Mateusz Morawiecki skupił w swym nowym stowarzyszeniu Rozwój Plus tylu posłów, że razem z koalicją rządzącą i Partią Razem mógłby nawet postawić Zbigniewa Ziobrę przed Trybunałem Stanu lub odrzucać weta Karola Nawrockiego. I to właśnie ma być widoczne dla Kaczyńskiego i Czarnka
Mateusz Morawiecki, były premier i wiceprezes PiS ostro skonfliktowany z twardogłowym skrzydłem swej partii, zrobił to, co od dłuższego czasu zapowiadał – utworzył własne stowarzyszenie Rozwój Plus. Nazwa do Morawieckiego i jego emploi pasuje. Jest jednak o tyle zaskakująca, że nie znalazło się w niej słowo „Polska”.
W skład tej struktury weszli wszyscy posłowie należący do frakcji Morawieckiego i kilkoro związanych z nim polityków PiS bez mandatów w parlamencie. Na pierwszej liście członków stowarzyszenia znalazło się 38 osób, wśród nich m.in. Michał Dworczyk, Janusz Cieszyński, Waldemar Buda, Marcin Horała, Paweł Jabłoński, Piotr Müller, Olga Semeniuk-Patkowska, Mirosława Stachowiak-Różecka czy Krzysztof Szczucki.
Prezesem stowarzyszenia został oczywiście Morawiecki, wiceprezesem Horała, sekretarzem Dworczyk, a skarbniczką Izabela Antos, była podsekretarzyni stanu w kancelarii premiera za czasów Morawieckiego, obecnie poza Sejmem.
Łącznie jest wśród nich aż 34 posłów i 3 europosłów. To więcej niż sugerowały najbardziej dotąd śmiałe szacunki dotyczące liczby sejmowych „szabel” Morawieckiego.
Zwraca uwagę, że 34 posłów – to aż o trzy więcej niż koalicji 15 Października wraz z Partią Razem brakuje do większości 3/5 głosów – niezbędnej do odrzucania weta prezydenta czy na przykład do postawienia byłego ministra przed Trybunałem Stanu. Ponieważ na liście uczestników stowarzyszenia Morawieckiego jest kilkanaścioro naprawdę bardzo mało znanych posłów z absolutnie trzeciego szeregu PiS, sprawia to wrażenie, jakby osiągnięcie ostatecznej liczby było wynikiem bardzo wytężonej i zarazem precyzyjnej pracy werbunkowej.
Z informacji OKO.press wynika jednak zarazem, że Morawiecki i jego ludzie – przynajmniej na tym etapie – ani nie planują opuszczenia PiS, ani nie zamierzają prowokować Jarosława Kaczyńskiego, do tego, by sam ich z partii wyrzucił. Stowarzyszenie stworzyli po to, by umocnić swą wewnątrzpartyjną frakcję, przypomnieć o jej sile liczonej poselskimi głosami i stworzyć coś w rodzaju „struktur poziomych” znanych ze schyłkowego okresu PZPR.
Wewnątrzpartyjni przeciwnicy Morawieckiego od razu podnieśli larum. Wskazują, że Morawiecki gra na rozbicie partii i na stworzenie własnego ugrupowania, które w wyborach 2027 roku miałoby stanowić bezpośrednią konkurencję dla Prawa i Sprawiedliwości. O tym, że to w gruncie rzeczy mało prawdopodobne, więcej za chwilę.
„Drodzy Patrioci: to nie czas egoizmu, to nie czas partyjniactwa! [...] Kto chce szukać wrogów na prawicy, kto chce nas dzielić, kto stawia swój interes ponad dobro Polski – ten mojego wsparcia, ani aprobaty nie znajdzie. Ten usłyszy, że to zdrada” – grzmiał w każdym razie na platformie X w środowy poranek 15 kwietnia Przemysław Czarnek. Morawieckiego bezpośrednio nie wskazał, ale, jak to się mawia wśród twitterowej prawicy: „pozdro dla kumatych”.
Rzecznik PiS Rafał Bochenek – sam skonfliktowany z ludźmi Morawieckiego – ogłosił zaś oficjalnie, że decyzja Morawieckiego wzbudziła poważne zaniepokojenie władz partii – „Zwłaszcza teraz, kiedy jedność jest szczególnie potrzebna. Udział w tym przedsięwzięciu nie służy dobru partii".
Morawiecki tymczasem ogłosił utworzenie swojego stowarzyszenia w bardzo osobliwym stylu jak na ruch odbierany w partii jako zapowiedź potencjalnej secesji. Nie zrobił tego na konferencji prasowej ani nie podczas innego odpowiednio doniosłego wydarzenia, lecz po prostu za pośrednictwem WP.pl, w rozmowie z dziennikarzem portalu.
Już samo to, jak ta ostrożna forma komunikacji przyjęta przez Morawieckiego jest odbierana wewnątrz PiS, wiele nam mówi o rozgrywce, która się tam toczy.
„Spieszył się, żeby zdążyć przed ewentualnymi ruchami centrali” – słyszymy od jednego z ziobrystów. „Zrobił tak po to, by założenie stowarzyszenia nie zostało odebrane jako wyzwanie rzucone prezesowi prosto w twarz. Nie wyszedł przed kamery, nie skrytykował partii, nie sugerował, że jest gotów z niej wyjść. To mu się z całą pewnością chwali. To był niekonfrontacyjny tryb” – mówi jednak inny polityk PiS, znacznie bardziej życzliwie nastawiony do Morawieckiego, choć nieuczestniczący w jego przedsięwzięciu.
Było bowiem tak, że we wtorek 14 kwietnia 2026 w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej w Warszawie odbyło się zwołane w trybie pilnym spotkanie najważniejszych polityków partii z udziałem Morawieckiego. Jarosław Kaczyński i inne kluczowe postaci PiS przekonywały tam byłego premiera, że powinien się wstrzymać z tworzeniem stowarzyszenia. Na spotkaniu oprócz prezesa PiS i Morawieckiego byli obecni m.in. Przemysław Czarnek, Mariusz Błaszczak, Elżbieta Witek, Beata Szydło, Ryszard Terlecki i Jacek Sasin. Morawieckiego nie przekonali. Co ciekawe, na spotkaniu ostro atakowany przez m.in. Czarnka i Sasina były premier otrzymał jednoznaczne wsparcie jedynie od Ryszarda Terleckiego – czyli polityka należącego przez lata do ścisłego kręgu decyzyjnego wokół Jarosława Kaczyńskiego, choć ostatnio znajdującego się raczej na bocznym torze w partii.
Co więcej – Terlecki również zapisał się do stowarzyszenia Rozwój Plus, choć raczej nie należy go postrzegać w roli podpory tej organizacji.
Morawiecki i jego ludzie są przez twardogłowe frakcje PiS oskarżani o doprowadzenie do utraty władzy przez Zjednoczoną Prawicę w wyborach 2023 roku. W ostatnim czasie prezes partii Jarosław Kaczyński niemal każdorazowo brał w tych rozgrywkach stronę przeciwników Morawieckiego. Były to długie i momentami zawiłe historie, które opisywaliśmy już w OKO.press.
Zostało to niejako przypieczętowane przez wskazanie Przemysława Czarnka na oficjalnego kandydata PiS na premiera. Wskazania dokonał oczywiście Kaczyński – a wyznaczyło ono nie tylko personalia „wyborczej lokomotywy” PiS na 2027 rok, lecz również kierunek, w którym owa lokomotywa ma podążać. To kierunek przeciwny w stosunku do tego, którego domagał się Morawiecki.
Rachunki krzywd są więc w PiS wręcz nieskończone. Stopień napięcia i temperatura konfliktu między twardogłowymi a frakcją Morawieckiego również są bardzo wysokie. Nie zmienia to jednak faktu, że powstanie stowarzyszenia Rozwój Plus może nie skutkować w najbliższym czasie żadną eksplozją PiS-u.
W tej chwili bowiem – i ogóle przed wyborami – ewentualna secesja czy też wypchnięcie Morawieckiego z partii to scenariusze, które byłyby skrajnie ryzykowne dla obu stron.
Morawiecki chce oczywiście odwoływać się do bardziej miękkiego elektoratu prawicy o lekko centrowym profilu. To, czy wystarczyłoby to choćby na samodzielne przekroczenie progu, jest w tej chwili bardzo wątpliwe.
Dla PiS walczącego z konkurencją w postaci Konfederacji i Korony o wynik na prawicy każde przedwyborcze osłabienie byłoby stratą. Pozbycie się bardziej umiarkowanego skrzydła reprezentowanego przez Morawieckiego byłoby zaś osłabieniem wyjątkowo dotkliwym, bo wówczas w grze przeciwko radykałom od Mentzena, Bosaka i Brauna zostaliby w PiS właściwie sami radykałowie. To sposób na zawężenie, a nie rozszerzenie poparcia.
Do ewentualnego wypychania Morawieckiego i jego ludzi z partii powinien zniechęcać centralę PiS i twardogłowe frakcje partii również scenariusz, o którym przypomina niedawna historia posła Krzysztofa Szczuckiego.
Ten członek nowego stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego jest od 1 kwietnia zawieszony w prawach członka PiS za to, że głosował razem z koalicją rządzącą za odrzuceniem weta Karola Nawrockiego do nowelizacji Kodeksu Postępowania Karnego. Wtedy pomoc Szczuckiego koalicji nie pomogła, jednak gdyby na podobny manewr zdecydowała się większa liczba posłów PiS, wówczas sytuacja mogłaby wyglądać inaczej. Morawiecki uzyskał wystarczającą masę krytyczną, by taka groźba nigdy nie schodziła z horyzontu myślenia PiS-owskiej starszyzny.
Do odrzucenia weta prezydenta potrzeba większości 3/5, czyli – przy pełnej frekwencji na sejmowej sali – 276 głosów. Koalicja rządząca ma 240 posłów, Partia Razem, która w takich wypadkach może być sojusznikiem – 5. Koalicji brakuje zatem 31 głosów. Tymczasem na liście członków stowarzyszenia Rozwój Plus mamy aż 34 osoby z poselskimi mandatami.
Ta arytmetyka mówi nam, że Mateusz Morawiecki wypchnięty ze swoimi ludźmi poza PiS, sprowokowany lub zmuszony do odwrócenia sojuszy, miałby w zasięgu ręki moc neutralizowania Karola Nawrockiego. Dla PiS oznaczałoby to całkowitą polityczną bezsilność aż do kampanii wyborczej 2027 roku, tej przecież, w której Nawrocki i Czarnek mają odegrać kluczową rolę.
Czy Morawiecki w ogóle rozważa taki scenariusz – to inna kwestia. W jego relacjach z partyjną centralą i PiS-owskimi twardogłowymi zyskał jednak coś w rodzaju politycznej broni jądrowej. A zatem uzbrojenia, którego moc objawia się przede wszystkim tym, że się go nie używa. Bo wystarczy, że jest.
Morawiecki z nowymi – bardzo poważnymi – kartami przetargowymi, ma w tej chwili narzędzia, by zatrzymać proces marginalizacji swej frakcji wewnątrz PiS. Będzie to szczególnie ważne w okresie układania list wyborczych na 2027 rok. To one zadecydują przecież o sile PiS-owskich frakcji w przyszłym Sejmie – być może takim, w którym szansę na stworzenie rządu będzie miała koalicja partii prawicy. Dopiero ten moment, z mandatami już w kieszeni, może być dla Morawieckiego tym naprawdę dogodnym punktem startowym do uzyskania politycznej samodzielności poza PiS. Dziś natomiast niemal na pewno ani jemu, ani PiS-owi się to nie opłaca.
Opozycja
Michał Dworczyk
Jarosław Kaczyński
Mateusz Morawiecki
Jacek Sasin
Ryszard Terlecki
Prawo i Sprawiedliwość
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Komentarze