Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Polscy olimpijczycy nie mogą otrzymać swoich nagród za medale obiecanych przez Zondacrypto. Prezes PKOl Radosław Piesiewicz zapowiedział jednak na pilnym briefingu prasowym, że nie zerwie umowy sponsorskiej z Zondacrypto, bo PKOI swoje świadczenia dotąd dostawał. Termin kolejnego przelewu od sponsora mija pod koniec kwietnia.
Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosław Piesiewicz zwołał pilny briefing prasowy, podczas którego poinformował, że mimo niepokojących doniesień na temat Zondacrypto oraz tego, że prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie tej spółki, PKOl nie zerwie z nią umowy.
Zondacrypto od października 2025 roku jest sponsorem generalnym Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz olimpijskiej reprezentacji Polski – była to kontrowersyjna decyzja Radosława Piesiewicza, prezesa PKOl, nominata PiS.
„Na dziś PKOl, patrząc od strony formalno-prawnej, nie ma podstaw do rozwiązania umowy. Wszystkie świadczenia ze strony sponsora są realizowane, a zerwanie umowy wiąże się z zapłatą kar umownych, na które PKOl nie stać – powiedział prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego (PKOl) Radosław Piesiewicz na specjalnie zwołanej konferencji prasowej.
Kolejnego przelewu od Zondacrypto PKOl spodziewa się pod koniec kwietnia.
Piesiewicz wyjaśniał, że dzięki firmie Zondacrypto PKOl mógł wysłać polskich sportowców na zimowe igrzyska w Mediolanie. „Bez tych środków nasi sportowcy zwyczajnie by na te igrzyska nie polecieli. Ustawowo PKOl ma obowiązek wysłania reprezentacji na igrzyska, jednak nie ma ustawowo zagwarantowanego budżetu, więc może opierać się tylko na pieniądzach sponsorów – dodał.
Szef PKOl z jednej strony wyjaśniał, że w chwili podpisania umowy sponsorskiej w 2025 roku nie wiedział o problemach związanych z Zondacrypto. Twierdził, że przed podpisaniem umowy w oficjalnym piśmie „poprosił” ABW „o udzielenie informacji na temat ”tego typu podmiotów", ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Do dziś.
Z drugiej jednak strony mówił, że w sprawie Zondacrypto "mamy do czynienia ze zmasowaną nagonką na tę firmę i też powstaje pytanie, komu to jest na rękę?”
Media od kilku tygodni donoszą o problemach największej polskiej giełdy kryptowalut Zondacrytpo. Więcej na ten temat można przeczytać tu.
Z wypłatami pieniędzy problemy mają nie tylko zwykli klienci. Panczenista Damian Żurek, który na igrzyskach we Włoszech dwukrotnie zajął czwarte miejsce, skarżył się w radiu RMF FM, że również nie dostał 100 tys. zł w tokenach, które były jedną z nagród dla polskich olimpijczyków sponsorowanych przez Zondacrypto. Tokeny są widoczne na jego koncie, ale nie może zamienić ich na gotówkę.
„Kupowałem mieszkanie z myślą, że obiecane pieniądze trafią na moje konto. Nie chcę myśleć, że może być inaczej” – mówił.
Również Kacper Tomasiak – potrójny medalista igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo – nie może wypłacić z Zondacrypto swojej nagrody – jak ustalił TVN24. Sportowiec za wywalczone medale otrzymał wirtualne tokeny o wartości 550 tys. zł.
Ogółem Zondacrypto ma do wypłaty 13,8 mln zł polskim olimpijczykom, zarówno medalistom, jak i zawodnikom, którzy uplasowali się na pozycjach 4.-8.
Przeczytaj także:
Zondacrypto, która bardzo dużo inwestowała w marketing sportowy, również na innych polach już się poddała i nie wypłaca obiecanych przez siebie pieniędzy sportowcom.
Wielką chlubą Zondy była współpraca sponsorska z legendarnym klubem piłkarskim Juventus F.C., która rozpoczęła się w lutym 2024 roku. Jednak Business Insider Polska właśnie dowiedział się, że współpraca z włoskim klubem zakończyła się w czerwcu 2025 roku, o czym wcześniej media nie informowały.
Zonda była sponsorem jeszcze drugiego klubu z Włoch z serie A – Parma Calcio 1913. Ten jednak nie chciał odpowiedzieć na pytania BI Polska o współpracę oraz ewentualne zaległości finansowe, „ponieważ nie ujawnia strategii biznesowych ani nie podaje szczegółowych informacji na temat relacji z partnerami.”
Na polskim podwórku piłkarskim wiemy, że Raków Częstochowa sam zdecydował się zakończyć współpracę z giełdą kryptowalut Zondacrypto, o czym jako pierwszy informował Przegląd Sportowy Onet.
A za chwilę kolejna może być Pogoń Szczecin. „Zondacrypto, z tego co wiemy, nie przelała Pogoni jednej transzy za współpracę. Ale w tym momencie nie można jednoznacznie przesądzić, że na pewno Pogoń postanowi rozstać się z Zondacrypto” — podaje z kolei portal WP Sportowe Fakty.
Tymczasem firma ma coraz większe kłopoty. Jeszcze w sobotę ze stanowiska zrezygnował Dawid Sendecki – członek zarządu giełdy Zondacrypto oraz jej dyrektor odpowiadający za nadzór nad procedurami przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy (AML), o czym poinformował na LinkedIn.
Jak wynika z dokumentów, Sendecki to druga najważniejsza postać w spółce BB Trade Estonia OÜ – operatorze giełdy Zondacrypto – zaraz po jej prezesie Przemysławie Kralu. Mimo to Sendecki twierdzi, że nie miał pojęcia o żadnych nieprawidłowościach, a o tym, że firma nie ma ponoć dostępu do swoich aktywów, czyli nie ma klucza prywatnego do 4500 BTC (ok. 1,2 mld dol.), miał dowiedzieć się z piątkowego oświadczenia Przemysława Krala na platformie X.com.
Dzień później, w niedzielę, rezygnację złożyli wszyscy członkowie rady nadzorczej BB Trade Estonia OÜ. To Veronika Tugo (przewodnicząca), Guido Buehlera i Giorgi Dżaniaszwili, którzy oświadczyli, że o kłopotach firmy dowiedzieli się dopiero, kiedy w polskich mediach wybuchła afera.
Tymczasem w piątek śląska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie Zondacrypto. Prowadzi je Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości z Wrocławia. Straty poszkodowanych klientów to co najmniej 350 mln zł, jednak to stan na piątek, a liczba ta cały czas rośnie wraz z kolejnymi zgłoszeniami od klientów spółki.
Przeczytaj także:
Były nadzieje na umowy o współpracy gospodarczej. Na doniesienia o budowie drugiej elektrowni atomowej, bo Francja jest potencjalnym partnerem. Na pierwsze konkrety o tzw. parasolu nuklearnym. Konkretów zabrakło. Prezydent skarży się, że został pominięty
Prezydent Francji Emmanuel Macron przyleciał w poniedziałek do Gdańska na I Polsko-Francuski Szczyt Międzyrządowy z okazji Dnia Przyjaźni Polsko-Francuskiej.
„Dziś mogę powiedzieć, że jest ktoś, na kim mogę polegać. Co nie jest tak bardzo powszechne w tych dziwnych czasach” -
powiedział na konferencji prasowej Donald Tusk stojąc obok prezydenta Francji.
W takim duchu utrzymana była cała konferencja prasowa obu liderów. Spektakularnych konkretów zabrakło. Wiadomo jedynie, że rozmowy Tuska z Macronem były "bardzo obiecujące, jeśli chodzi o współpracę w energetyce, w kwestiach szeroko pojętego bezpieczeństwa, o współpracę militarną, o współpracę w kosmosie”.
„Kosmos, sztuczna inteligencja, cyberbezpieczeństwo. We wszystkich tych dziedzinach Europa musi uwierzyć we własne siły i możliwości, bo nikt za nas tych rzeczy nie zrobi, Jeśli sami nie zapewnimy sobie bezpieczeństwa, nikt nam go nie zapewni” – powiedział Tusk.
Prezydent Francji i premier Polski byli pytani przez dziennikarzy, czy zapadły jakieś ustalenia w sprawie stałej obecności francuskich wojsk w Polsce.
Tusk odpowiedział, że to jjuż stało się faktem. Podkreślił, że na razie mamy w Polsce 250 francuskich żołnierzy i to jest wystarczające jako „prolog do dalszej współpracy”.
„Niewykluczone, że Francja przejmie na siebie część obowiązku ochrony Rzeszowa i Jasionki, a więc wielkiego hubu, by transporty na Ukrainę nadal były bezpieczne” – powiedział premier Tusk.
„Jeśli będzie potrzeba, żeby zwiekszyć obecność francuskich żołnierzy na polskiej ziemi, podejmiemy wspólnie tę decyzję najszybciej jak to możliwe” – dodał.
Prezydent i premier byli pytani także o to, czy zacieśni się współpraca Polski i Francji w zakresie budowy elektrowni atomowej w naszym kraju. Polska jest na etapie podejmowania decyzji o lokalizacji drugiej elektrowni atomowej oraz przed wyborem strategicznego partnera.
Decyzje w tej sprawie jednak nie zapadły. „Francja jest poważnym potencjalnym partnerem w budowie tej drugiej elektrowni. Potrzebujemy partnerów, do których możemy mieć zaufanie ponadczasowe i Francja jest tu oczywistym kandydatem na partnera we wszystkich projektach, nie tylko energetycznych, ale też militarnych i kosmicznych. Będziemy w wielką uwagą oceniać francuską ofertę współpracy” – odpowiedział Donald Tusk.
Premier wyjaśniał także lakonicznie, że
rozmowy dotyczące ewentualnego objęcia Polski francuskim parasolem nuklearnym nadal się toczą, ale wymagają dyskrecji.
„Polska jest w grupie państw, które skorzystały z zaproszenia Francji, aby ściśle współpracować w tej dziedzinie – stwierdził premier.
I dodał, że jest to "grono ekskluzywne, dobrze rozumiejące potrzebę europejskiej solidarności i suwerenności. W obecnej dobie to musi także dotyczyć zdolności odstraszania nuklearnego”.
„Będziemy kontynuować rozmowy, zaczęliśmy o tym rozmawiać jeszcze przed traktatem w Nancy i będziemy dalej nad tym pracować” – mówił Tusk.
W podobnym tonie wypowiadał się wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz pytany o tzw. parasol nuklearny przed wspólną konferencją premiera Tuska i prezydenta Macrona.
„Tutaj im mniej słów, a więcej czynów tym lepiej” – powiedział Kosiniak-Kamysz.
Kosiniak-Kamysz zapowiedział, że latem francuskie wojska wezmą udział we wspólnych ćwiczeniach na terenie Polski oraz podkreślał, że Polska pozostaje dla Francji kluczowym partnerem w budowaniu i wzmacnianiu europejskiej architektury bezpieczeństwa.
Ze słów szefa MON wynika, że jednym z głównych tematów poniedziałkowych rozmów był rozwój polskiego przemysłu zbrojeniowego, a także polska oferta dla strony francuskiej. Polskie spółki zbrojeniowe są zainteresowane, żeby zaoferować Francji swoją ofertę, m.in. Pojazdy Minowania Narzutowego Baobab.
Przeczytaj także:
Prezydent Macron spotkał się jedynie z premierem Donaldem Tuskiem, jednak nie zaplanowano spotkania z prezydentem Karolem Nawrockim, mimo, że Pałac Prezydencki usilnie o to zabiegał.
Rzecznik prezydenta Karola Nawrockiego Rafał Leśkiewicz powiedział Onetowi, że „Premierowi Tuskowi bardzo zależało na tym, żeby nie doszło do spotkania obu prezydentów. Dlatego naciskał na to, żeby wizyta odbyła się Gdańsku, a nie w Warszawie.”
Dodał, że prezydent Francji przyjechał do Polski na zaproszenie premiera Tuska, a MSZ nie wystosował zaproszenia do prezydenta Karola Nawrockiego.
„To kolejny przykład lekceważenia prezydenta przez rząd.
Lekceważenia Polaków, budowania murów i dzielenia społeczeństwa. To działanie wbrew interesowi Polski. Wykorzystywanie wizyt zagranicznych głów państw do wewnętrznej walki politycznej to przejaw skrajnie niepoważnej postawy rządzących i ośmieszania wizerunku Polski na arenie międzynarodowej” — powiedział Leśkiewicz.
Z kolei Donald Tusk wyjaśniał w piątek podczas konferencji prasowej, że zaprosił Macrona do swojego rodzinnego miasta, by pokazać mu, jak Gdańsk został odbudowany po II wojnie światowej. Ma to być wprowadzenie do konferencji dotyczącej odbudowy Ukrainy, która odbędzie się w Gdańsku w czerwcu 2026.
To pierwsze polsko-francuskie spotkanie na szczycie po tym, jak 9 maja 2025 r. w Nancy oba kraje podpisały traktat o wzmocnionej współpracy i przyjaźni między Polską a Francją. Współpraca ma dotyczyć kwestii militarnych, gospodarczych, społecznych i związanych z kulturą oraz zakłada wzajemne gwarancje bezpieczeństwa.
Podczas wizyty w Gdańsku prezydentowi Francji towarzyszą ministrowie: obrony, spraw zagranicznych, kultury oraz ministra odpowiedzialna za sprawy energetyki w ministerstwie gospodarki.
Jak informuje „Rzeczpospolita”, po poniedziałkowym Szczycie w Gdańsku część francuskiej delegacji przeniesie się do Katowic, żeby wziąć udział w Europejskim Kongresie Gospodarczym (EEC). Delegacji tej będą towarzyszyć przedstawiciele francuskich firm jak EDF, Eutelsat i Thales. Częścią EEC będzie bowiem Polsko-Francuskie Forum Gospodarcze.
Przeczytaj także:
Japonię dotknęło w poniedziałek rano trzęsienie ziemi, za którym idzie fala tsunami. Elektrownie atomowe nie zostały uszkodzone, ale eksperci ostrzegają, że poza falą tsunami możliwe jest „megatrzęsienie”, które mogłoby dotknąć ponad 180 japońskich miast.
W poniedziałek rano czasu polskiego (a o godz. 16:53 czasu lokalnego) doszło do trzęsienia ziemi o magnitudzie 7,7. Było to trzęsienie dna morskiego na głębokości 10 km, w odległości ok. 100 km od północnych wybrzeży Japonii.
Wstrząsy były jednak na tyle silne, że jak donoszą lokalne media, przestawiały meble w mieszkaniach. Według japońskiej siedmiostopniowej skali sejsmicznej osiągnęły poziom 5+.
To jednak dopiero początek tego, co może w najbliższych godzinach i dniach dotknąć Japonię. Premier Japonii Sanae Takaichi przestrzega przed nadciągającym tsunami.
Zaapelowała podczas konferencji prasowej, by mieszkańcy na obszarach, na których wydano ostrzeżenia przed tsunami, natychmiast ewakuowali się na wyższe lub bezpieczniejsze lokalizacje, takie jak budynki ewakuacyjne.
Trzęsienie ziemi i spodziewana fala tsunami spowodowały, że rząd podjął nadzwyczajne środki. Na ulicach z głośników nadawane są komunikaty ostrzegające przed możliwymi falami tsunami.
Pierwsze fale zresztą już zostały zauważone w porcie Kuji w prefekturze Iwate. Miały jednak wysokość jedynie 40 i 80 cm.
W oczekiwaniu na znacznie gorsze wydarzenia pracownikom zezwolono na wcześniejsze wyjście z pracy. Samo trzęsienie ziemi wstrzymało z kolei kursowanie słynnych pociągów dużych prędkości Shinkansen między stacjami Tokio a Shin-Aomori oraz między stolicą Japonii a stacją Fukuszima.
We wspomnianej prefekturze Iwate wstrzymano też ruch wszystkich pociągów linii lokalnych. Niektóre połączenia w prefekturze Hokkaido również zostały zawieszone.
Za to wszystkie japońskie lotniska funkcjonują dotąd bez zakłóceń. Podobnie jak elektrownie atomowe. W wyniku trzęsienia ziemi nie ucierpiała ani Fukuszima, która została zniszczona przez tsunami w 2011 roku, ani pozostałe dwie – elektrownia atomowa Higashidori w prefekturze Aomori oraz Onagawa w prefekturze Miyagi.
Przeczytaj także:
Wysokość fal, jakich spodziewa się Japońska Agencja Meteorologiczna (JMA) ma dojść maksymalnie do 3 metrów. Dla porównania, w 2011 r., kiedy Japonię nawiedziło trzęsienie ziemi o magnitudzie 9, zginęło prawie 20 tys. osób i poważnie uszkodzona została elektrownia jądrowa Fukushima, fale mierzyły ponad 10 metrów, a momentami nawet 20 metrów wysokości.
Niemniej i dzisiejsze wydarzenia są niebezpiecznie. Japońska Agencja Meteorologiczna w komunikacie przestrzega:
„Osoby przebywające na wybrzeżu lub wzdłuż rzek powinny natychmiast ewakuować się w bezpieczne miejsce, takie jak wzniesienia lub budynki. Tsunami uderza wielokrotnie. Nie opuszczaj bezpiecznego miejsca, dopóki alarm nie zostanie odwołany.”
JMA ostrzega również przed możliwym „megatrzęsieniem” o magnitudzie ok. 8. Gotowi na nie powinni być mieszkańcy siedmiu prefektur, na terenie których ucierpieć mogą 182 miasta i miejscowości.
Japonia jest jednym z najbardziej aktywnych sejsmicznie obszarów na świecie, leży w tzw. Pacyficznym Pierścieniu Ognia. Co roku występuje tam nawet około 1,5 tys. wstrząsów, przy czym większość jest na tyle słaba, że nie jest nawet odczuwalna przez człowieka.
Przeczytaj także:
W niedzielę ulicami Warszawy przeszedł Narodowy Marsz Życia pod hasłem "Wiara i Wierność 966-2026”. To nawiązanie do 1060. rocznicy Chrztu Polski, obchodzonej 14 kwietnia. Była to jedna z największych imprez pro-life w Europie – twierdzili organizatorzy. Dołączył prezydent Nawrocki.
Uczestnicy marszu szli w obronie wartości takich jak rodzina, prawo do życia i małżeństwo.
„Ale bez wiary i wierności są trochę jak dom budowany na piasku. Natomiast wiara i wierność — wiara naszej cywilizacji chrześcijańskiej, wierność naszemu dziedzictwu ponadtysiącletniemu — to są te sprawy, które sprawiają, że nasz dom rzeczywiście jest trwały, jest budowany na skalnym fundamencie. Z tym wszystkim dzisiaj będziemy maszerować"— mówiła jedna z organizatorek Lidia Sankowska-Grabczuk, działaczka pro-life, która w 2018 r. nie zdobyła mandatu radnej Warszawy, a w 2019 r. – nie dostala się do europarlamentu (z list Kukiz 15'). Była też rzeczniczką prasową europosła Marka Jurka.
Podkreślała, że jest to z największych imprez pro-life w Europie.
„Jest to impreza niezwykle ważna, ponieważ w dalszym ciągu w Polsce, w Europie i na świecie kwestionowane są podstawowe prawa człowieka: prawo do życia, prawo do ochrony rodziny, prawo do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Dopóki te prawa będą kwestionowane, dopóty Narodowy Marsz Życia będzie szedł” — zapowiedziała.
Przeczytaj także:
Marsz poprzedzony był dwiema mszami św. odprawionymi w Bazylice Archikatedralnej pw. Męczeństwa Jana Chrzciciela i w Katedrze Warszawsko-Praskiej. Ruszył o godz. 13.00 z Placu Zamkowego. Przeszedł ulicą Senatorską, Wierzbową przez Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego, Królewską i Krakowskim Przedmieściem, a na koniec wrócił na Plac Zamkowy.
Po drodze przeszedł przed Pałacem Prezydenckim, a do uczestników wyszedł prezydent Karol Nawrocki, który powiedział, że Narodowy Marsz Życia jest "piękną inicjatywą, która pokazuje, jak zło można zwyciężać dobrem”.
„Wspieram te inicjatywy, które służą Polsce, a ta inicjatywa z całą pewnością służy Polsce. Jest też odpowiedzią na głęboki kryzys demograficzny. Dzisiaj odpowiedź na wiele polskich problemów tkwi właśnie w polskich rodzinach, w naszej tożsamości, w tym, abyśmy pamiętali, skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy — mówił prezydent.
Organizatorami Narodowego Marszu Życia jest Fundacja Świętego Benedykta wspólnie z kilkudziesięcioma organizacjami pro-life. Patronem honorowym marszu jest Konferencja Episkopatu Polski.
Narodowy Marsz Życia odbył się w Warszawie po raz dwudziesty. Pierwszy raz przemaszerował ulicami stolicy w 2006 r., a od tamtej pory podobne inicjatywy organizowane są corocznie w ponad 150 miastach i miejscowościach w całej Polsce.
Przeczytaj także:
Tragedia rozegrała się w niedzielę w Shreveport w Luizjanie. Miała być wynikiem kłótni rodzinnej. Jej finał był tragiczny – w strzelaninie zginęło ośmioro dzieci w wieku od 1 do 14 lat, siedmioro z nich było dziećmi napastnika.
Do strzelaniny w Luizjanie doszło w niedzielę ok. 6 rano czasu lokalnego. Napastnik postrzelił łącznie 10 osób, z czego ośmioro dzieci w wieku od 1 do 14 lat śmiertelnie. Dwie pozostałe ofiary to kobiety, jedna z nich została postrzelona w głowę i jej stan jest ciężki.
Jak podaje AP News, sprawcą był 31-letni Shamar Elkins, a jego ofiary były z nim blisko spokrewnione – był ojcem siedmiorga z ośmiorga zabitych dzieci. Jedna z kobiet była matką trojga z nich, druga – czworga i była to jego żona, z którą był w separacji.
Następnego dnia, w poniedziałek para miała mieć spotkanie w sądzie i prawdopodobnie na tym tle dzień wcześniej doszło do awantury, która skończyła się tragicznie. Część dzieci podczas strzelaniny próbowała uciekać z domu tylnymi drzwiami. Jedno z nich zostało znalezione martwe na dachu domu, kolejne zeskoczyło z dachu, próbując się ratować, jednak zmarło po przewiezieniu do szpitala.
Policja bada trzy różne miejsca zdarzenia, bowiem tragedia nie dokonała się w jednym tylko domu. Nic jednak nie wskazuje, by sprawca miał wspólników.
„Sama strzelanina miała miejsce niedaleko stąd, w bloku 300 przy West 79th. Jest też inna strzelanina związana z tym zdarzeniem na Harrison Street, a także sąsiedni dom przy West 79, do którego jedna z ofiar uciekła po strzelaninie – mówił w NBC News rzecznik policji Christopher Bordelon.
Sprawca po strzelaninie wsiadł do samochodu i zaczął uciekać, a policja rozpoczęła pościg. Właśnie podczas pościgu samochodowego napastnik został zastrzelony przez funkcjonariuszy.
Według prowadzonej przez The Associated Press i USA Today we współpracy z Northeastern University bazy danych, była to najbardziej śmiercionośna strzelanina w USA od czasu, gdy osiem osób zostało zabitych na przedmieściach Chicago w styczniu 2024 roku.
Stany Zjednoczone są krajem, w którym liczba sztuk borni palnej w rękach cywili jest większa niż liczba obywateli. Szacunki szwajcarskiej firmy Small Arms Survey wskazują, że średnio na 100 mieszkańców USA przypada 120 sztuk broni palnej.
Dla porównania, na drugim miejscu są Falklandy, gdzie na 100 na mieszkańców przypadają 62 sztuki broni palnej. Ta sama analiza SAS pokazuje również, że ok. 46 proc. wszystkich cywilnych sztuk broni na świecie jest właśnie w USA.
Badanie Instytutu Gallupa z 2020 r. pokazało, że 44 proc. Amerykanów deklaruje posiadanie broni w domu, a około jedna trzecia przyznała, że nosi ją na co dzień przy sobie.
Prawdo do posiadania broni daje Amerykanom druga poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych z 1791 roku. I społeczeństwo nadal jest do tego prawa mocno przywiązane. Wspomniane wyżej badania Instytutu Gallupa pokazały, że aż 70 proc. Amerykanów uważa, że prawo do broni nie powinno być ograniczone tylko do posiadania broni przez policję lub inne upoważnione osoby.