0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Krótko i na temat: najnowsze wiadomości z Polski i ze świata

Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny

Google News

14:28 22-05-2026

Prawa autorskie: Photo by ADEM ALTAN / AFPPhoto by ADEM ALTAN ...

Sąd w Turcji uderza w główną partię opozycyjną. Kolejny cios przed wyborami w 2028 roku

Za rządów Özgüra Özela największa partia opozycyjna CHP znacznie poprawiła pozycję w sondażach. W zeszłym roku władze pozbawiły możliwości startu w wyborach prezydenckich członka CHP, popularnego burmistrza Stambułu.

Co się wydarzyło

Sąd w Turcji zarządził usunięcie lidera największej partii opozycyjnej ze swojego stanowiska. Według sądu ostatnie wybory na przewodniczącego Republikańskiej Partii Ludowej (Cumhuriyet Halk Partisi, CHP) zostały przeprowadzone wadliwie. I dlatego zostały nieważne.

W ten sposób Özgür Özel został de jure pozbawiony swojej funkcji, a jego miejsce może teraz zająć jego poprzednik, Kemal Kılıçdaroğlu. Kılıçdaroğlu jest ponad dwie dekady starszy od Özela, jest też twarzą porażki opozycji w wyborach prezydenckich w 2023 roku. Stąd jest też uważany przez rządzącą AKP za łatwiejszego przeciwnika. A wyrok powszechnie interpretowany jest jako kolejny ruch, by ułatwić partii rządzącej utrzymanie władzy po kolejnych wyborach w 2028 roku.

CHP udrzuca wyrok i uważa go za „próbę przewrotu”.

„Nie poddamy się!” – napisał Özel w mediach społecznościowych po wyroku – „Nie obiecuje wam usłanej różami drogi do władzu, obiecuje wam za to, że przetrwamy to cierpienie i nigdy się nie poddamy. Obiecuję wam honor, godność, odwagę i walkę!”

Jaki jest kontekst

To nie pierwszy w ostatnich latach tego rodzaju wyrok sądowy uderzający w CHP. Po 2024 roku setki działaczy CHP zostało skazanych za korupcję. Najsłynniejszy przypadek dotyczy byłego burmistrza Stambułu.

18 marca 2025 Uniwersytet Stambulski pozbawił burmistrza Stambułu Ekrem İmamoğlu dyplomu ukończenia tej uczelni. Przedstawiciele Uniwersytetu przekazali, że anulowali dyplom İmamoğlu i 28 innym osobom z powodu „oczywistych błędów”. W Turcji rektorów wyższych uczelni wybiera rząd, co pozwala uczynić z nich narzędzie politycznej walki.

W Turcji dyplom ukończenia szkoły wyższej jest niezbędnym warunkiem, by wystartować w wyborach prezydenckich.

Dzień później İmamoğlu został aresztowany. Przed aresztowaniem polityk wyraźnie prowadził w sondażach dotyczących kolejnych wyborów prezydenckich.

Analogicznie CHP znacząco poprawiła pozycję w sondażach dotyczących kolejnych wyborów parlamentatnych (odbędą się równocześnie z wyborami prezydenckimi) za kadencji Özgüra Özela. Obecnie średnia sondażowa daje partii około 33 proc. wskazań i pozycję lidera.

Prezydent Erdoğan publicznie przekonuje, że nie zamierza startować w kolejnych wyborach. Na zmianę zdania ma jednak niemal dwa lata.

Przeczytaj także:

14:14 22-05-2026

Prawa autorskie: Fot . Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.plFot . Robert Kowalew...

Brauna znów poniosło. Sędzia wyprosił go z sali

Grzegorz Braun stanął w piątek przed warszawskim sądem, jednak rozprawa została zakłócona zachowaniem samego oskarżonego. Lider Konfederacji Korony Polskiej znieważył prokuratora, za co sędzia nakazał mu opuszczenie sali rozpraw na 30 minut.

Co się wydarzyło?

„Ten banderowski prokurator reprezentuje reżim aktualny, ukropoliński reżim. Dał popis swojej bezcelowej skłonności do manipulacji i kłamstwa. Zaprezentował się jako skrajnie stronniczy, agresywny, napastliwy”

- powiedział Grzegorz Braun podczas rozprawy przed Sądem Rejonowym Warszawa-Praga Południe, jak relacjonuje „Fakt”.

Braun w ten sposób mówił o prokuratorze Macieju Młynarczyku, który przed sądem przypomniał sposób, w jaki oskarżony odnosił się do świadków w procesie, w którym zarzuca mu się siedem czynów karalnych.

Te uwagi prokuratora sprowokowały Grzegorza Brauna do ostrych słów, a atmosfera na sali rozpraw zrobiła się gorąca.

Sędzia zareagował więc, pytając prokuratora, czy czuje się znieważony. Ten odpowiedział:

„Wysoki sądzie, mam służbową grubą skórę, a oskarżony nie jest w stanie mnie znieważyć. Natomiast zwracam uwagę na niechlujność retoryczną oskarżonego. Przekracza granice, które określają przepisy dotyczące powagi sądu” – odpowiedział prokurator.

Sędzia przychylił się do tego. Uznał, że Grzegorz Braun rzeczywiście przekroczył granice dopuszczalnej wypowiedzi i dlatego zdecydował o usunięciu Grzegorza Brauna z sali na 30 minut.

Obrona posła zaprotestowała, jednak bez skutku.

Jaki jest kontekst?

Rozprawa przed Sądem Rejonowym Warszawa-Praga Południe dotyczy sprawy, w której zebrano aż 17 wątków z lat 2023–2025. Grzegorz Braun jest oskarżony o siedem czynów karalnych.

Wśród nich pojawia się kwestia obrazy uczuć religijnych wyznawców judaizmu, znieważenia, naruszenia nietykalności cielesnej i zniszczenia mienia.

Zarzuty te łączą się z głośnymi ekscesami posła jak zgaszenie świec chanukowych w Sejmie, zniszczenie choinki w krakowskim sądzie czy przerwanie wykładu prof. Jana Grabowskiego w Niemieckim Instytucie Historycznym.

To nie jedyne problemy posła Grzegorza Brauna z prawem, z którego wyraźnie sobie kpi. Niedawno, 8 maja, Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu próbowała mu postawić zarzuty w związku z tzw. „obywatelskim zatrzymaniem” ginekolożki Gizeli Jagielskiej w szpitalu w Oleśnicy.

To był już czwarty raz, kiedy prokurator próbował odczytać Braunowi zarzuty. Poprzednio poseł a to składał wnioski o wyłączenie prowadzących śledztwo prokuratorów, a to przedstawiał usprawiedliwienie nieobecności.

8 maja w prokuraturze się stawił, ale znów się nie udało, bo podczas odczytywania zarzutów Grzegorz Braun po prostu wstał i wyszedł. Następnie złożył wniosek o przeniesienie śledztwa do innej prokuratury, bo ta – jego zdaniem – złamała zasadę domniemania niewinności.

Przeczytaj także:

12:50 22-05-2026

Prawa autorskie: Il.: Mateusz Mirys/OKO.pressIl.: Mateusz Mirys/O...

SLAPP-y znowu w Sejmie. Po ważnych poprawkach Senatu

Adam Bodnar, a z nim Senat, wprowadził do ustawy anty-SLAPP ważną poprawkę. Jeśli przepisy wejdą w życie, to autor pozwu będzie musiał wykazać przed sądem, że jego intencją nie było nakładanie knebla i uciszenie głosów krytyki. Rząd tę odpowiedzialność próbował scedować na osobę pozwaną.

Co się wydarzyło?

Senat jednogłośnie przyjął w czwartek ustawę „o szczególnych środkach ochrony w postępowaniu cywilnym osób uczestniczących w debacie publicznej”, zwaną potocznie anty-SLAPP. Ustawa ta daje bowiem sądom możliwość nałożenia grzywny na organizacje, firmy i osoby fizyczne, które sięgają po pozwy sądowe, by w ten sposób stłumić krytykę i zastraszyć dziennikarzy, aktywistów czy organizacje społeczne.

Projekt wróci teraz do Sejmu, ale z ważną zmianą. Senat przyjął bowiem poprawkę autorstwa byłego ministra sprawiedliwości i RPO Adama Bodnara, który zaproponował przerzucenie ciężaru dowodu na autora pozwu.

Jak tłumaczył Polskiej Agencji Prasowej Bodnar, chodzi o to, żeby ustalić pewien rytm działania przy przerzucaniu ciężaru dowodu. „Powód składa pozew, pozwany na to reaguje, twierdząc, że to tłumienie debaty publicznej. Wtedy powód musi wykazać, że nie ma na celu tłumienia debaty, bo zaistniały okoliczności uzasadniające pozew. Dopiero na bazie tej wymiany sąd będzie oceniał, czy pozew ma charakter SLAPP, czy nie” – objaśniał senator.

Bodnar przygotowując poprawkę wyszedł naprzeciw organizacjom społecznym, które od tygodni apelują, że rządowy projekt ustawy anty-SLAPP ma wady. Jedną z nich było właśnie obciążenie ofiary SLAPP ciężarem udowodnienia, że jej działanie było legalne – wbrew europejskim założeniom dyrektywy.

Ustawa anty-SLAPP wróci teraz do Sejmu. Kiedy zostanie uchwalona? Tego nie wiadomo, bowiem na razie nie ma jej w porządku obrad na przyszły tydzień.

Jaki jest kontekst?

Sejm uchwalił ustawę anty-SLAPP przed tygodniem, 15 maja. Ustawa ta wprowadza do polskiego porządku prawnego charakterystyczny rodzaj postępowań prawnych zmierzających do stłumienia debaty publicznych. Chodzi o sprawy inicjowane najczęściej przez wpływowe podmioty, m.in. korporacje, polityków czy instytucje publiczne, przeciwko dziennikarzom, aktywistom i organizacjom społecznym.

Ich celem nie jest udowodnienie przed sądem, że krytyka była nieadekwatna. Chodzi o rodzaj uciszenia czy zniechęcenia pozwanych do dalszych publikacji i nagłośnienia nieprawidłowości. A więc uciszenia krytyki i wywołanie „efektu mrożącego”, zniechęcającego innych do podobnych działań.

Jak wyjaśniał podczas wystąpienia w Sejmie wiceminister sprawiedliwości Arkadiusz Myrcha: „żeby zniechęcić taką osobę do krytykowania, stawiania publicznie pytań czy wątpliwości, kieruje się sprawę do sądu z wydumanym roszczeniem i zarzutem naruszenia dóbr osobistych, wciągając de facto tę osobę w wieloletni i niezwykle kosztowny spór sądowy”.

Ustawa anty-SLAPP zakłada:

  • możliwość oddalenia lub odrzucenia pozwu już na wstępnym etapie postępowania, jeśli sąd uzna go za oczywiście bezzasadny lub stanowiący nadużycie prawa procesowego;
  • wprowadzenie maksymalnie 3-miesięcznego terminu na podjęcie decyzji przez sąd w sprawach dotyczących oczywiście bezzasadnych pozwów;
  • wskazanie (otwartego) katalogu okoliczności pomagających sądom rozpoznawać, że pozew ma charakter SLAAP, m.in. wygórowane żądania finansowe, wielokrotne składanie podobnych pozwów czy działania utrudniające obronę pozwanemu;
  • możliwość zobowiązania powoda do wpłaty kaucji na poczet kosztów procesu poniesionych przez pozwanego;
  • obowiązek pokrycia pełnych kosztów postępowania przez stronę inicjującą bezzasadny proces, w tym – co do zasady – pełnych kosztów zastępstwa procesowego poniesionych przez pozwanego, tj. bez obecnie obowiązujących ograniczeń;
  • możliwość nakładania wysokich grzywien na powoda za nadużywanie postępowań sądowych – nawet do 100-krotności minimalnego wynagrodzenia;
  • możliwość zobowiązania powoda do publikacji informacji o przegranej sprawie na własny koszt;
  • szerszy udział organizacji pozarządowych, które będą mogły wspierać pozwanych i przedstawiać sądowi informacje i opinie w sprawach dotyczących wolności debaty publicznej.

Polska ma obowiązek uchwalić przepisy anty-SLAPP. Rząd jest już z tymi zapisami spóźniony – czas na wprowadzenie w polski porządek prawny stosownych przepisów minął 7 maja. Rządowy projekt wychodzi jednak poza minimum wymagane przez Unię Europejską – i daje szansę na realne dostosowanie zapisów do polskich realiów.

Przeczytaj więcej w OKO.press:

Przeczytaj także:

09:58 22-05-2026

Prawa autorskie: Fot . Kuba Atys / Agencja GazetaFot . Kuba Atys / Ag...

Gwałt na 9-latce. Syn Jacka Kurskiego przed sądem

W piątek 22 maja rozpoczyna się proces Antoniego Zdzisława K., syna Jacka Kurskiego, byłego prezesa TVP. Zarzut to zgwałcenie dziewięcioletniej dziewczynki, córki znajomych rodziny. Proces rozpoczyna się dopiero po ponad dziesięciu latach

Co się wydarzyło?

W piątek przed Sądem Rejonowym w Kwidzynie ma ruszyć proces 35-letniego Antoniego Zdzisława K. Syn byłego szefa TVP Jacka Kurskiego oskarżony jest o zgwałcenie dziewięcioletniej Magdaleny. Miało dojść do tego już kilkanaście lat temu, dziś Magdalena jest już pełnoletnia.

Matka dziewczynki zawiadomiła prokuraturę w Kwidzynie już w 2015 roku, jednak śledztwo przez lata umarzano.

Rodzice Magdaleny i małżeństwo Kurskich znali się od lat, wspólnie spędzali wakacje, m.in. w leśniczówce w woj. pomorskim, gdzie miało dojść do przestępstwa.

Antoniemu Zdzisławowi K. grozi od dwóch do 12 lat więzienia. Nie przyznaje się on do winy, a działania prokuratury nazywa „atakiem na polską prawicę i rodzinę”.

„Ja nic nie zrobiłem, a atak jest wymierzony w mojego ojca, który jest odważnym politykiem prawicy. Dołożę wszelkich starań, by prawda wyszła na jaw”

- powiedział Antoni Zdzisław K. w rozmowie z TVN24.

Akt oskarżenia wpłynął do Sądu Rejonowego w Kwidzynie w grudniu 2025 roku. Rozpoczęcie procesu jednak się przeciągało, ponieważ Sąd Rejonowy chciał przekazać sprawę do Gdańska. Formalnie z uwagi na to, że choć do przestępstwa miało dojść w miejscu odpowiadającym rejonowi Kwidzyna, to jednak większość osób występujących w sprawie mieszka w Gdańsku.

Nieoficjalny powód, który podaje TVN24, jest taki, że w małym sądzie istnieje większa obawa, że po powrocie do władzy prawicy, osoby odpowiedzialne za skazanie syna Jacka Kurskiego zostaną za to ukarane, a ich kariera zniszczona.

Jednak wniosek o przeniesienie sprawy z Kwidzyna do Gdańska został odrzucony.

Jaki jest kontekst?

Proces syna Jacka Kurskiego rusza dopiero po ponad dziesięciu latach, ponieważ zawiadomienie matki dziewczynki nałożyło się na okres, gdy władzę w Polsce przejęła Zjednoczona Prawica. Kurski został prezesem TVP, a władzę w prokuraturze objął jego kolega Zbigniew Ziobro.

Po złożeniu zawiadomienia postępowanie natychmiast przeniesiono wyżej – do Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, gdzie sprawę umożono i to dwukrotnie. Naciskać w tej sprawie miała wielokrotnie sama szefowa tej prokuratury Teresa Rutkowska-Szmydyńska.

Śledztwo ponownie wszczęto dopiero w 2023 roku, kiedy doszło w Polsce do zmiany władzy. Na wniosek pełnomocnika Magdaleny prokurator regionalny w Gdańsku przeprowadził kontrolę tamtego postępowania sprzed lat i uznał, że dwie prokuratorki zajmujące się sprawą za czasów Zbigniewa Ziobry, popełniły uchybienia należące do "kategorii najpoważniejszych przestępstw”.

Wydział Spraw Wewnętrznych Prokuratury Krajowej zajął się kwestią tego, czy prokuratorki przekroczyły uprawnienia, a jednocześnie Antoniemu K. szybko postawiono zarzuty.

Przeczytaj także:

08:09 22-05-2026

Prawa autorskie: Fot. Konrad Kozlowski / Agencja Wyborcza.plFot. Konrad Kozlowsk...

Odwołają czy nie? Ważą się losy prezydenta Krakowa

W najbliższą niedzielę, 24 maja, krakowianie zdecydują o tym, czy w toku referendum odwołają prezydenta Aleksandra Miszalskiego oraz całą radę miasta. Młody, postępowy, bez afer na koncie. Czym naraził się mieszkańcom polityk, który miastem rządzi raptem pół kadencji?

Co się wydarzyło?

„Jako honorowa obywatelka zwrócę się do wszystkich Krakowian z wielką prośbą: nie idźcie na to referendum. Mówiąc językiem młodzieżowym: olejcie to” – mówiła podczas czwartkowej (21 maja) nadzwyczajnej sesji Rady Miasta Krakowa prof. Krystyna Zachwatowicz-Wajda, odbierając tytuł Honorowej Obywatelki Krakowa.

Pytanie: iść czy nie iść na niedzielne referendum, zdaje się najważniejszym elementem dyskusji toczącej się dziś w stolicy Małopolski. 24 maja odbędzie się tam historyczne głosowanie, w którym mieszkańcy zdecydują o tym, czy odwołać prezydenta miasta i całą radę miasta, czy też pozwolić im dokończyć kadencję.

Już dziś, bez względu na ostateczny wynik referendum, sam fakt jego zorganizowania jest żółtą kartką wystawioną prezydentowi przez mieszkańców. Jacek Majchrowski, który rządził Krakowem przeszło dwie dekady, nigdy nie doczekał się takiej formy sprawdzianu. Aleksander Miszalski, szef Koalicji Obywatelskiej w Małopolsce, były poseł i samorządowiec, miastem rządzi zaledwie dwa lata. I już popadł w polityczne tarapaty.

Aleksander Miszalski. Czym naraził się krakowianom?

44-letni polityk rozpoczął swoją prezydenturę w Krakowie w iście wielkomiejskim stylu. Zarówno na swoje zaprzysiężenie, jak i pierwsze spotkania z dziennikarzami przyjechał na rowerze. Jego pierwszą decyzją była sprzedaż prezydenckiego lexusa oraz deklaracja, że stanie na czele Marszu Równości – jako pierwszy prezydent w historii miasta.

„Kraków będzie otwarty, transparentny, przejrzysty, uczciwy. Na takie miasto zasługują mieszkańcy” – deklarował Aleksander Miszalski. A potem zaczęły się schody.

Kraków jest dziś niechlubnym liderem w rankingu najbardziej zadłużonych miast Polski. Miasto tonie w długach; na tyle, że średnio na każdego mieszkańca miasta przypada nawet 10 tysięcy złotych dziury.

Prezydent ową dziurę w budżecie próbował łatać podwyżkami cen biletów komunikacji miejskiej (dziś najtańszy, 20-minutowy bilet normalny kosztuje 4 złote, bilet godzinny to wydatek 6 złotych), rozciągnięciem strefy płatnego parkowania i objęcia nią nawet weekendów, do godziny 22. Oliwy do ognia dolało jednak wprowadzenie w mieście Strefy Czystego Transportu, zabraniającej poruszania się po mieście najstarszym dieslom; chyba że opłacą wjazd do miasta.

Choć miesięczna opłata za wjazd do Krakowa nieekologicznych samochodów wynosi sto złotych miesięcznie – i zupełnie nie dotyczy mieszkańców miasta, spotkała się z ogromnym społecznym sprzeciwem, podgrzewanym przez Ruch Narodowy oraz inne prawicowe organizacje, kojarzone wcześniej z ruchami antyszczepionkowymi, ultrakonserwatywnymi i antyukraińskimi. To właśnie SCT stała się punktem wyjścia do organizacji referendum. Jak pisaliśmy w OKO.press: „Przeciwnicy SCT stworzyli w Krakowie efekt chaosu, nad którym gabinet prezydenta nie był w stanie zapanować. Pod osłoną nocy niszczono znaki informujące o wjeździe do strefy, a zdjęcia wrzucano do sieci. Pojawiła się dezinformacja, narracja o oblężonym Krakowie, mieście ekskluzywnym, dla bogatych (czyt. z drogimi, ekologicznymi samochodami), czego symbolem miał być upadek lub co najmniej poważne trudności mikroprzedsiębiorstw”.

Przeczytaj także:

„Nie mam wątpliwości, że Aleksander Miszalski obrywa za Jacka Majchrowskiego” – wskazywał w rozmowie z OKO.press socjolog i komentator polityczny, prof. Jarosław Flis. Z twarzą prezydenta Krakowa zlepiło się jednak także niechlubne określenie dotyczące zarażenia miasta „epidemią kolesiostwa”.

Polityk KO, w tiktokowym filmiku opublikowanym tuż po rozpoczęciu prezydentury symbolicznie wietrzył krakowski magistrat z cygar poprzednika, dokonywał odważnych cięć personalnych (jak np. zwolnienie oskarżanej o mobbing bliskiej współpracownicy Jacka Majchrowskiej Marii Anny Potockiej). A chwilę później upartyjnił urząd i zatrudnił na wysokich stanowiskach w miejskich spółkach oraz w magistracie polityków związanych z partią Donalda Tuska. To właśnie za owe „kolesiostwo” i spłatę partyjnych długów Aleksander Miszalski może teraz zapłacić swoim stołkiem. Miszalskiemu wytyka się też styl prezydentury, tiktokowe filmy, które zdaniem krytyków nie przystoją urzędowi takiej rangi czy nagrania z prywatnych spotkań, na których widać prezydenta będącego pod wpływem alkoholu.

Oficjalnie za referendum swoi grupa wzburzonych mieszkańców. Ta jednak jest silnie dotowana i wspierana tak przez Prawo i Sprawiedliwość, Konfederację i mniejsze ultraprawicowe ugrupowania, jak i Łukasza Gibałę, który od lat bezskutecznie stara się o urząd prezydenta Krakowa. Dziś w mieście trwa walka o każdy głos „za” pójściem na wybory lub zostaniem w domu. Kraków został zalany banerami, plakatami i ulotkami wzywającymi do pójścia na wybory. Walka, po obu stronach, trwa też w sieci.

A co na to mieszkańcy? Ostatni sondaż SW Research dla magazynu „Wprost” wskazuje, że największa grupa ankietowanych – aż 44,2 procent – mówi, że nie wie, co zrobi w niedzielę i czy chce, czy nie chce odwołania prezydenta.

Jaki jest kontekst?

Aby niedzielne referendum w Krakowie było ważne, udział w nim musi wziąć co najmniej 3/5 liczby wyborców, którzy dwa lata temu wybierali prezydenta i radę miasta. Oznacza to, że przynajmniej 158 555 mieszkańców musi w niedzielę 24 maja oddać głos. W przypadku rady miasta prób ten wynosi 179 792 głosy. Aby wziąć udział w głosowaniu, trzeba być ujętym w stałym obwodzie głosowania na terenie Krakowa.

Lokale wyborcze będą otwarte od godziny 7 do 21. Adres swojej komisji wyborczej można sprawdzić np. w usłudze mObywatel.

Niedzielne referendum ma podwójne znaczenie. Nie tylko przesądzi o ewentualnej zmianie włodarza Krakowa, ale – w przypadku powodzenia – może rozpocząć falę referendów w całym kraju. „Odwołanie Miszalskiego w Krakowie może pociągnąć za sobą całą serię referendalnych wyborów” – pisał poseł PiS Ryszard Terlecki. W podobnym tonie wypowiada się Konrad Berkowicz z Konfederacji: „Po Krakowie to samo robimy z Platformą w całej Polsce” – pisał prawicowy polityk.

Do walki o Kraków niechętnie garnie się centrala partii, która usilnie stara się utrzymać temat referendum w narracji o lokalnym problemie. Sam prezydent Aleksander Miszalski odmawia wywiadów ogólnopolskim portalom, m.in. OKO.press, czas poświęcając głównie na spotkania z mieszkańcami. Tylko w maju w ramach „Ławeczek Dialogu” odwiedził 10 rejonów miasta, odwiedził nawet działkowców.

„Jeśli do referendum by nie doszło, pan prezydent może odetchnąć z ulgą. Dokończy prezydenturę, ale trudno sobie wyobrazić, by druga połowa jego kadencji była odważna. Spodziewam się niestety bardzo ostrożnej, może nawet populistycznej polityki, obliczonej na niewywoływanie większych emocji wśród mieszkańców” – oceniał w rozmowie z OKO.press politolog prof. Marek Bankowicz z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

A prof. Jarosław Flis wskazywał, że choć walkę o Kraków może przegrać Miszalski, to spokojna może być Koalicja Obywatelska jako taka. „Organizacja referendum jest stosunkowo łatwa, bo nietrudno jest skrzyknąć ludzi przeciwko jednej osobie i to tej, która rządzi miastem. Trudniej tylko pójść dalej i wygrać wybory. Choćby dlatego, że graczy jest więcej, a ich interesy i polityczne postulaty zaczynają być ze sobą sprzeczne.Nawet, jeśli krakowskie referendum okazałoby się skuteczne [...] wcale nie jest powiedziane, że mieszkańcy w wyborach prezydenckich znów nie wskażą kandydata lub kandydatki z Koalicji Obywatelskiej” – komentuje prof. Flis.

Przeczytaj więcej w OKO.press:

Przeczytaj także: