Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Parlament Europejski zagłosował za odebraniem immunitetu czterem polskim europosłom związanym z PiS i Konfederacją. Chodzi o Daniela Obajtka, Patryka Jakiego, Grzegorza Brauna oraz Tomasza Buczka.
Europarlamentarzyści ze Strasburga zdecydowali o odebraniu politycznego parasola ochronnego czwórce polskich europosłów związanych ze skrajną prawicą. Wcześniej decyzję pozytywnie zaopiniowała działająca przy PE komisja prawna JURI.
Patryk Jaki może więc stanąć przed sądem i odpowiedzieć za zniesławienie sędziego Igora Tulei w czasie kampanii wyborczej do europarlamentu. Jaki publicznie mówił wówczas, że sędzia Tuleya świadomie podpisywał zgody na inwigilacje Pegasusem, potem nazywał go „upolitycznionym sędzią z zaplecza PO”. Igor Tuleya pozwał polityka zarzucając mu zniesławienie.
Daniel Obajtek odpowie za blokadę dystrybucji tygodnika „Nie” na stacjanch benzynowych Orlenu w czasach, gdy był prezesem spółki. Objatkowi nie spodobała się okładka z papieżem Janem Pawłem II. Dzisiejszemu europosłowi z ramienia PiS, a wcześniej prezesowi państwowej spółki zarzuca się naruszenie zasad wolności prasy i działalności gospodarczej. Na obajtku ciąży też podejrzenie krzywoprzysięstwa i składania fałszywych zeznań w sprawie jego relacji z dziennikarzem Piotrem Nisztorem. Chodzi o ujawnione taśmy, w którym Nisztor, związany z prawicowymi mediami, prosił Obajtka o znalezienie pracy dla niego i bliskich. Niedługo po rozmowie żona dziennikarza znalazła pracę w Orlenie, a ojciec został prokurentem w należącej do Orlenu spółce Energa-Operator.
Tomasz Buczek, polityk Konfederacji, stracił immunitet w związku z prywatnym aktem oskarżenia dotyczącym naruszenia nietykalności cielesnej innej osoby. Chodziło o przepychankę podczas wiecu Sławomira Mentzena w Tarnobrzegu, na którym Buczek wyszarpał megafon Małgorzacie Zych, byłej działaczki skrajnie prawicowej partii, wyrzuconej z Konfederacji.
Grzegorz Braun z kolei tym razem stanie przed sądem za zakłócanie uroczystości w Jedwabnem i blokadę przejazdu na miejsce uroczystości upamiętniających dokonany tam w czasie II wojny światowej mord na polskich Żydach. Jak czytamy w opinii Komisji Prawnej, Braun, podczas 84. rocznicy obchodów stał z grupą ludzi na środku drogi utrudniając przejazd i świadomie ignorował wielokrotne wezwania policji o umożliwienie przejazdu.
Parlament Europejski po raz piąty odbiera immunitet liderowi skrajnej prawicy, Grzegorzowi Braunowi. Tylko w tej kadencji europosłowie ze Strasburga decydowali o odebraniu ochrony uniemożliwającej postawienie polityka przed sądem:
Jak podkreśla Parlament Europejski, decyzja o odebraniu immunitetu umożliwia wyłącznie na prowadzenie przeciwko politykowi sprawy sądowej. Nie jest równoznaczna z uznaniem europosła za winnego. Politycy zachowują także mandat poselski. Pozbywa się ich wyłącznie ochrony polityczno-prawnej.
Przeczytaj także:
Szkło wejdzie do systemu kaucyjnego, ale nie od razu – zapowiada Ministerstwo Klimatu. Do butelkomatów będzie można więc wrzucać między innymi „małpki”, co było postulatem wielu organizacji społecznych na wiele miesięcy przed startem systemu.
Wiceministra Klimatu Anita Sowińska zastrzegła jednak, że do sprawy należy podejść rozważnie i nie podała konkretnej daty wprowadzenia zmian. Zasugerowała, że mogą one zająć nawet dwa lata, choć „kierunkowe decyzje dotyczące poszerzenia systemu” resort powinien podać już w czerwcu.
„Niewiele krajów zdecydowało się jeszcze na taki krok jak włączenie szkła do systemu kaucyjnego. Zrobiła to Rumunia i rzeczywiście wiąże się to z wyzwaniami. Choć są zadowoleni z wdrożenia tego systemu, słyszałam też głosy, że gdyby robili to jeszcze raz, poczekaliby dwa, trzy lata. Woleliby najpierw wprowadzić PET i puszki, a dopiero następnie szkło, ponieważ jest to zupełnie inny proces” – zaznaczyła Sowińska. Jak wyjaśniła, szkło jest ciężkie, konieczne może być więc wprowadzenie zmian w tym, jak działają kaucjomaty.
W grę wchodzi włączenie do systemu małpek, ale i większych butelek, między innymi po napojach alkoholowych. Zdaniem resortu ma to pomóc w opanowaniu problemu zaśmiecenia parków czy lasów, gdzie często znajdowane są puste butelki. W końcu jedno szklane opakowanie mogłoby być ponownie wykorzystywane nawet kilkadziesiąt razy.
O taki ruch od miesięcy apelowali społecznicy i eksperci gospodarki odpadami. Domagała się tego między innymi EKO-Unia, powołując się na dane agencji YOTTA. Ponad 60 proc. respondentów przeprowadzonego przez nią sondażu stwierdziło, że zauważa problem zaśmiecenia okolicy małpkami.
„Brak szkła jednorazowego w systemie kaucyjnym jest oczywistym problemem. Dodatkowo źle się stało, że pozwolono browarom na pozostanie poza systemem. To była szansa na unifikację butelek wielorazowych” – wskazywał Jacek Werder, analityk rynku gospodarki odpadami.
System kaucyjny ma już pozytywne efekty, choć spotyka się również. z krytyką. Między innymi politycy Konfederacji wskazywali, że rząd, wprowadzając to rozwiązanie, „zrobił z nas śmieciarzy”. Swoją rezerwę wyrażały również organizacje zrzeszające przedsiębiorców. O odsunięcie daty jego wprowadzenia apelowała Konfederacja Lewiatan, na problemy – między innymi ze znalezieniem miejsca na automaty – wskazywali przedstawiciele sieci handlowych. Izba Branży Komunalnej przekonywała, że z selekcją opakowań zdatnych do ponownego użycia doskonale radzą sobie sortownie.
„Jeżeli w strumieniu odpadów, które dziś znajdują się w żółtym worku/pojemniku, oddawanym przez mieszkańców zabraknie cennych surowców (a pozostanie tylko kłopotliwa i droga w zagospodarowania reszta odpadów), to instalacje przetwarzające odpady i sprzedające recyklerom surowce wtórne muszą przerzucić koszty na gminy, by pozyskać dodatkowe środki. Trend ten już widać – wprowadzenie systemu kaucyjnego powoduje drastyczne podwyżki odbioru odpadów w całej Polsce. Natomiast zyski z systemu kaucyjnego czerpią największe koncerny spożywcze wprowadzające napoje w opakowaniach jednorazowych PET” – pisali w liście do premiera członkowie Rady Przedsiębiorców, apelujących o zawieszenie działania systemu.
„Jest narracja branży odpadowej mówiąca, że mamy świetne sortownie, a dotychczasowy sposób zbiórki może wystarczyć. Ale to nieprawda” – wyjaśniał w rozmowie z OKO.press Filip Piotrowski, specjalista gospodarki obiegu zamkniętego z inicjatywy Waste Free Oceans. – „Świetne sortownie i bardzo dobrą jakość selektywnej zbiórki, czyli sortowania odpadów przez mieszkańców, mają Austriacy. Oni mimo to wprowadzili system kaucyjny w 2025 r. żeby zebrać w ten sposób więcej lepszej jakości materiału do recyklingu. Polskim instalacjom i jakości selektywnej zbiórki daleko jest do tych standardów, więc bez kaucji nie ma szans na realizację wymogów UE.”
Ministra klimatu Paulina Hennig-Kloska przekonuje, że system mimo wszystko okazał się sukcesem. Do końcówki kwietnia do zwrotomatów trafiło ponad pół miliona opakowań w 52 tys. działających punktów. „Mamy jeden problem. Ludzie kumulują się tam, gdzie są automaty. I 80 procent zwrotów dokonywanych jest w 20 procentach punktów, gdzie są automaty. I przez to mamy kolejki i przepełnione automaty” – mówiła na antenie TVN24 Paulina Hennig-Kloska.
Przeczytaj także:
Zarzucają Mateuszowi Szpytmie, że jest jedną z twarzy „skrajnego upolitycznienia IPN, który stał się partyjną przybudówką PiS”
Grupa historyków zwróciła się z apelem do większości parlamentarnej w Sejmie i Senacie, by nie wybierali na nowego prezesa Instytutu Pamięci Narodowej dr. Mateusza Szpytmę, jednego z najbliższych współpracownika Karola Nawrockiego za czasów jego urzędowania w IPN.
Autorzy apelu, dr Andrzej Czyżewski, dr Agata Fijuth-Dudek, dr Janusz Kłapeć, dr hab. Sławomir Łukasiewicz, dr Krzysztof Persak, dr Sławomir Poleszak, dr hab. Adam Puławski, dr Magdalena Semczyszyn, Maciej Sobieraj, Paweł Spodenkiewicz, dr Milena Przybysz-Gralewska i dr Mariusz Zajączkowski — w przeszłości związani z Instytutem Pamięci Narodowej — przypomnieli, że 14 kwietnia kolegium IPN po przesłuchaniu dziesięciu kandydatów zarekomendowało na szefa tej instytucji dr. Mateusza Szpytmę.
Obejmie stanowisko, jeśli to wskazanie potwierdzą Sejm i Senat. Poprzedni konkurs – w październiku 2025 r. – skończył się niczym, bo kandydaturę rekomendowaną przez kolegium IPN dr. hab. Karola Polejowskiego większość sejmowa odrzuciła. Mateusz Szpytma w tamtym konkursie nie startował.
„Wsparcie udzielone tej kandydaturze przez grono, w którym przytłaczającą większość stanowią wybrani w 2023 r. nominaci obozu Zjednoczonej Prawicy, nie jest przypadkowe” – podkreślili autorzy skierowanego do parlamentarzystów apelu, komentując rekomendację kolegium IPN dla Mateusza Szpytmy.
„Wbrew budowanej narracji o swojej apolityczności i profesjonalizmie
Mateusz Szpytma był i jest nadal jedną z twarzy skrajnego upolitycznienia IPN,
który na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat stał się de facto partyjną przybudówką PiS” – napisali.
Przypomnieli, że Szpytma jest wiceprezesem IPN (najpierw przy Jarosławie Szarku, następnie przy Karolu Nawrockim) i „ponosi współodpowiedzialność za dewastację instytucji, która powinna służyć wszystkim obywatelkom i obywatelom Polski, bez względu na ich ideowe wybory i pochodzenie”.
Do wtorku (28 kwietnia) apel podpisało już ponad 170 osób. Wśród nich są m.in.: dr hab. Dariusz Libionka, dr hab. Natalia Jarska, prof. Rafał Stobiecki, prof. Jacek Chrobaczyński, dr hab. Jan Skórzyński (profesor Collegium Civitas), prof. Stanisław Obirek, prof. Andrzej Friszke, prof. Andrzej Zakrzewski, prof. Antoni Dudek, prof. Paweł Machcewicz, dr Anna Machcewicz, prof. Marcin Kula, prof. Andrzej Leder, dr hab. Marcin Zaremba (profesor Uniwersytetu Warszawskiego), prof. Jerzy Kochanowski, dr hab. Dobrochna Kałwa, dr hab. Anna Straszewska, prof. Piotr Urbański, dr hab. Piotr M. Majewski (profesor Uniwersytetu Warszawskiego), prof. Barbara Engelking, dr hab. Anna Engelking (profesor PAN), dr Janusz Marszalec (wicedyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku), reportażystka i pisarka Małgorzata Szejnert, pisarz Łukasz Garbal (uhonorowany Nagrodą im. Giedroycia za biografię Jana Józefa Lipskiego).
Apel do przedstawicieli większości parlamentarnej w Sejmie i Senacie RP X kadencji w sprawie wyboru dr. Mateusza Szpytmy na stanowisko prezesa IPN
Apel został złożony 23 kwietnia 2026 r. do Marszałka Sejmu i Senatu. Wszystkich chętnych, którzy zechcą go poprzeć i złożyć swój podpis zapraszamy na stronę petycjeonline.com
Lublin–Łódź–Szczecin–Warszawa, 23.04.2026 r.
Szanowni Państwo,
14 kwietnia 2026 r. Kolegium IPN zarekomendowało na stanowisko prezesa IPN dr. Mateusza Szpytmę. Wsparcie udzielone tej kandydaturze przez grono, w którym przytłaczającą większość stanowią wybrani w 2023 r. nominaci obozu Zjednoczonej Prawicy, nie jest przypadkowe. Wbrew budowanej narracji o swojej apolityczności i profesjonalizmie Mateusz Szpytma był i jest nadal jedną z twarzy skrajnego upolitycznienia IPN, który na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat stał się de facto partyjną przybudówką PiS. Mateusz Szpytma od 2016 r. pełni nieprzerwanie funkcję wiceprezesa IPN, najpierw przy Jarosławie Szarku, następnie przy Karolu Nawrockim i ponosi współodpowiedzialność za dewastację instytucji, która powinna służyć wszystkim obywatelkom i obywatelom Polski, bez względu na ich ideowe wybory i pochodzenie.
W ostatnich dziesięciu latach IPN stał się zaprzeczeniem tej oczywistej – wydawać by się mogło – koncepcji i zamiast dialogu, oferuje w głównej mierze monolog na temat najnowszych dziejów Polski, wpisujący się w bieżące zapotrzebowania formułowane przez środowiska prawicowe, a nierzadko również skrajnie prawicowe. Co więcej, władze IPN zatrudniały w Instytucie osoby wywodzące się ze środowisk neofaszystowskich. To na konto ówczesnego ścisłego kierownictwa IPN, w tym także Mateusza Szpytmy, należy zapisać chociażby fakt zatrudnienia na stanowiskach kierowniczych w IPN, najpierw w Opolu, następnie we Wrocławiu, dr. Tomasza Greniucha, wcześniej przez wiele lat związanego z Obozem Narodowo-Radykalnym.
Wbrew temu, jak sprawę starał się przedstawiać w trakcie przesłuchania przed Kolegium IPN 14 kwietnia 2026 r. Mateusz Szpytma, równolegle w IPN przeprowadzano systematyczną czystkę kadrową. Zwalniano z pracy z pogwałceniem prawa, ewentualnie zmuszono do odejścia przynajmniej kilkadziesiąt osób, których otwarte podejście do badań nad przeszłością i niezależność w myśleniu stały się w IPN cechami wysoce niepożądanymi. Czystki dotknęły zarówno administrację jak i piony merytoryczne Instytutu, czego głośnym przykładem było m.in. dyscyplinarne zwolnienie trzech pracownic biura lustracyjnego IPN w Szczecinie w listopadzie 2022 r. Po przegranych przez Zjednoczoną Prawicę wyborach parlamentarnych z 15 października 2023 r., IPN stał się również „przechowalnią” dla ludzi powiązanych z byłym już obozem władzy takich jak np. była prezeska Polskiego Radia Agnieszka Kamińska, były wojewoda pomorski z ramienia PiS Dariusz Drelich, czy niedawno zatrudniony w lubelskim IPN Radosław Brzózka, w latach 2020–2023 szef gabinetu politycznego ministra Przemysława Czarnka.
W tym samym czasie budżet Instytutu uległ podwojeniu z 270 mln zł w roku 2016 do poziomu 600 mln zł, którymi włodarze IPN dysponują obecnie. Co ważne, w tym okresie władze IPN nie zwiększyły wyraźnie zatrudnienia w Instytucie, natomiast podwojeniu uległa liczba pionów organizacyjnych, a w konsekwencji wydatnie wzrosła liczba dobrze płatnych etatów kierowniczych w Instytucie. Równocześnie IPN wydawał krocie na przedsięwzięcia nominalnie edukacyjne, a faktycznie polityczno-propagandowe – takie jak np. kongresy pamięci czy pikniki patriotyczne – służące przede wszystkim promowaniu władz Instytutu oraz jednomyślnego przekazu pamięciowego, zgodnego z oczekiwaniami wyłącznie jednej opcji politycznej. Cząstkowy raport NIK z 2025 r. bardzo negatywnie ocenił gospodarkę finansowomajątkową Instytutu w tym obszarze. Zdaniem kontrolerów nieprawidłowości „dotyczyły wydatków o łącznej wartości 47,6 mln zł”.
W mijającym dziesięcioleciu Mateusz Szpytma nie był szeregowym pracownikiem IPN, ale członkiem jego ścisłych władz i z tego tytułu jest współodpowiedzialny za liczne patologie trawiące tę instytucję. Jego ewentualny wybór na stanowisko Prezesa IPN sprawi, że kwestia naprawy Instytutu, tak aby służył swoim ustawowym celom, zostanie odłożona na kolejne lata. Ewentualne odwołanie Prezesa IPN musiałoby bowiem odbyć się z inicjatywy tego samego Kolegium IPN, które wysunęło jego kandydaturę, a którego skład nie ulegnie zmianie do 2030 r. Scenariusz, w którym nowo wybrany prezes IPN okazuje się faktycznie zależny od grona w większości wybranego przez posłów Zjednoczonej Prawicy jest – jak pokazały wydarzenia z niedalekiej przeszłości – potencjalnie bardzo niebezpieczny nie tylko dla samego Instytutu, ale także dla polskiej debaty publicznej oraz jakości demokracji w naszym kraju.
Jako osoby, które z bliska obserwowały postępującą dysfunkcję IPN oraz jego skrajne upartyjnienie, a nierzadko same doświadczyły bezprawia kierownictwa Instytutu, apelujemy do Państwa o niepopieranie kandydatury Mateusza Szpytmy na stanowisko prezesa Instytutu Pamięci Narodowej.
dr Andrzej Czyżewski, dr Agata Fijuth-Dudek, dr Janusz Kłapeć, dr hab. Sławomir Łukasiewicz, dr Krzysztof Persak, dr Sławomir Poleszak, dr hab. Adam Puławski, dr Magdalena Semczyszyn, Maciej Sobieraj, Paweł Spodenkiewicz, dr Milena Przybysz-Gralewska, dr Mariusz Zajączkowski
Przeczytaj także:
W obawie przed rozliczeniami ludzie, na których opierał się system Orbána, wyprowadzają pieniądze poza Węgry. Przyszły premier Peter Magyar domaga się stanowczej reakcji służb, czyli „aresztowania kryminalistów, którzy dopuścili się krzywd na narodzie węgierskim na kwotę wielu miliardów forintów”
Węgierskie media i przyszły premier Peter Magyar twierdzą, że po przegranych wyborach węgierscy oligarchowie zaczęli przenosić swoje majątki za granicę. O wyprowadzaniu pieniędzy do Stanów Zjednocznych, Zjednczonych Emiratów Arabskich, Urugwaju i innych „dalekich krajów” Magyar poinformował już w sobotę 25 kwietnia wieczorem. „Wzywam prokuratora generalnego, komendanta policji oraz szefów narodowego urzędu skarbowego, by aresztowali kryminalistów, którzy dopuścili się krzywd na narodzie węgierskim na kwotę wielu miliardów forintów” – apelował Magyar.
Wśród nich jest Lörinc Meszaros, właściciel propagandowego kanału TV2. Magyar ujawnił, że Meszaros chce sprzedać telewizję, upłynnić majątek i wywieźć go do Dubaju. Ewentualnych kupców przestrzegał przed robieniem interesów z przyjacielem Orbana – bo aktywa te będą zamrożone na czas prowadzenia śledztwa. Holding należący do Meszarosa w specjalnym liście oskarżył Magyara o szykany, które sprawiają, że 60 tys. jego pracowników nie może się czuć bezpiecznie.
„Gdybym był Lörincem Meszarosem, nie dałbym moim prawnikom pisać listów, lecz kazał przygotować się na przesłuchanie przed Narodowym Urzędem Odzyskania i Ochrony Majątku. Mam nadzieję, że pomogłem” – odpowiedział w poniedziałek 27 kwietnia Magyar.
Lider TISZy zapowiedział, że powoła specjalną instytucję, która zajmie się odzyskiwaniem publicznych pieniędzy, na których uwłaszczył się Viktor Orbán i jego najbliższe otoczenie. Według Magyara i węgierskich mediów, wielu ludzi związanych z Fideszem chce wywieźć z Węgier nie tylko majątki, ale i swoje rodziny.
O tym, że z Węgier uciec chce też sam Viktor Orbán informował dziennikarz śledczy Szabolcs Panyi. Orbán zaprzeczył jednak, żeby jego planowany od dawna wyjazd do USA „miał się przedłużyć”. Były premier Węgier zaszokował opinię publiczną, zapowiadając, że pierwszy raz od 36 lat nie zasiądzie w Parlamencie. To nie znaczy, że zrezygnuje z polityki. W najbliższej kadencji ma zająć się reorganizacją własnego obozu politycznego.
Magyar złośliwie skomentował decyzje Orbána. „Dzielny wojownik uliczny nie potrafi jednej rzeczy: wziąć na siebie odpowiedzialności. Nie ma opozycji demokratycznej, gdy na jej czele stoi boss mafii” – stwierdził lider TISZy.
Przypomnijmy, że luksusy dynastii Orbána i zakrojona na szeroką skalę korupcja to jedne z głównych przyczyn klęski Fideszu w ostatnich wyborach. Za to rozliczenia będą jednym z głównych tematów pierwszych miesięcy rządów Magyara.
Przeczytaj także:
Minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Arakczi rozmawiał w Petersburgu z Putinem. Iran przyjął strategię szukania sojuszników do rozwiązywania różnych problemów w relacjach z USA. Moskwa, choć jest jednym z elementów tej układanki, stara się pokazać jako kluczowy rozgrywający.
Putin przyjął w Petersburgu szefa irańskiej dyplomacji Abbasa Arakczi. „Federacja Rosyjska zamierza kontynuować strategiczne stosunki z Iranem”. „Naród irański walczy odważnie i bohatersko o swoją suwerenność” – oświadczył Putin. „Dla nas stosunki irańsko-rosyjskie stanowią strategiczne partnerstwo na najwyższym szczeblu. Kontynuujemy tę drogę” – odpowiedział Arakczi. Podziękował także Putinowi i Rosji za wsparcie dla Republiki Islamskiej.
Na tych kurtuazyjnych deklaracjach skończyła się część publiczna spotkania. Trwało ono dwie godziny.
Wcześniej irański ambasador w Rosji, Kazem Dżalali, napisał na X, że Arakczi spotka się z Putinem „w ramach kontynuacji dyplomatycznego dżihadu mającego na celu ochronę interesów kraju, w obliczu zagrożeń zewnętrznych”. „Iran i Rosja stanowią zjednoczony front w kampanii totalitarnych sił świata przeciwko niezależnym i dążącym do sprawiedliwości krajom, a także krajom, które dążą do świata wolnego od jednostronności i dominacji Zachodu” – napisał Dżalali.
Minister Arakczi przyleciał do Petersburga na spotkanie z Putinem po rozmowach w Pakistanie i Omanie. Moskwa jest więc kolejny elementem irańskiej układanki po tym, jak rozmowy pokojowe USA—Iran utknęły. Prezydent USA Donald Trump, który przed tygodniem przedłużył rozejm, odwołał w sobotę 25 kwietnia swoich wysłanników do Pakistanu – zięcia Kushnera i partnera biznesowego Witkoffa.
„Przeprowadziliśmy owocne konsultacje z naszymi przyjaciółmi w Pakistanie. Przeanalizowaliśmy poprzednie spotkania i omówiliśmy kierunek oraz warunki, na jakich negocjacje mogłyby być kontynuowane” – powiedział Arakczi po przylocie do Rosji. Równie zadowolony jest z rozmów w Omanie. „Teheran i Maskat mają wiele wspólnych poglądów, a strony zgodziły się kontynuować dialog na szczeblu eksperckim”.
Tymczasem Trump ogłosił, że czeka na telefon po rozmowach z pośrednikami: „Jeśli chcą rozmawiać, mogą przyjść do nas albo zadzwonić. Wiecie, jest telefon. Mamy dobre, bezpieczne linie”. „Oni wiedzą, co musi zawierać umowa. To bardzo proste: nie mogą posiadać broni jądrowej; w przeciwnym razie nie ma powodu, żeby się spotykać”.
Agencja Axios poinformowała w niedzielę, że Iran złożył Stanom Zjednoczonym za pośrednictwem pakistańskich mediatorów nową propozycję ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz i zakończenia wojny. Negocjacje nuklearne miałyby być przełożone na późniejszy etap.
Przeczytaj także:
Zapytana o nowe irańskie propozycje, rzeczniczka Białego Domu Olivia Wales odpowiedziała: „Są to delikatne dyskusje dyplomatyczne i Stany Zjednoczone nie będą negocjować za pośrednictwem prasy".
Moskwa od samego początku ataku USA i Izraela na Iran 28 lutego oferuje swoje usługi mediacyjne. Do tej pory Iran ani USA z nich publicznie nie korzystały. Szef rosyjskiej dyplomacji Ławrow obdzwaniał państwa Zatoki Perskiej, ale nie wyglądało na to, by pomoc Rosji była komukolwiek potrzebna. To Ukraina — ze swoją wiedzą, jak efektywnie bronić się przed dronami, okazała się ważniejszym partnerem do rozmów. A rolę mediatora skutecznie przejął Pakistan. Zwłaszcza że Rosja była do wybuchu wojny żarliwym sojusznikiem Iranu, ale w momencie próby nie udzieliła mu wsparcia. Wytłumaczyła się, że „Teheran o to nie prosił”.
Jednocześnie Moskwa wyrażała zainteresowanie irańskim wzbogaconym uranem i proponowała tu pośrednictwo. Przede wszystkim jednak Moskwa dzieliła się informacjami wywiadowczymi z Iranem. W zeszłym miesiącu europejskie agencje wywiadowcze ostrzegły, że Moskwa może być gotowa dostarczyć Teheranowi zaawansowaną technologię dronów.
Przeczytaj także:
Rosja nadaje wizycie Arakcziego u Putina ogromne znaczenie. Ma to być dowód na to, że należy ona do pierwszej ligi rozgrywający na świecie i że nadal jest ważnym graczem na Bliskim Wschodzie.
Trzeba pamiętać, że Moskwa sama jest w potrzasku. Tak jak Trump.
Wojna w Iranie doprowadziła bowiem do zablokowania rozmów w sprawie Ukrainy. W nich to USA były mediatorem, ale Witkoff z Kushnerem skierowani zostali na odcinek irański. Tymczasem Kreml powtarza, że nie może negocjować z Ukraińcami bez udziału Amerykanów. Nieustająco oczekuje Witkoffa i Kushnera na Kremlu. A na razie prowadzi swoją „wojskową operację specjalną”.
Na froncie tym Putin nie ma jednak sukcesów, a ukraińskie ataki w głębi Rosji są coraz bardziej dotkliwe. W weekend drony z Ukrainy dotarły na Ural – do Swierdłowska i Czelabińska. W nocy z 26 na 27 kwietnia dotkliwie został ostrzelany Sewastopol na Krymie. Rosja nie za bardzo może przekonywać Amerykanów, że „czas pracuje na jej korzyść”. A w taki sposób próbowała naciskać na Trumpa, by zmusił Ukrainę do kapitulacji.
Wojna w Iranie poprawiła co prawda sytuację budżetową Rosji, ale nie na tyle, by Putin wyszedł spod kreski. Deficyt rośnie, katastrofalnie wygląda sytuacja budżetów regionalnych (co 27 kwietnia przyznał minister finansów Siłuanow). Rosja teoretycznie mogłaby pomóc Trumpowi złagodzić światowy szok naftowy po blokadzie Cieśniny Ormuz. Tyle że przeszkadzają w tym Ukraińcy, którzy od początku marca precyzyjnie ostrzeliwują porty naftowe Rosji nad Bałtykiem i Morzem Czarnym. I jasno deklarują, że nie mają zamiaru przestać.
Przeczytaj także:
Partner Putina do podziału świata Donald Trump w niedzielę – zapewne by pokazać, że prowadzi intensywne rokowania – ogłosił, że jest w kontakcie z Putinem. Nie podał co prawda daty rozmowy: „Nie chcę tego ujawniać, ale rozmawiałem z nim” – powiedział w wywiadzie dla Fox News. Przy okazji dodał, że utrzymuje kontakty z Wołodymyrem Zełenskim w ramach prób rozwiązania konfliktu na Ukrainie.
Moskwa jednak te rewelacja zdementowała. Gdy Arakczi był już w Petersburgu, rzecznik Putina ogłosił, że o wszystkich kontaktach z Trumpem Moskwa informuje. Nic nowego nie było od zimy.
„Mamy nadzieję, że z czasem aktywność – w sensie działań dyplomatycznych na kierunku ukraińskim – będzie się zwiększać” – ogłosił następnie Pieskow.
Przeczytaj także: