Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Druga runda rozmów USA-Iran wisi na włosku, a według Trumpa jutro kończy się termin zawieszenia broni. Do rozmów może ostatecznie dojść, ale stanowiska obu stron od ostatniego spotkania się nie zbliżyły
Dziś wieczorem rzecznik irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Esmail Baghei przekazał, że na tę chwilę Irańczycy nie planują wysłać delegacji na jutrzejsze rozmowy pokojowe z USA w stolicy Pakistanu, Islamabadzie. Według rzecznika, winni są Amerykanie i ich „sprzeczne komunikaty, niekonsekwentne zachowanie i nieakceptowalne działania”. Z przecieków i doniesień medialnych wynika, że Irańczycy są zgodni, że negocjacje nie mogą się odbyć, jeśli Amerykanie dalej będą prowadzić swoją blokadę cieśniny Ormuz.
„Blokowanie irańskich portów to działanie wojenne i naruszenie zawieszenia broni. Uderzenie w komercyjny statek i wzięcie jego załogi jako zakładników jest nawet większym naruszeniem. Iran wie jak zneutralizować restrykcje, jak bronić swoich interesów i jak opierać się przed naciskiem” – napisał w mediach społecznościowych irański minister spraw zagranicznych Abbas Arakczi.
To oznacza kolejny pat w ewentualnych negocjacjach. A termin zawieszenia broni ubiega jutro.
Trump twierdzi dziś, że nie jest skłonny go przedłużać. Według tej logiki oznaczałoby to, że jeśli nie zobaczymy jutro pełnego porozumienia, wróci wojna. Trump wielokrotnie zachowywał się jednak w tej sprawie niekonsekwentnie. A wiemy, że stosuje też tego rodzaju nacisk jako taktykę negocjacyjną. W dzisiejszym wywiadzie w telewizji CNBC Trump powiedział, że nie chce przedłużać zawieszenia broni, bo „nie mamy tyle czasu”.
Faktycznie do terminu zakończenia zawieszenia broni wyznaczonego przez Trumpa nie zostało dużo czasu. Termin nie został ustalony na żadnej pisemnej umowie. Trump uważa, że czas na rozpoczęcie rozmów kończy się „w środę wieczorem czasu waszyngtońskiego”.
Iran zastosował bardzo konkretne stanowisko – odblokowanie cieśniny albo żadnych rozmów. Trudno będzie się z niego wycofać bez żadnego gestu ze strony Amerykanów. Pełne wycofanie się z blokady jest mało możliwe. Z pewnością negocjatorzy za kulisami pracują obecnie nad jakimś rozwiązaniem, które zmusi obie strony do spotkania się w stolicy Pakistanu. Być może takim gestem mogłoby być zwolnienie przez Amerykanów załogi zatrzymanego wczoraj przez nich statku.
Tak czy inaczej zegar tyka. Ale przez dwa tygodnie od zawieszenia broni, w którym mieliśmy przecież pierwsze spotkanie w Islamabadzie, nie zdarzyło się wiele, co mogłoby sugerować, że obie strony zbliżyły się do faktycznego i trwałego porozumienia. Powrót wojny w najbliższych dniach jest więc niewykluczony.
na zdjęciu: checkpoint w Islamabadzie w okolicy hotelu, gdzie odbyła się pierwsza runda rozmów
Przeczytaj także:
„Praworządność nie działa wybiórczo. Jeśli przestaje obowiązywać w jednej sprawie, przestaje obowiązywać w ogóle” – piszą w liście do premiera Donalda Tuska organizacje społeczne. Domagają się wykonania w całości orzeczeń NSA i TSUE ws. zagranicznych małżeństw par jednopłciowych
„Ostatnie dwa lata rządów Koalicji 15 października miały być czasem powrotu do fundamentalnych zasad: szacunku do sądów, legalizmu i bezwarunkowego wykonywania wyroków, także tych wydanych przez sądy europejskie. Bo praworządność nie dotyczy jednego tematu i grupy. To podstawa życia społecznego” – czytamy w liście do premiera Donalda Tuska.
„Dlatego tak niepokojące są docierające do nas sygnały, że w sprawach dotyczących osób LGBT+ wyroki sądów zaczynają być traktowane jako problem natury politycznej, a nie zobowiązanie państwa” – piszą organizacje.
I apelują, aby wyroki TSUE i NSA wykonać w całości.
Pod listem podpisało się ponad 100 podmiotów, wśród nich: Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Stowarzyszenie Sędziów Polskich „IUSTITIA”, Amnesty International Polska, Kampania Przeciw Homofobii, Stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza, Naczelna Rada Adwokacka czy Ogólnopolski Strajk Kobiet.
Ostrzegają, że próby opiłowania orzeczeń europejskich i krajowych sądów w sprawie transkrypcji zagranicznych aktów małżeństw stanowiłoby groźny precedens. „W demokratycznym państwie prawa rząd nie ma kompetencji decydowania, które wyroki zasługują na wykonanie” – podkreślają organizacje.
Pełna treść listu wraz z listą sygnatariuszy dostępna jest tutaj.
To kolejna reakcja na tekst, który we wtorek 14 kwietnia opublikowaliśmy w OKO.press. Pisaliśmy, że rząd Donalda Tuska, na czele z resortem Marcina Kierwińskiego blokuje systemowe rozwiązanie sytuacji par jednopłciowych, które starają się o transkrypcję zagranicznych aktów małżeństw.
MSWiA nie chce bowiem wprowadzić zmian w przepisach drogą rozporządzenia wzorów aktu cywilnego, które w styczniu opracowało Ministerstwo Cyfryzacji (Lewica). MSWiA chciało jedynie uznać jedno małżeństwo Jakuba i Mateusza, a resztę par wrzucić do wiecznej poczekalni. Przy Kancelarii Premiera powstała też specjalna grupa pod przewodnictwem ministra Macieja Berka, której zadaniem jest ograniczenie skutków wyroków NSA i TSUE.
Przeczytaj także:
Po naszym tekście wybuchła polityczna burza. Rząd postanowił, że usiądzie do rozmów, a na stole pojawi się zmieniona propozycja rozporządzenia ws. wzorów aktu stanu cywilnego. Jednak do tej pory do żadnych spotkań nie doszło, a urzędnicy są zostawieni sami sobie. A zgłasza się do nich coraz więcej par z wnioskami o transkrypcje, a ci czekają na wytyczne z góry.
Warszawa, na którą patrzy dziś cała Polska, poinformowała, że będzie dokonywać transkrypcji zagranicznych małżeństw, ale tylko jeśli pary przejdą drogę sądową. "Prezydent Rafał Trzaskowski podkreśla, że w naszych decyzjach nie ma mowy o nacechowaniu politycznym. Urzędnicy są apolityczni, jesteśmy od stosowania prawa” – tłumaczyła OKO.press Monika Beuth, rzeczniczka stołecznego magistratu.
Więcej o zamieszaniu wokół transkrypcji piszemy w dzisiejszym tekście:
Przeczytaj także:
Jarosław Kaczyński ogłosił kompromis z Mateuszem Morawieckim. Ale posłowie PiS dalej kłócą się na platformach społecznościowych
Siedem godzin trwała nocna rozmowa Jarosława Kaczyńskiego z Mateuszem Morawieckim. O godzinie 2:24 zdjęcie pokazujące uśmiechniętych polityków PiS wrzucił na platformę X (dawniej Twitter) europoseł Adam Bielan. Nie ujawnili, kto był czwartym uczestnikiem spotkania i robił zdjęcie.
We wtorek w południe 21 kwietnia 2026 r. Kaczyński i Morawiecki stanęli obok siebie przed mikrofonami i dziennikarzami, a prezes PiS ogłosił kompromis. „Stowarzyszenie będzie działało w ramach partii” – powiedział Kaczyński. Chodzi o stowarzyszenie Rozwój+, którego powstanie Morawiecki ogłosił w wywiadzie dla portalu wp.pl. Co ważniejsze: od razu wstąpiło do niego ponad 30 posłów PiS.
Powołanie stowarzyszenia i to w tak licznej reprezentacji zaogniło ciągnący się od miesięcy spór między zwolennikami i przeciwnikami Morawieckiego.
We wtorek Kaczyński oświadczył, że partia „będzie miała dwa płuca”, co później powtórzył Morawiecki, wygląda to więc na zgrabną formułkę, którą od dziś mają powtarzać politycy PiS. Rolę Morawieckiego Kaczyński naszkicował, odnosząc się do rywalizacji PiS-u z dwiema Konfederacjami: „my proponujemy realizację ich postulatów, a jednocześnie mamy doświadczenie w rządzeniu”.
Natomiast Morawiecki podkreślał atuty swojego stowarzyszenia i jego przydatność dla walki PiS o zwycięstwo w wyborach w 2027 r. Mówił, że to Rozwój+ jest w stanie docierać do samorządowców, po których PiS-owi trudno jest sięgać. Podobnie z przedsiębiorcami i osobami mniej zainteresowanymi polityką. Ma być „oazą nadziei na pustyni złych rządów” Donalda Tuska.
Tak długo Morawiecki rozwodził się nad tym, jakie cele, zasoby i przewagi ma jego stowarzyszenie, że aż Kaczyński musiał na końcu powtórzyć: „Chciałem jeszcze raz podkreślić, że tą zasadniczą instytucją ma być ten zespół ekspertów czy rada ekspercka”.
Ze słów Kaczyńskiego wynikało, że ponad stowarzyszeniem ma teraz stać nie tylko rada ekspercka, ale również Komitet Polityczny PiS.
Już kilka godzin później okazało się, że słowa prezesa PiS nie były ani jasne, ani dobitne.
„Bardzo dobry dzień dla obozu patriotycznego [flaga polski]. Działalność stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego zostaje zawieszona. Wszyscy aktywni, kreatywni, pełni pomysłów posłowie i europosłowie wchodzą do Rady Eksperckiej PiS, w której będą realizować swoje inicjatywy” – napisał na platformie X (dawniej Twitter) europoseł Tobiasz Bocheński, jeden z najaktywniejszych uczestników sporu z frakcją Morawieckiego, kilka kwadransów po oświadczeniach Kaczyńskiego i Morawieckiego.
Jeszcze kilka dni temu Bocheński oskarżał zwolenników Morawieckiego o to, że rozbijają PiS wbrew woli Kaczyńskiego.
Odpowiedział mu Michał Dworczyk, jeden z najbliższych współpracowników Morawieckiego: „Działalność Stowarzyszenia nie tylko nie zostaje zawieszona ale – jak tylko zostanie zarejestrowane – rzucamy sie w wir działań”. Poseł „przypiął” tego tweeta, co oznacza, że jest to pierwsza wiadomość, jaką widzą osoby wchodzące na jego profil.
Jeszcze ostrzej zareagował Waldemar Buda (też z frakcji Morawieckiego): „Tobiasz, z całym szacunkiem, skasuj to”.
Buda odpowiedział też Jackowi Sasinowi, który wcześniej również napisał, że stowarzyszenie Morawieckiego zawiesza działalność. „Tu się coś zawiesiło” – napisał Buda do partyjnego kolegi.
A wpis Bocheńskiego prostowało jeszcze kilku innych stronników Morawieckiego, m.in. Marcin Horała i Krzysztof Szczucki.
„Wyjście grupy Morawieckiego z PiS lub jej siłowe wypchnięcie byłoby dla PiS katastrofą. Ale także dla Morawieckiego byłoby to ekstremalnie ryzykowne. Myśl, że na scenie jest miejsce na czwartą partię prawicy, jest co najmniej ekscentryczna.
(...)
O ile więc tylko Kaczyński zachował trzeźwość spojrzenia, z której zawsze słynął, spotkanie z Morawieckim powinno się zakończyć deeskalacją gwałtownego już konfliktu i ułożenia się na nowo w PiS.
W tym nowym rozdaniu Morawiecki sięgnąłby po to, co mu należne – czyli nie tylko po nową pozycję, ale i prawo do odbudowy „umiarkowanego” skrzydła PiS. To miałoby pozwolić na poszerzanie elektoratu partii w kierunku centrum. Ze wszystkiego, co mówią otwarcie i mniej otwarcie stronnicy Morawieckiego, wynika, że właśnie o to im chodzi” – pisał w OKO.press Witold Głowacki jeszcze przed nocnym spotkaniem.
Przeczytaj także:
„Nie jest prawdą, że Ukraińcy odnoszą sukcesy na froncie” – ogłosił rosyjski MON. Następnie wystąpił Putin i skorygował komunikat wojskowych: Rosja w ogóle nie będzie informować o postępach „SWO”, tylko „zwycięży dzięki jedności”.
Szef sztabu rosyjskiej armii Walerij Gierasimow pojechał na inspekcję „Grupy Wojsk Południe”. Nie wiadomo kiedy, ale informację o tym MON opublikował 21 kwietnia rankiem.
„Dowództwo Sił Zbrojnych Ukrainy, próbując ukryć swoją porażkę, prowadzi kampanię informacyjną, w której twierdzi, że odbiło 480 kilometrów kwadratowych terytorium” – mówił Gierasimow. Powtórzył tradycyjną putinowską frazę, że armia rosyjska „prowadzi ofensywę na wszystkich frontach”. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy „przejęła kontrolę nad 34 miejscowościami i całkowicie wyzwoliła Ługańską Republikę Ludową”.
34 miejscowości w dwa miesiące to duża różnica wobec jesiennych osiągnięć, kiedy w ciągu tygodnia Rosjanie zdobywali po kilkanaście miejscowości. Przy czym wszystkie są (a raczej były) miejscowościami małymi. Dodać też należy, że pierwszy raport o „wyzwoleniu Ługańskiej Republiki Ludowej” Putin dostał w sierpniu 2022 r. A ostatni przed dzisiejszym – 1 kwietnia 2026.
Jako rosyjski sukces Gierasimow przedstawił walki pod Konstantyniwką. „W Konstantyniwce oddziały szturmowe rozbijają formacje wroga i wkraczają głębiej w obszary mieszkalne w północno-wschodniej i południowo-zachodniej części miasta”.
Walki o Konstantyniwkę – czego Gierasimow nie podał – trwają od roku.
W końcu Gierasimow przyznał, że Ukraińcy kontratakują: „Jednocześnie oddziały i pododdziały grupy wojsk Wostok, odpierając ataki wojsk szturmowych Sił Zbrojnych Ukrainy z rejonów Wielikomychajłowki i Pokrowskoje, zapobiegły utracie terytorium i kontynuują rozszerzanie strefy bezpieczeństwa w południowej części obwodu dniepropietrowskiego”. Ponad 75 proc. Nowopawłowki w obwodzie dniepropietrowskim zostało przejęte pod kontrolę rosyjską.
Kilka godzin później,na spotkaniu z „samorządowcami” Putin ogłosił, że „Rosja nie będzie już wydawać komunikatów o efektach operacji specjalnej„. ”Wiemy, jak to się skończy, ale nie będziemy publicznie o tym mówić. Będziemy po prostu realizować i dążyć do celów, które sobie wyznaczyliśmy, i realizować stojące przed nami zadania"
Putin „zauważył również, że operacje wojskowe są zawsze skomplikowane i niebezpieczne”.
Swój plan strategiczny wyłożył tak: „Dziś rozumiemy, że najważniejsze jest być razem, że tylko dzięki naszej jedności osiągniemy cele specjalnej operacji wojskowej”.
Wezwania do jedności wyglądają na próbę przerzucania odpowiedzialności za katastrofę Rosji na społeczeństwo. Z wypowiedzi Putina wynika też, że rezerwuje dla siebie prawo do ustalenia, jakie właściwie były cele „SWO” (specjalnej operacji wojskowej) i jak je osiągnął.
Przeczytaj także:
Putin próbuje chyba też przerwać też ciąg rytualnych działań propagandy, która piąty rok zapewnia odbiorców o niekończących się sukcesach na froncie w Ukrainie. Elementem tego spektaklu są wizytacje rosyjskich dowódców wysokiego szczebla w siedzibach sztabów. W zeszłym roku uczestniczył w nich też – przebrany w mundur – Putin jako wódz naczelny (na zdjęciu z 2025 r. z Gierasimowem). Wtedy Rosja zapowiadała, że niebawem zajmie wszystkie ziemie Ukrainy, które uważa za swoje.
W grudniu na takiej „frontowej” naradzie wojskowi zameldowali Putinowi o zdobyciu Kupiańska. Putin zapowiedział wtedy, że taki los spotka resztę atakowanych miast. Następnie okazało się, że Kupiańsk pozostaje ukraiński, mimo wezwań Putina, by „problem rozwiązać”.
Od czasu Kupiańska Putin już nie pokazuje się w mundurze, a wizytacje „frontowe” odbywają się bez jego udziału. Ogłoszona 21 kwietnia wizytacja Gierasimowa różni się istotnie od poprzednich tym, że jej celem jest dementowanie ukraińskich sukcesów.
Między 18 a 19 kwietnia wojska rosyjskie przeprowadziły serię ataków siłami plutonów zmechanizowanych na wschód od Czasiw Jaru w Donbasie oraz na północny zachód od Hulajpola na Zaporożu. Większość ataków została powstrzymana jeszcze przed osiągnięciem linii styczności wojsk. Zadziałał ostrzał pośredni ukraińskiej artylerii oraz bezpośrednie uderzenia dronów FPV. W pozostałych przypadkach atakujących Rosjan powstrzymał na przedpolu ukraińskiej obrony bezpośredni ostrzał z broni ręcznej i przeciwpancernej.
Zacięte walki toczyły się w Donbasie w południowo wschodnich dzielnicach Kostiantyniwki oraz obrzeżach Raj-Ołeksandriwki, gdzie wojska ukraińskie przeprowadziły lokalne kontrataki. Do zakończonego sukcesem ukraińskiego kontrataku doszło w Nowopawliwce w obwodzie dnipropietrowskim. W jego wyniku Rosjanie zostali zmuszeni do wycofania na południowe obrzeża miasta.
Na północny zachód od Hulajpola Rosjanie przeprowadzili natarcie, w którym wzięło udział kilka opancerzonych pojazdów ciężarowych Ural i piechota na motocyklach. Natarcie zakończyło się całkowitym niepowodzeniem.
18 i 19 kwietnia Rosjanie przeprowadzili dwa ataki na wschód od Czasiw Jaru. Oba zostały wykryte z wyprzedzeniem przez ukraińskich operatorów dronów i zakończyły się niepowodzeniem.
Rosyjskie ataki prowadzone od kilku tygodni wzdłuż drogi Bachmut – Słowiańsk zakończyły się częściowym powodzeniem i doprowadziły do zajęcia ufortyfikowanych ukraińskich pozycji w rejonie wsi Minkiwka na zachód od drogi i Priwilia położonej na wschód od drogi. Wojska ukraińskie prawdopodobnie wycofały się z obu miejscowości.
Przeczytaj także:
TSUE orzekł, że prawo uchwalone przez Orbána ma charakter dyskryminacyjny i jest sprzeczny z tożsamością UE. Wykonanie tego wyroku to pierwszy sprawdzian dla nowego premiera Petera Magyara
Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że węgierskie ustawy anty-LGBT naruszają unijne wartości. Chodzi o przepisy przyjęte w 2021 roku przez rząd Victora Orbána, pod płaszczykiem walki z pedofilią.
W myśl ustawy o ochronie nieletnich, penalizacji podlega na Węgrzech – podobnie jak w putinowskiej Rosji – „przedstawianie lub promowanie” homoseksualności w szkołach i mediach.
Pod kontrowersyjną ustawę podpadają materiały emitowane w publicznej telewizji: przed godziną 10 wieczorem nie wolno wyświetlać żadnych programów, czy filmów, w których pojawiają się tęczowe wątki lub postaci. Książki o tematyce queerowej muszą być specjalnie oznaczone, nie wolno ich też sprzedawać w pobliżu szkół, czy kościołów. Zabronione jest też wspominanie o nienormatywnej seksualności, parach tej samej płci i transpłciowości w materiałach edukacyjnych.
W 2022 roku Komisja Europejska zaskarżyła represyjną ustawę do Trybunału w Luksemburgu, wskazując, że przepisy są dyskryminujące, a także zagrażają wolności i pluralizmowi w całej UE.
W 2025 roku Victor Orbán, szukający paliwa politycznego przed kolejnymi wyborami, rozciągnął zakaz „homoseksualnej propagandy” na ulice, kryminalizując organizację Parady Równości.
21 kwietnia 2026 r. TSUE stwierdził, że przepisy naruszają unijny zakaz dyskryminacji ze względu na płeć, prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego oraz wolność wypowiedzi i informacji.
Co więcej, TSUE po raz pierwszy w historii uznał też państwo członkowskie naruszyło prawo UE, lekceważąc podstawowe wartości zawarte w art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej, który brzmi: „Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji, tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i mężczyzn”.
Jeśli Węgry nie chcą płacić surowych kar, powinny uchylić prawo stygmatyzujące osoby queerowe. Nie będzie to jednak zadanie dla Victora Orbána. Wyrok zapadł zaledwie 9 dni po zwycięstwie partii TISZA w wyborach parlamentarnych na Węgrzech. Peter Magyar nie poruszał w kampanii wyborczej tematów związanych ze społecznością LGBT+. Podczas pierwszego powyborczego przemówienia zapowiedział jednak, że od teraz Węgry mają być krajem, „w którym nikt nie jest piętnowany za to, że myśli inaczej niż większość lub kocha inaczej niż większość”. Szybkie wykonanie wyroku może pomóc Magyarowi spełnić inną z wyborczych obietnic – odblokować choć część unijnych pieniędzy na rozwój gospodarczy.
Z ankiety Agencji Praw Podstawowych nt. sytuacji osób LGBT+ na Węgrzech wynika, że rządy Orbána znacząco pogorszyły standard życia tej społeczności. Aż 75 proc. badanych uważało, że poziom nietolerancji i uprzedzeń w kraju wzrósł w przeciągu ostatnich 5 lat. 63 proc. twierdziło, że w tym okresie wzrosła też liczba aktów przemocy wobec osób LGBT+.
Przeczytaj także: