylko urzędnicy podlegli ministerstwom.

Szczęsny Filipak, szef krakowskich struktur, został doradcą prezesa Krakowskiego Holdingu Komunalnego – którym kieruje były wiceprezydent miasta, również z legitymacją KO. Jakie doświadczenie miał? Bo posadę objął z nadania, bez konkursu.

Znam te głosy krytyki podnoszące, że Szczęsny Filipiak nie ma matury, a więc z założenia brak mu kwalifikacji i kompetencji. Przypomnę tylko, że Bogusław Kośmider, były dyrektor banku, sam pisał uchwałę o krakowskim holdingu komunalnym. Zjadł na tym temacie zęby. A Szczęsny Filipiak jest osobą wyspecjalizowaną w ubezpieczeniach i przez dwie dekady zajmował się ubezpieczeniami. Udało mu się w ten rok zaoszczędzić na poprawieniu regulaminów i innych procesów parę milionów złotych dla miasta. Został zatrudniony również dlatego, że ma wyczucie społeczne i polityczne, i miał zająć się koordynacją polityk inwestycyjnych spółek miejskich na obrzeżach miasta.

Mogę w ten sposób obronić każdą nominację, począwszy od prawnika Kamila Kociołka, który zarabiał miesięcznie 6,5 tysiąca złotych i w ramach swoich kompetencji czytał wszystkie urzędowe dokumenty, które trafiały do mojego podpisu, a było ich chyba 5 tysięcy. Informował mnie o każdej wątpliwości prawnej i pozwalał mi podjąć bardziej odważne czy trudne decyzje jak np. te personalne w MOCAKU. Potrzebowałem mieć kogoś, kogo znam, komu ufam. I wiem, że jest dobrym prawnikiem, który szuka rozwiązań.

Dyrektor Potocką zwolnił pan z MOCAK-u na początku swojej kadencji zapowiadając koniec z kolesiostwem i walkę z mobbingiem. Adama Budaka, jej następcę, niespełna dwa lata później, kiedy okazało się, że wyłoniony w konkursie kandydat nie podołał zadaniu. MOCAK stał się ciekawą klamrą dla pana prezydentury.

Choć przez zupełny przypadek. Obydwa te zwolnienia skończą się pewnie w sądzie. Potrzebowałem merytorycznych analiz prawnych pozwalających mi na taki ruch, umożliwiających obronę decyzji, z myślą o pracownikach tego muzeum.

Jak obroni pan film, na którym widać, jak pan, pod wpływem alkoholu, sprząta podłogę w krakowskim barze?

Nie muszę go bronić. Byłem prezydentem Krakowa i dla tych 30 procent osób, które zagłosowały za moim odwołaniem, być może byłem zbyt nowoczesny i normalny. Nie widzę niczego złego w tym, że w czasie prywatnym, po pracy, raz w miesiącu wyjdę ze znajomymi na miasto. Jestem krakusem, żyję tutaj całe moje życie. Tu chodziłem do szkoły, grałem w piłkę, skończyłem studia i zrobiłem doktorat. Tu byłem radnym, tę ziemię reprezentowałem w Sejmie jako poseł. Prezydentura nie zmieniła faktu, że nadal biegam, jeżdżę rowerem do pracy, mam przyjaciół spoza polityki. Nie uważam za karygodne, że po godzinach pracy dla żartów śmieję się, tańczę, wychodzę na miasto czy sprzątam podłogę w barze. Nikogo nie obraziłem, nie skrzywdziłem, nie pobiłem i nic nie ukradłem. Nie uważam, że ośmieszyłem tym działaniem urząd prezydenta. Nagrał mnie ktoś z boku, wrzucił do sieci, chciał ośmieszyć – OK, w porządku. Ja nie czuję się ośmieszony.

Czuje się pan krakowskim Tuskiem?

Dlaczego miałbym?

Przemysław Czarnek tak pana nazwał.

Nie, absolutnie. Jestem z innego pokolenia niż pan premier i myślę, że mam inny styl niż Donald Tusk, ale przede wszystkim pan premier jest politykiem z ogromnym doświadczeniem i formatu światowego.

Co pan będzie teraz, po zakończonej prezydenturze, robić?

Na pewno nie chciałbym wycofać się z życia publicznego. Muszę odkłamać rzeczy, które w tej kampanii padły na temat mój i moich współpracowników. Poza tym naprawdę kocham Kraków i dalej chcę dla niego działać. Nie chciałbym, żeby nasza dwuletnia praca się zmarnowała, po prostu. Żeby przyszedł ktoś nowy i to wszystko rozwalił. Chcę pilnować tego, co będzie robił nowy prezydent, nawet jeśli miałbym robić to z fotela komentatora i szeregowego członka Koalicji Obywatelskiej.

Będzie pan startował w wyborach do Sejmu?

Za wcześnie na takie spekulacje.

A w wyborach na prezydenta Krakowa pan jeszcze kiedyś wystartuje?

(śmiech). Oczywiście, że chciałbym mieć szansę dokończyć swoją prezydenturę. Ale potoczyło się inaczej i dziś nie wiem czy będzie jeszcze taka szansa.

Pana następcę czeka trudny czas?

Bardzo. Jeśli nie będzie to prezydentura członka KO czy Nowej Lewicy, to będzie to nieustana walka z Radą Miasta, w której większość ma ta koalicja. A przypomnę, że RMK nie została odwołana. Jeśli będzie to osoba z naszej formacji lub naszym wsparciem, to sądzę, że skoryguje błędy, ale dobre projekty będzie kontynuować, bo część inwestycji i spraw trzeba po prostu dowieźć do końca. To będzie trudny czas również dla samego Krakowa – bo siłą rzeczy pierwszy rok będzie okresem nauki magistratu, miasta, jego dynamiki i specyfiki. Nieraz okaże się, że łatwo wyglądało tylko z zewnątrz.

Naprawdę spodziewa się pan wygranych wyborów dla KO?

Wierzę w to głęboko. I jestem gotowy pomóc merytorycznie tej osobie tak bardzo, jak będę mógł. Uważam, że nasz kandydat będzie mógł wyciągnąć z mojej prezydentury wnioski, i zaadaptować nasze najlepsze pomysły, i wycofać się z tych mniej trafionych.

Jak pan ocenia ten wyścig wyborczy, który w Krakowie już się zaczął? O prezydenturę zamierza walczyć nie tylko Michał Drewnicki z PiS czy kandydat KO lub Łukasz Gibała czy osoba przez niego wspierana, ale i Marianna Schreiber, Marian Banaś, Sławomir Pietrzyk.

To będzie cyrk. Populistyczny cyrk. Wielu kandydatów będzie obiecywało gruszki na wierzbie – i to w sezonie ogórkowym, kiedy większość Krakowian będzie na wakacjach.

Nie mam wątpliwości, że będzie to kampania ogólnopolska i że partie polityczne będą na Krakowie robiły sobie prekampanię przed wyborami parlamentarnymi. Będzie to śmieszne, ale i straszne, bo przecież to nie kabaret, tylko wybory najważniejszego człowieka w mieście, odpowiedzialnego za jego kształt i przyszłość.

Widzi pan dziś godnych następców?

Z tych osób, które do tej pory oficjalnie ogłosiły start, nie widzę kogoś, kto w mojej opinii ma szanse przekonać mieszkańców miasta. Nie widzę na razie klarownej, spójnej i możliwej do zrealizowania wizji. Zresztą – wielu z nich nie o Kraków, a władzę i rozgłos chodzi.

A KO? Kogo wystawi Koalicja w wyborach?

Te rozmowy wciąż trwają. Jestem przekonany, że zostanie wybrany ktoś, kto rozumie Kraków i będzie chciał dla niego jak najlepiej.

W grze są dziś nazwiska niezwiązane już z polityką lokalną. Monika Piątkowska, Bogdan Klich, Bartłomiej Sienkiewicz.

Ale wszyscy oni mają krakowskie korzenie, są rozpoznawalni, a jak powiedziałem: choć dotyczyć one będą Krakowa, to toczyć się będą tak naprawdę w całej Polsce.

I toczyć się będą w wakacje.

Kampania tak. A wybory? Zobaczymy. W środę 3 czerwca złożono protest wyborczy, dotyczący łamania ciszy wyborczej, który może opóźnić ogłoszenie terminu pierwszej tury wyborów.

I przesunąć je nawet na koniec września, kiedy mieszkańcy wrócą do miasta? Dobra strategia polityczna.

To żadna strategia. Zresztą protestu nie złożyła Koalicja, tylko osoby prywatne, m.in. działacze Komitetu Obrony Demokracji, reagując na internetowe kampania namawiające do udziału w referendum, szkalujące mnie, w czasie ciszy referendalnej, kiedy przestrzeń publiczna powinna być od takich komunikatów, reklam, filmików wolna. Co zdecyduje sąd? Zobaczymy.

Na zdjęciu Angelika Pitoń
Angelika Pitoń

Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".

Komentarze