Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Krótko i na temat: najnowsze wiadomości z Polski i ze świata

Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny

Google News

11:02 26-03-2026

Prawa autorskie: Fot. Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.plFot. Robert Kowalews...

Rząd wciska pauzę w procedowaniu ustawy o statusie osoby najbliższej?

Miało być szybko i sprawnie. Tymczasem ostatnie posiedzenia Komisji Nadzwyczajnej ds. ustawy o statusie osoby najbliższej zostały odwołane, nie ma również terminów kolejnych posiedzeń. Marszałek Włodzimierz Czarzasty: „Nie ma mowy o żadnym przesuwaniu. To ustawa, o którą będą dbał bardzo mocno”.

Co się wydarzyło?

Na 24 i 25 marca zaplanowane było trzecie posiedzenie Komisji Nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektów ustaw dotyczących statusu osoby najbliższej w związku i umowy o wspólnym pożyciu. To 18-osobowa grupa posłów powołana, by skonkretyzować i przyspieszyć prace nad rządowym projektem ustawy regulującej kwestię związków nieformalnych. Pierwsze czytanie tego projektu odbyło się 12 lutego.

Tyle teorii, bo ostatnie posiedzenia się nie odbyły. Co więcej – jak czytamy na stronie Sejmu „w najbliższym czasie nie są planowane posiedzenia komisji”.

Screen z sejmowej podstrony Komisji Nadzwyczajnej ds. ustawy o statusie osoby najbliższej z dnia 26 marca 2026

Mamy więc pauzę, co stoi w sprzeczności z wcześniejszymi zapowiedziami o szybkim procedowaniu projektu, bez zbędnej zwłoki.

Marszałek Włodzimierz Czarzasty (Lewica) dziennikarzy zapewnia jednak, że „ustawa jest procedowana”. Jak przekazał na środowej konferencji prasowej, zgłoszono aż 1100 wniosków legislacyjnych, które teraz Komisja musi przerobić – podczas swoich posiedzeń. „Myślę, że na to będzie potrzebny cały kwiecień” – wylicza. I dodaje: „To jest ustawa, o którą będę dbał bardzo mocno. Ale trzeba do niej podejść obiektywnie. Musimy na komisji specjalnej, do tego powołanej, je wszystkie przedyskutować. To nie jest przesuwane, to jest normalny proces legislacyjny” – przekazał enigmatycznie.

Jak i kiedy nad przeszło tysiącem poprawek zamierza pracować Komisja? Zapytaliśmy o to zarówno Katarzynę Kotulę, jak i Urszulę Pasławską, czyli autorki projektu. Na odpowiedź czekamy.

Jaki jest kontekst?

Rząd równolegle do regulacji związków nieformalnych powinien zajmować się też zmianą przepisów umożliwiających transkrypcję aktów małżeństw par jednopłciowych dokonywanych za granicą. W miniony piątek precedensowy wyrok w tej sprawie wydał Naczelny Sąd Administracyjny.

Odwołując się do orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 25 listopada 2025, orzekł, że Urzędy Stanu Cywilnego w Polsce powinny umożliwiać transkrypcję zagranicznych aktów małżeństw par jednopłciowych. Sąd zobowiązał kierownika USC w Warszawie, żeby dokonał transkrypcji w terminie 30 dni. Stwierdził też, że trudności teleinformatyczne, które dziś uniemożliwiają urzędnikom wpisanie w rubryki dwóch mężczyzn czy dwóch kobiet, nie stanowią uzasadnienia dla niewykonania wyroku.

„To oznacza, że kierownik USC jest zobowiązany ten wyrok wykonać, nawet jeśli będzie musiał wpisać jednego z mężczyzn w rubrykę kobieta. A wynikające z tego nieścisłości urzędnik ma odnotować i wyjaśnić na drugiej stronie aktu stanu cywilnego” – mówił OKO.press adw. Paweł Knut, reprezentujący Jakuba i Mateusza przed sądem.

Przeczytaj także:

Tyle że, jak pisaliśmy, wewnątrz samego rządu nie ma zgody co do tego, jak przepisy zmienić. Lewica przygotowała projekt rozporządzenia, który umożliwiłby szybką zmianę przepisów i dostosowanie ich do wyroku – bez ryzyka prezydenckiego weta. Koalicja Obywatelska z kolei pomysł ten wstrzymuje, chciałaby całej ustawy, która najpewniej i tak skończy się wetem. A Urzędy Stanu Cywilnego w całej Polsce czekają na wytyczne, bo po Jakubie i Mateuszu, których dotyczył wyrok NSA, ruszyły do nich jednopłciowe małżeństwa mieszkające w całym kraju.

Pomysłu na rozwiązanie sprawy nie ma nawet sam premier Donald Tusk. „Nie jest tak, że Unia Europejska może nam w tej kwestii cokolwiek narzucić” – mówił o wyroku TSUE w listopadzie premier. Dziś Tusk myli ustawy i twierdzi, że wyrok TSUE i NSA można zrealizować za pomocą ustawy o statusie osoby najbliższej, która o małżeństwach nie wspomina nawet słowem.

Poproszony w programie „Bez kitu” w TVN24 o ustosunkowanie się do głośnego wyroku NSA powiedział, że: „jeszcze raz będę apelował do wszystkich, na końcu do prezydenta o ten projekt ustawy o statusie osoby najbliższej. (...) Wtedy nie będzie tego konfliktu między przepisami w Polsce, a tym, co wynika z przepisów na przykład w innych państwach europejskich. Będę prosił wszystkich i wykorzystam ten moment – zwrócę się do wszystkich, od których to będzie zależało. Jeśli nie chcemy mieć bałaganu, wojny domowej na ten temat, jeśli chcemy z szacunkiem podejść do wszystkich ludzi zainteresowanych tą sprawą, to pomóżcie mi tę ustawę przeprowadzić. Po to, żeby Polska była cywilizowana, ludzie się czuli bezpiecznie i nie było poczucia, że jest jakaś wielka rewolucja” – stwierdził Tusk.

Przeczytaj więcej w OKO.press:

Przeczytaj także:

10:03 26-03-2026

Prawa autorskie: Fot. Apu GOMES / AFPFot. Apu GOMES / AFP

Instagram i Youtube uzależniają? Meta i Google przegrały proces

To pierwszy wyrok, w którym sąd stwierdził, że Meta i YouTube świadomie stworzyły uzależniające produkty, a ich zaniedbania doprowadziły do wyrządzenia krzywdy młodej użytkowniczce ich platform

Co się wydarzyło

25 marca 2026 po niespełna sześciu tygodniach procesu, ława przysięgłych w Los Angeles uznała, że Meta i Google celowo zaprojektowały swoje platformy tak, aby uzależniać młodych użytkowników. Sprawa dotyczyła 20-latki, która domagała się odszkodowania za krzywdy wyrządzone przez Instagrama i Youtube'a. Z obu serwisów kobieta zaczęła korzystać jako mała dziewczynka, przed ukończeniem 10 roku życia.

Podczas zeznań pokrzywdzona, która w postępowaniu sądowym posługiwała się inicjałami KGM, opowiadała, że w wyniku korzystania z mediów społecznościowych, popadła w depresję i zaczęła się samookaleczać. Gdy miała 13 lat, terapeutka zdiagnozowała u niej zaburzenia dysmorfii ciała i fobię społeczną, które KGM przypisuje zanurzeniu w świat internetowych platorm.

Ławnicy uznali, że firmy technologiczne dopuściły się zaniedbania i nie zapewniły odpowiednich ostrzeżeń dotyczących potencjalnych zagrożeń związanych z korzystaniem z ich produktów. Ważnym wątkiem w procesie była wadliwa weryfikacja wieku, która umożliwiała dzieciom korzystanie z platform – o czym Meta bardzo dobrze wiedziała.

Na rzecz poszkodowanej zasądzono 6 milionów dolarów odszkodowania, z czego 70 proc. ma pokryć Meta, resztę YouTube.

Pozwane były też TikTok i SnapChat, ale obie platformy już wcześniej zawarły z powódką ugodę.

Jaki jest kontekst

Przed amerykańskimi sądami toczą się setki podobnych postępowań. Argumenty przypominają te wysuwane przeciwko koncernom tytoniowym w latach 90. i skupiają się na dwóch kwestiach: uzależniających właściwościach produktów i celowym zaprzeczaniu o ich szkodliwości. Pozywając firmy z branży mediów społecznościowych, ich użytkownicy twierdzą, że niekończące się przewijaniem się czy automatyczne odtwarzanie filmów to funkcje, które sprawiły, że produkty te stały się uzależniające.

I choć nie ma dowodów naukowych, które potwierdzają tezę o uzależniejącym wpływie mediów społecznościowych – kompulsywnego sięgania po telefon nie da się bowiem porównać do alkoholu czy heroiny – to jednak o szkodliwości nadmiernego używania platform wśród najmłodszych mówi się sporo. To, co dla jednych będzie elementem życia społecznego, innych popchnie do izolacji, obsesyjnego porównywania się, czy radykalizacji.

Głośne publikacje psychologa społecznego Jonathana Haidta wskazywały, że telefony komórkowe i social media (oraz nadopiekuńcze rodzicielstwo) zmieniły ludzkie mózgi i doprowadziły do epidemii zaburzeń psychicznych. Recenzje tych rewelacji w czasopismach naukowych wskazywały, że korelacja może być wprost odwrotna – to dzieciaki w gorszym stanie psychicznym częściej sięgają po telefony i więcej czasu spędzają na platformach. Naukowcy ostrzegali też, że podobne publikacje żerują na strachu i wzbudzają panikę moralną.

O zgubnym wpływie mediów społecznościowych na dobrostan dzieci mówią jednak badania obserwacyjne, choć w takich trudno odróżnić, co jest przyczyną, a co skutkiem. Może być tak, że w sprawie złego samopoczucia i mediów społecznościowych zachodzi sprzężenie zwrotne.

Są też badania, które pokazują, że media społecznościowe, jeśli używane w sposób umiarkowany, mają neutralny wpływ na życie najmłodszych. A na grupy marginalizowane, które szukają wspólnoty, mogą nawet mieć pozytywny wpływ. Czy media społecznościowe więc szkodzą? Nie zawsze i nie każdemu, co należy odróżnić od tego, co za uszami mają Big Techy.

Dzień wcześniej Meta przegrała bowiem inny duży proces o odszkodowanie. Sąd w Nowym Meksyku uznał, że firma wprowadziła konsumentów w błąd, nie informując o niebezpieczeństwie związanym z wykorzystaniem seksualnym nieletnich, do którego może dojść na platformie. Na rzecz poszkodowanych sąd zasądził odszkowanie w wysokości 375 mln dolarów.

Pierwsze wyroki pojawiają się w momencie, gdy na całym świecie żywo dyskutuje się o zakazie mediów społecznościowych dla dzieci i młodzieży. Jako pierwsza w demokratycznym świecie nowe przepisy wprowadziła Australia, ograniczając osobom poniżej 15. roku życia dostęp do platform typu TikTok, Instagram, Kick, Reddit, Snapchat, Threads, czy YouTube. Model polega na przeniesieniu ciężaru weryfikacji wieku z dzieci i rodziców na gigantów cyfrowych. Za obecność nieletnich na platformach to oni będą płacić surowe kary.

O podobnych rozwiązaniach dyskutuje się w Grecji, Wielkiej Brytani, Francji, Japonii, Danii, a także Polsce.

Przeczytaj także:

09:16 26-03-2026

Prawa autorskie: KINEFKINEF

Reuters: Ukraińcy zablokowali 40 proc. rosyjskiego eksportu ropy

Rosja musiała wstrzymać co najmniej 40% swojego eksportu ropy naftowej po ataku ukraińskich dronów – podaje Reuters. Tej nocy Ukraińcy trafili rafinerię Kiriszy koło Petersburga

Reuters szacuje rosyjskie straty na podstawie danych rynkowych. Ograniczenia w eksporcie wynikają z ukraińskich ataków na porty (Primorsk i Ust-Ługę na Bałtyku i Noworosyjsk na Morzu Czarnym), rosyjskie tankowce oraz na same rafinerie.

Tej nocy Ukraina zaatakowała rafinerię Kiriszy (Kiriszineftieorgsintez). Czwarty raz od początku 2025 r.

Wywołana przez Ukrainę blokada eksportu jest według Reutersa najpoważniejszą przerwą w dostawach ropy naftowej w historii współczesnej Rosji. I to w środku kryzysu bliskowschodniego – Rosja jest drugim co do wielkości eksporterem ropy naftowej na świecie.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

Ukraińskie ataki dronowe na Rosję stały się dla Moskwy w piątym roku pełnoskalowego najazdu poważnym problemem. Stolica państwa Putina jest atakowana praktycznie codziennie. Od kilku dni w zasięgu dronów mierzących w porty i rafinerie znalazł się też Petersburg. Obie metropolie żyły do tej pory w przekonaniu, że wojna toczy się daleko.

Ukraina, która mierzy w rosyjską infrastrukturę produkcji i eksportu ropy co najmniej od połowy zeszłego roku, uderzyła teraz wyjątkowo celnie. Przed atakiem Trumpa i Netanjahu na Iran i przed irańską blokadą Cieśniny Ormuz rosyjski, zależny od eksportu ropy budżet się nie spinał. Potem jednak ceny ropy poszybowały w górę i Putin nakazał rządowi przeliczyć parametry budżetu z uwzględnieniem tych nowych cen. Przede wszystkim zalecił firmom naftowym, by pospłacały długi.

Przeczytaj także:

Teraz może się okazać, że nowe ceny ropy Rosja oglądać będzie przez szybę. Bo sama nie będzie miała jak jej sprzedać. Pogłębia to też światowy kryzys naftowy i pogarsza sytuację Donalda Trumpa.

Przeczytaj także:

21:51 25-03-2026

Prawa autorskie: Foto Ozan KOSE / AFPFoto Ozan KOSE / AFP

Prezydent Zełenski: USA uzależniają gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy od poddania Donbasu

Stany Zjednoczone uzależniają ofertę gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy od oddania całego Donbasu Rosji – wynika z wypowiedzi prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego dla Reutersa. Zełenski ostrzegł, że taki krok podważyłby bezpieczeństwo nie tylko jego kraju, ale i Europy

Co się wydarzyło?

Prezydent Zełenski powiedział Reutersowi w wywiadzie, że Waszyngton uzależnia finalizację gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy od wycofania się wojsk tego kraju z całego terenu Donbasu. — Amerykanie są gotowi sfinalizować te gwarancje na wysokim szczeblu — powiedział ukraiński prezydent.

Ukraiński przywódca ostrzegł, że oddanie wschodnich regionów oznaczałoby przekazanie Rosji silnie ufortyfikowanych pozycji obronnych i zagroziłoby bezpieczeństwu Ukrainy, a także Europy.

— Bardzo chciałbym, aby strona amerykańska zrozumiała, że wschodnia część naszego kraju jest częścią naszych gwarancji bezpieczeństwa – powiedział Zełenski.

Zełenski podkreślił też, że kluczowe kwestie dotyczące gwarancji bezpieczeństwa jego kraju pozostają nierozstrzygnięte. Chodzi o sfinansowanie przyszłych zakupów uzbrojenia dla Ukrainy w celu utrzymania jej zdolności odstraszających oraz o to, jak sojusznicy Kijowa zareagują na ewentualną kolejną agresję Rosji.

Ukraiński prezydent ocenił, że administracja prezydenta Donalda Trumpa wywiera większą presję na Ukrainę niż na Rosję. Przyznał zarazem, że dostawy systemów Patriot ze Stanów Zjednoczonych są kontynuowane, choć niewystarczające.

Jaki jest kontekst?

Rosja od początku wojny domaga się pełnej kontroli nad Donbasem i traktuje to jako jeden z głównych celów trwającego już ponad cztery lata konfliktu. Postępy wojsk rosyjskich są jednak zbyt powolne, by Moskwa mogła myśleć o wywalczeniu kontroli nad Donbasem metodami militarnymi w najbliższej przyszłości.

W wypowiedzi dla agencji Reutersa Zełenski wskazał, że przeciągające się negocjacje pokojowe mogą działać na korzyść Rosji. Moskwa liczy na spadek zaangażowania USA w zakończenie wojny w Ukrainie ze względu na przedłużającą się wojnę Waszyngtonu z Iranem.

17:13 25-03-2026

Prawa autorskie: Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Wyborcza.plFot. Dariusz Borowic...

Urząd Celny UE nie dla Warszawy

Polska stolica zajęła trzecie miejsce w skomplikowanej procedurze wyboru siedziby instytucji.

Co się wydarzyło?

Warszawa nie będzie siedzibą Urzędu Celnego Unii Europejskiej. Spośród dziewięciu kandydatur polska stolica uplasowała się na trzecim miejscu. Zwyciężyło francuskie Lille przed Rzymem, które o wygraną walczyły w finałowej dogrywce. Na dalszych miejscach znalazły się Liege, Malaga, Zagrzeb, Haga, Porto oraz Bukareszt.

Polscy dyplomaci mieli nadzieję na walkę w finałowym etapie i drugie miejsce we wstępnej selekcji. Według zasad testowanych na forum UE swoje listy typowali europarlamentarzyści i przedstawiciele Rady UE. Zasady zakładały, że jeśli na listach typowanych przez obie organizacje pojawiłoby się to samo miasto, wygrywa ono bez konieczności rozpisywania kolejnego głosowania. Jeśli do tego nie dojdzie, głosuje się do skutku i wyboru tego samego kandydata przez Radę i Parlament.

„Zarówno Rada, jak i Parlament chciałyby mieć dużo do powiedzenia przy takich wyborach, ale nie da się zrobić tak, żeby każda z tych instytucji miała tutaj rolę decydującą. To był pewnego rodzaju spór instytucjonalny, jak ułożyć ją tak, żeby obie strony były zadowolone ”- mówiła Polskiej Agencji Prasowej pełnomocnik rządu ds. wyboru lokalizacji Urzędu ds. Celnych Małgorzata Krok.

„Bardzo trudno konkurować z dużymi, »starymi« członkami UE jak Włochy czy Francja, które mają większą liczbę głosów w Radzie UE, zasiadają w ważnych organizacjach, jak Francja, która jest stałym członkiem rady Bezpieczeństwa ONZ” – mówił stacji RMF FM jeden z polskich dyplomatów.

Przeczytaj także: