Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.plFot. Slawomir Kamins...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Miał być sukces w świetle kamer. Było upokorzenie i jasny sygnał, że o Aleksandra Miszalskiego bić nikt się nie zamierza. A referendum w sprawie jego odwołania staje się coraz bardziej realne.

Jest czwartek, 26 lutego 2026. Do Warszawy na pierwsze posiedzenie sejmowego zespołu ds. budowy metra udaje się z Krakowa cała prezydencka delegacja. Prezydent Krakowa ogłasza: „Rząd deklaruje 10 miliardów euro ze środków unijnych oraz budżetowych na rozwój sieci metra w Polsce. Kraków ze względu na stopień zaawansowania projektu, wytyczone trasy i trwające prace, będzie miał jako pierwszy dostęp do tych środków”.

Retoryka jest jasna: prezydent spełnia obietnice wyborcze. Nie tylko mówi, a robi. Buduje sobie pomnik. Metro, o którym mówi się od lat.

Za Miszalskim stoją posłowie (głównie z Małopolski), przedstawiciele Ministerstwa Infrastruktury, MSWiA, MON, Ministerstwa Finansów, resortu funduszy i polityki regionalnej. Centrala w końcu wspiera swojego samorządowca! – można by rzec.

26.02.2026 Warszawa , ulica Wiejska , Sejm . Prezydent Krakowa Aleksander Miszalski (3l), wiceprezydent Krakowa Stanislaw Mazur (4l), wiceminister infrastruktury Stanislaw Bukowiec (l), przewodniczacy zespolu, posel KO Dominik Jaskowiec (4p), wiceprzewodniczaca zespolu, poslanka KO Aleksandra Kot (2p), poslanka PSL Urszula Nowogorska (2l) oraz poslowie KO Katarzyna Matusik - Lipiec (3p) i Jerzy Meysztowicz (p) podczas konferencji prasowej po zakonczeniu pierwszego posiedzenia Parlamentarnego Zespolu ds. budowy metra w Krakowie .
Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.pl
26.02.2026, Warszawa. Prezydent Krakowa (trzeci od lewej) razem z posłami KO ogłasza zabezpieczenie pieniędzy na budowę metra w stolicy Małopolski. Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.pl

Tyle tylko, że za polityczną obietnicą i kilkoma filmowymi ujęciami stały dziesiątki minut, kiedy świta prezydenta Krakowa siedziała w zupełnie pustym pomieszczeniu w Sejmie. Czekała na partyjnych kolegów z ministerstw. Ci na posiedzenie przyszli solidnie spóźnieni, bo wysłuchiwali exposé Radosława Sikorskiego.

Przeczytaj także:

A kiedy wieść o finansowaniu metra obiegła sieć, wiceminister funduszy i polityki regionalnej Jan Szyszko (Polska 2050) napisał na portalu X:

"Pierwsze słyszę, a właśnie wróciłem z rozmów o budżecie w Brukseli.

W nowym budżecie UE walczymy o duuuużo większe środki na rozwój Polski niż twierdzi Pan Prezydent. Te pieniądze muszą jednak rozwinąć nie tylko nasze aglomeracje, ale też podnieść jakość życia w małych i średnich miastach. Nie ma mowy o znaczeniu żadnych pieniędzy na tym etapie".

Jeden na 10 mieszkańców chce referendum.

Ta historia ma symboliczne znaczenie dla tego, co dzieje się w Krakowie.

Prezydent Krakowa, od wielu lat polityk, były poseł na Sejm z ramienia PO, szef małopolskich struktur i członek zarządu krajowego partii, mierzy się bowiem ze swoim politycznym końcem.

27 stycznia 2026 roku do Komisarza Wyborczego w Krakowie wpłynęło powiadomienie o planie przeprowadzenia referendum. Inicjatorzy chcą odwołania prezydenta Miszalskiego i całej rady miasta Krakowa dokładnie w połowie kadencji.

Aby referendum było ważne, trzeba zebrać ponad 58 tysięcy podpisów — czyli 10 procent uprawnionych do głosowania mieszkańców. Jeśli do referendum dojdzie, o jego ważności zdecyduje frekwencja. Żeby było wiążące (odwołujące prezydenta lub zostawiające go na stanowisku), w głosowaniu musi uczestniczyć minimum 3/5 liczby osób, które brały udział w wyborze prezydenta miasta. W tym wypadku jest to 158 555 krakowian.

W ciągu miesiąca na listach popierających zwołanie referendum podpisało się ponad sto tysięcy osób. Tego w niespełna milionowym mieście zignorować nie sposób. To przeszło 10 procent żyjących tu na co dzień ludzi.

Organizatorzy akcji podpisy zbierają dalej. W internecie hula np. zdjęcie szpitalnych drzwi, na których wisi informacja, że podpisy pod referendum zbierane są nawet w pracowni rentgenowskiej.

Jan Hoffman, inicjator akcji referendalnej dla OKO.press: „Zbiórkę zakończymy, kiedy zbierzemy 120 tysięcy podpisów. Potrzebujemy 58 tysięcy, czyli 10 proc. uprawnionych do głosowania mieszkańców. Chcemy mieć jednak solidny naddatek. Mamy świadomość, że część podpisów może nie przejść weryfikacji. Ludzie mogą pomylić się wpisując PESEL, podpisać się nieczytelnie. Może okazać się, że niektórzy nie są oficjalnie mieszkańcami Krakowa lub nie zadbali o to, by znaleźć się w spisie wyborców. Chcemy być na takie wypadki przygotowani”.

Kto stoi za referendum

Szybko idąca zbiórka podpisów ma też swoje drugie polityczne znaczenie: buduje (skuteczną) presję na środowisko prezydenta Krakowa. Referendum – o którym w mieście mówiło się niemal od samego początku prezydentury Miszalskiego, miało być wyrazem politycznego sprzeciwu Łukasza Gibały. To miejski radny od lat zdeterminowany do objęcia prezydentury.

Gibała, prywatnie kuzyn Jarosława Gowina, przed laty był członkiem Platformy Obywatelskiej, potem włączył się w Ruch Palikota. Do ostatnich wyborów samorządowych szedł z politycznym poparciem aktywistów miejskich, organizacji pozarządowych oraz Darii Gosek-Popiołek, lewicowej posłanki związanej wtedy z partią Razem.

Wybór między jamnikiem a wyżłem

Mimo brudnej kampanii, z obydwu stron w Krakowie żartowano, że mieszkańcy wybierają między jamnikiem a wyżłem, czyli psami kandydatów. Ich programy i wizja miasta były mocno zbieżne i dawały obietnice energicznego, progresywnego myślenia o mieście. Gibała nigdy wcześniej nie był tak bliski zwycięstwa. Dziś próbuje odzyskać tę pozycję, choć tym razem bez eko-aktywistów po swojej stronie i wizji nowoczesnego Krakowa. Kroczy za to w jednej linii z PiS-em i Konfederacją.

A Gosek-Popiołek od Gibały się teraz odcina. Pytana o referendum odpowiada krótko: „Z Łukaszem Gibałą zawiązaliśmy koalicję opartą na programie i osobach, które widziałam i widzę nadal w radzie miasta. Po wyborach każde poszło swoją drogę. Nie chcę gdybać, co będzie dalej – bo na razie nie ma mowy o kolejnych wyborach w Krakowie”.

Łukasz Gibała, kandydat na prezydenta Krakowa, ubrany w ciemny płaszcz, stoi w dużej hali w otoczeniu swoich współpracowników
Łukasz Gibała (trzeci od lewej, na środku) podczas pierwszej tury wyborów prezydenckich w Krakowie. Fot. Konrad Kozłowski/Agencja Wyborcza

Gibała twarzą referendum być nie chciał. W pamięci ma pewnie fiasko kampanii odwołującej Jacka Majchrowskiego, równo sprzed dekady. Polityk wydał wtedy niemal 800 tysięcy złotych na szeroko zakrojoną akcję promującą referendum. Zebrano ponad 87 tysięcy podpisów (do zorganizowania referendum potrzeba było 60 tys.).

Ale do głosowania nawet nie doszło. Większość złożonych podpisów (39 tysięcy) miała błędy w numerach PESEL. Składały je osoby niepełnoletnie, niemieszkające w Krakowie albo podpisujące się po kilka razy pod listą referendalną.

Tamten blamaż był długo obiektem szyderstw w mieście, dlatego teraz polityk szukał twarzy szerzej niepowiązanej z lokalną polityką. Aktywisty, kogoś szczerze zdenerwowanego polityką Aleksandra Miszalskiego. Szarego mieszkańca, który powie: mam już dość.

Ani złotówki od Gibały!

"Nie dostałem od Łukasza Gibały ani złotówki' – zapewnia dziś OKO.press Jan Hoffmann, inicjator referendum. Hoffman to prawnik, radny dzielnicowy, mieszkający w Starym Mieście, również związany ze środowiskiem Platformy Obywatelskiej, choć nie należał formalnie do partii.

W ostatnich wyborach samorządowych poparł Andrzeja Kuliga, byłego wiceprezydenta i człowieka Jacka Majchrowskiego. Był na listach do Rady Miasta z jego komitetu wyborczego.

„Szukał szczęścia u nas, ale nie znaleźliśmy dla niego miejsca. Więc kiedy nadarzyła się okazja, przeszedł na stronę adwersarzy” – wyznaje mi Szczęsny Filipiak, szef krakowskich struktur Koalicji Obywatelskiej.

W Krakowie głośno jest o sporze Hoffmana z bliskim współpracownikiem obecnego prezydenta, Tomaszem Darosem, również prawnikiem i radnym dzielnicowym Starego Miasta. Mężczyźni – którzy nawet swoje kancelarie prawne mieli pod jednym adresem – poważnie się pokłócili. Pójść miało o szefostwo w Radzie Dzielnicy I.

Wielu w tym personalnym sporze upatruje przyczyn zaangażowania Hoffmana w akcję referendalną. Sam zainteresowany temu jednak zaprzecza.

Apolityczny inicjatorzy referendum...

„Od samego początku punktuję prezydenturę Aleksandra Miszalskiego. Nie robię tego ze złośliwości czy jakichkolwiek osobistych uprzedzeń. I bynajmniej nie z powodu jakichś dawnych sporów z panem Darosem, bo to nie on kształtuje politykę miasta, tylko pan prezydent. Sprowadzanie poważnej akcji referendalnej do różnicy zdań z Pandem Darosem można porównać do oskarżenia mnie o strzelanie z armaty do komara. Widzę wiele nieprawidłowości w tej prezydenturze i o nich głośno mówię. Niczego nie wymyśliłem, pan prezydent nigdy o nic mnie nie pozwał. Mam rację – i chcę, by jego błędy dostrzegli również krakowianie, którzy zresztą w większości podzielają moją ocenę prezydentury Aleksandra Miszalskiego” – mówi Hoffman.

Powstała nawet strona internetowa przeznaczona do informacji o referendum — nie ma na niej słowa o Łukaszu Gibale. W zakładce „zespół” czytamy, że to mieszkańcy Krakowa, eksperci, osoby zaufania publicznego. Ludzie, którym naprawdę zależy na przyszłości miasta. Wśród nazwisk są dziennikarze, prawnicy, radni dzielnicowi. 14 osób (pierwotnie było 21). Wśród nich żadnego polityka.

...ale z poparciem partii

Do akcji referendalnej od razu przyłączyły się partie polityczne: Prawo i Sprawiedliwość, Ruch Narodowy i Konfederacja, która w Krakowie dotąd nie miały rozpoznawalnych nazwisk czy struktur. Referendum poparła partia Razem.

Kraków dla Mieszkańców Łukasza Gibały dołączył do inicjatywy referendalnej drugiego dnia po jej ogłoszeniu.

Gibała, co potwierdził, z kieszeni swojego stowarzyszenia opłaca wolontariuszy, czyli ankieterów, którzy zbierają podpisy pod referendum. Dzwonią też do mieszkańców i zachęcają do zaangażowania się w akcję.

Sam polityk nie chciał z nami rozmawiać przez telefon. Jego rzeczniczka prasowa przesłała ogólnikowe odpowiedzi smsem. Wynika z nich np. że Gibała o potencjalnej prezydenturze i zastąpieniu Miszalskiego w ogóle dziś nie myśli.

Rosną w siłę. Ale wyborów nie wygrają?

Łukasz Gibała rzeczywiście nie jest dziś twarzą krakowskiego referendum. Nie jest też najpoważniejszym kontrkandydatem Aleksandra Miszalskiego czy Platformy Obywatelskiej.

Ręce zaciera prawa strona sceny politycznej – bo wszystko wskazuje na to, że do referendum w Krakowie rzeczywiście dojdzie.

I będzie ono nawet nie tyle walką o Kraków, a poligonem przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi, które odbędą się w 2027 roku.

„Na razie skupiamy się na zbiórce podpisów. Na spotkaniu zarządu okręgowego nie czyniliśmy żadnych strategicznych założeń dotyczących potencjalnego kandydata na prezydenta Krakowa. Nie sądzę jednak, byśmy wyłącznie wsparli kogoś z zewnątrz. PiS od 2002 roku w każdych wyborach samorządowych wystawiał swojego kandydata. I sądzę, że najprawdopodobniej będzie tak i tym razem, choć różne scenariusze mogą jeszcze pojawić się na stole” – mówi nam Michał Drewnicki, wiceprzewodniczący Rady Miasta Krakowa i wiceprezes krakowskiego Prawa i Sprawiedliwości, mocno zaangażowany w referendum.

Konfederacja zwycięzcą akcji

Jan Hoffman, oficjalny inicjator zbiórki: „Nie wykluczam na dzień dzisiejszy ani startu, ani wsparcia ewentualnego kandydata. Idealny kandydat powinien spełniać konkretne warunki: zadeklarować rzetelny audyt w pierwszych miesiącach prezydentury, zapowiedzieć reorganizację urzędu i likwidację departamentów oraz podjęcie działań na rzecz zminimalizowania dziury budżetowej”.

11.02.2026 Krakow , Rondo Mogilskie . Zbiorka podpisow pod referendum w sprawie odwolania prezydenta miasta Krakowa Aleksandra Miszalskiego .
fot. Jakub Wlodek / Agencja Wyborcza.pl
Akcja referendalna w Krakowie / fot. Jakub Włodek, Agencja Wyborcza.pl

Profesor Marek Bankowicz, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego: „Próba odwołania prezydenta to działanie według zasady: wszyscy na jednego. Sytuacja opozycji mocno skomplikowałaby się, gdyby do referendum doszło i okazało się ono wiążące. Prawdopodobnie każda z partii chciałaby wykorzystać sytuację dla siebie i wystawić własnego kandydata. Nazwisk i osób aspirujących do miana kandydata na prezydenta pojawiłoby się kilku, co tylko zmniejsza ich szanse na zwycięstwo w i tak mocno platformerskim mieście, jakim jest Kraków” – uważa politolog. Podkreśla, że polityczne aspiracje opozycji są zbyt silne, by utrzymać wspólny kurs.

Prof. Bankowicz dodaje, że jego zdaniem

największym zwycięzcą akcji referendalnej jest jak na razie Konfederacja.

„Lansuje pojedyncze nazwiska, buduje markę osób, które najprawdopodobniej będą otwierać listy do Rady Miasta Krakowa w wyborach samorządowych albo w wyborach do Sejmu. Biorąc pod uwagę obecne nastroje polityczne panujące w kraju oraz w Krakowie i utrzymujące się poparcie dla skrajnej prawicy uważam, że Konfederacja ma szansę na mandat w mieście w kolejnych wyborach. Moim zdaniem, kosztem PiS-u”.

KO zostanie u władzy?

"Powodzenie akcji referendalnej będzie swoistym poligonem doświadczalnym dla partii politycznych, na ostatniej prostej przed wyborami parlamentarnymi. Nie mam wątpliwości, że narracja o nieudolnym prezydencie Koalicji Obywatelskiej jest wiatrem w żagle PiS-u.

Moim zdaniem jednak KO jest spokojna o utrzymanie władzy w Krakowie.

Zwłaszcza że jej koalicjanci odgrywają marginalną rolę w polityce krajowej, a w samorządzie są właściwie niewidoczni. Dlaczego obracam się wokół duopolu KO-PiS? Ponieważ polityzacja życia publicznego poszła tak daleko, że objęła całościowo i bez reszty również samorządy. Żaden kandydat bez poparcia dużego ugrupowania nie będzie w stanie zniwelować różnicy, jaką już na starcie daje zdyscyplinowany elektorat partii Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego" – podnosi prof. Bankowicz.

Jak stare diesle doprowadziły do referendum

Akcja referendalna została rozpisana na przełom stycznia i lutego nieprzypadkowo: bazuje na gniewie przeciwników Strefy Czystego Transportu, a właściwie jej atrapy. Wprowadzone w Krakowie i obowiązujące od pierwszego dnia 2026 roku zapisy zabraniają poruszania się po mieście najstarszym dieslom (chyba że opłacą wjazd). Dla mieszkańców – zameldowanych choćby czasowo i płacących podatki w Krakowie – na razie nie zmienia się nic. Jeśli ich auto nie spełnia wymogów, mogą zarejestrować swój pojazd w miejskim systemie i dalej nim jeździć.

Choć miesięczna opłata za wjazd do Krakowa nieekologicznych samochodów wynosi sto złotych miesięcznie, SCT spotkała się z ogromnym społecznym sprzeciwem, kierowanym głównie przez Ruch Narodowy oraz inne prawicowe organizacje, kojarzone wcześniej z ruchami antyszczepionkowymi, ultrakonserwatywnymi i antyukraińskimi.

Wypunktowywał to na łamach OKO.press Marcel Wandas:

Przeciwnicy SCT stworzyli w Krakowie efekt chaosu, nad którym gabinet prezydenta nie był w stanie zapanować. Pod osłoną nocy niszczono znaki informujące o wjeździe do strefy, a zdjęcia wrzucano do sieci. Pojawiła się dezinformacja, narracja o oblężonym Krakowie, mieście ekskluzywnym, dla bogatych (czyt. z drogimi, ekologicznymi samochodami), czego symbolem miał być upadek lub co najmniej poważne trudności mikroprzedsiębiorstw.

Na fali tej złości zbierano pierwsze podpisy pod referendum. Dziś w środowisku prezydenta słyszę: „Popełniliśmy błąd. Ludzie nie rozumieli, o co chodzi w Strefie Czystego Transportu, jakie są jej zasady. Powinniśmy byli dać sobie więcej czasu na komunikację. A dopuściliśmy, żeby mity przesłoniły fakty”.

Lista grzechów

Grzechów na swoim prezydenckim sumieniu Aleksander Miszalski ma jednak więcej.

Po pierwsze – upartyjnienie urzędu i zatrudnianie na wysokich stanowiskach prominentnych polityków Platformy. Polityk KO, w tik-tokowym filmiku opublikowanym tuż po rozpoczęciu prezydentury symbolicznie wietrzył krakowski Magistrat z cygar poprzednika, dokonywał odważnych cięć personalnych (jak np. zwolnienie oskarżanej o mobbing bliskiej współpracownicy Jacka Majchrowskiej Marii Anny Potockiej), zapowiadał sprzedaż prezydenckiego lexusa, bo sam jeździ rowerem.

Miało być inaczej. Tymczasem aktywiści wskazują na dziesiątki partyjnych zatrudnień. By wymienić tylko te najpoważniejsze (za krakowską „Gazetą Wyborczą”):

  • Andrzej Hawranek, znana postać w krakowskiej Platformie, został szefem małopolskiego sanepidu – mimo iż przegrał konkurs na to stanowisko. Nominacji dokonano wbrew Pawłowi Grzesiowskiemu, Głównemu Inspektorowi Sanitarnemu, który na tym fotelu widział kogoś bez partyjnej legitymacji. Hawranek na swojego następcę mianował polityka PSL, Marka Gajowego, który wcześniej pełnił obowiązki wójta Spytkowic;
  • prezesem Krakowskiego Holdingu Komunalnego został Bogusław Kośmider, były wiceprezydent Krakowa z ramienia PiS, a jego doradcą w miejskiej spółce został szef krakowskich struktur KO Szczęsny Filipiak (bez konkursu);
  • przewodniczący krakowskiej Rady Miasta Jakub Kosek został wicedyrektorem w Krajowym Ośrodku Wsparcia Rolnictwa. Kosek zasiada też w radach nadzorczych Szpitala Miejskiego w Rabce-Zdroju;
  • Bartłomiej Kocurek, polityk KO, został wicedyrektorem działu obsługi inwestora w Krakowskim Parku Technologicznym. Jego szefem jest Andrzej Kulig, były wiceprezydent za czasów Jacka Majchrowskiego. Kocurek zasiada też w radzie nadzorczej spółki Kopalnia Soli Wieliczka.

„Witaj w Krakowie, mieście epidemii kolesiostwa”

Podobne przykłady można mnożyć. Kierownicze stanowiska, jak i te mniej prestiżowe (jak np. prezydenccy doradcy czy pełnomocnicy) są obsadzane nazwiskami, które w przeszłości pojawiały się na listach wyborczych Koalicji Obywatelskiej oraz jej koalicjantów.

„Trudno w takiej sytuacji publicznie bronić Miszalskiego, który zapowiadał ukrócenie partyjnych konszachtów. A sam pozatrudniał na prominentnych stanowiskach kolegów, często bez wykształcenia kierunkowego, kwalifikacji, za to wysoko postawionych w partii. Robił to bezwstydnie, oferując od razu kierownicze stanowiska” – słyszę od jednej z koalicyjnych sojuszniczek Miszalskiego.

Aleksander Miszalski na tle swojego neonu wyborczego w 2024 roku.
Aleksander Miszalski przed swoim biurem podczas kampanii prezydenckiej w 2024 roku Fot. Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl

„To już epidemia kolesiostwa” – zaczęto mówić o polityce personalnej prezydenta. Hasło to zręcznie wykorzystali przeciwnicy Aleksandra Miszalskiego. Tuż przed wjazdem do Krakowa, na zakopiance, wywiesili ogromny czerwony baner z napisem: „Zbliżasz się do Krakowa, miasta epidemii kolesiostwa”. A zatrudnianie kolegów po fachu stało się najpoważniejszym oskarżeniem wobec Aleksandra Miszalskiego.

Gazeta Miszalskiego z ogromnym nakładem

Krakowian rozsierdziła też informacja o kwartalnych premiach dla wiceprezydentów, sięgających 74 tysięcy złotych, co ujawnił Dawid Serafin z Interii. A także o ponad dwóch milionach złotych wydawanych na samorządową gazetkę Kraków.pl, której nakład, tuż przed startem akcji referendalnej, zwiększono o 600 procent. Pisał o tym m.in. lokalny portal Love Kraków.

Jednocześnie Kraków jest zadłużony, a prezydent zapowiedział zaciskanie pasa. Ogłoszono podwyżki cen za bilety komunikacji miejskiej, wydłużono też godziny obowiązywania strefy płatnego parkowania (9-22, od poniedziałku do soboty, a na terenie strefy A, czyli w ścisłym centrum, płatność musi być uiszczana również w niedziele).

W tym polityczno-społecznym klimacie rozgrywa się kampania referendalna, początkowo mocno bagatelizowana przez otoczenie Aleksandra Miszalskiego. Mówiono o referendum nienawiści i politycznej ustawce. Ale kiedy zbiórka podpisów przybrała na sile, okazało się, że do skrzynek pocztowych krakowian trafia wzmocniony kolportażowo magazyn miasta, a sam prezydent ... rakiem wycofuje się z podjętych wcześniej decyzji.

„Wielka korekta” przed referendum

Podsumujmy:

  • 11 lutego Miszalski zwalnia Łukasza Franka, dyrektora Zarządu Transportu Publicznego (jeszcze za prezydentury Jacka Majchrowskiego) – od lat kojarzonego z zieloną, proekologiczną polityką miasta. Urzędnicy podpisywali petycję do prezydenta o nieodwoływanie Franka. Miszalski jednocześnie ogłosił korektę SCT;
  • 12 lutego poinformował o wykupie 10 hektarów Zakrzówka, zielonej enklawy, która miała zostać zabudowana. Miasto wydało 53 miliony złotych;
  • 16 lutego pochwalił się sukcesem dotyczącym budowy oprotestowywanego małopolskiego odcinka S7, dzięki decyzji z centrali o odebraniu prac krakowskiemu oddziałowi GDDKiA i skierowaniu prac do Warszawy;
  • 19 lutego poinformował o korekcie Strefy Płatnego Parkowania i zwolnieniu krakowian z opłat za parkowanie w niedziele;
  • 22 lutego, po protestach dotyczących wydzierżawienia kościelnej kamienicy spółce deweloperskiej i planom wybudowania hotelu w centrum Kazimierza prezydent zapowiedział punktową zmianę planu zagospodarowania przestrzennego;
  • 23 lutego skorygował ceny biletów miesięcznych, obniżając je o 10 złotych dla krakowian;
  • 24 lutego zapowiedział korektę Strefy Czystego Transportu;
  • 26 lutego ogłosił zabezpieczenie finansowania dla metra.

„150 tysięcy i stolica Polski wraca do Krakowa”

„Prezydent miasta, w którym pojawia się idea referendum, ma tylko dwa wyjścia. Albo odbiera to jako sygnał, że popełnił błędy – i to zarówno wprowadzając zbyt daleko idące rozwiązania oraz zaniedbując komunikację dotyczącą swoich decyzji – albo zamyka się w »oblężonej twierdzy« i dochodzi do wniosku, że mylą się wszyscy inni, tylko nie on” – napisał na Facebooku prezydent Alekander Miszalski.

„Debata dotycząca referendum w Krakowie to dla mnie sygnał, że poszliśmy o krok za daleko i nie poradziliśmy sobie z komunikowaniem naszej polityki. Tak, wiem, że popełniliśmy błędy. Teraz czas na wyciągnięcie wniosków” – zapowiedział.

Tyle że te, podejmowane z dnia na dzień, przełomowe decyzje, odbierane są przez wielu jako populizm. Internauci prześcigają się w pomysłach, co jeszcze może obiecać Miszalski, kiedy podpisów pod referendum będzie więcej. Klub Łukasza Gibały ironizował, że prezydent ogłosi budowę czwartej linii metra (dotychczasowe projekty mówią o dwóch). „Za 150 tysięcy podpisów stolica Polski wróci do Krakowa” – żartowali.

Olek walczy sam. Dlaczego premier macha ręką na Kraków?

Centrala niespecjalnie kwapi się, by pomagać prezydentowi Krakowa. Od rozpoczęcia kampanii referendalnej minął już ponad miesiąc. Do miasta w tym czasie ani razu oficjalnie nie przyjechał żaden prominentny polityk Koalicji Obywatelskiej.

O referendum nikt z centrali nawet nie wspomina. Taka taktyka mogłaby być zrozumiała, gdyby akcja zbierania podpisów szła wolno, a widmo referendum mało prawdopodobne. Dziś taka cisza zdaje się niezwykle wymowna.

Jedyną, i to nieudolną, próbą, rzucenia koła ratunkowego Miszalskiemu była warszawska akcja z metrem. Sam premier Tusk – który w czasie kampanii prezydenckiej przyjechał do Krakowa, by wesprzeć swojego człowieka – o referendum wypowiedział się zdawkowo. Raz, pod koniec ubiegłego tygodnia, złapany na korytarzach sejmowych przez dziennikarzy. „To pomysł PiS-u czy Konfederacji na rozróbę polityczną” – rzucił krótko premier Donald Tusk dodając, że „prezydent Miszalski na pełne nasze wsparcie”.

A jak jest naprawdę?

Z naszych informacji wynika, że Koalicja Obywatelska już skazała Aleksandra Miszalskiego na porażkę. Od miesięcy nie mają na niego żadnego realnego wpływu. I sami najchętniej zastąpiliby go kimś innym.

Jeszcze zanim widmo referendum przybrało na sile, w Krakowie głośno było o tym, że Koalicja Obywatelska miałaby wystawić Monikę Piątkowską na kandydatkę na prezydentkę. To senatorka KO, zaufana polityczka Tuska, wieloletnia pracownica krakowskiego magistratu jeszcze za rządów Majchrowskiego i była prezeska Izby Zbożowo-Paszowej.

Wybory 8 marca

Kiedy Tusk zdecydował o wystawieniu jej w wyborach uzupełniających do Senatu w miejsce Bogdana Klicha, krakowska Platforma niechętnie angażowała się w kampanię, głośno wyrażając swoje niezadowolenie z powodu odebrania sprawczości lokalnym działaczom.

W ostatnich dniach zaczęto mówić o tym, że Koalicja Obywatelska widziałaby Bogdana Klicha na miejscu nowego prezydenta miasta.

Nazwisko obecnego chargé d’affaires w Waszyngotnie od kilku lat przewija się w koncepcjach platformerskiego prezydenta Krakowa. Sam Klich zdementował jednak te pogłoski, a Szczęsny Filipiak, szef krakowskich struktur KO, mówi: „Uważam, że te nazwiska i plotki pojawiają ze strony naszych politycznych oponentów. Po to, by rozbić naszą jedność”.

Miszalski z niepewnym uśmiechem w tłumie
Wieczór wybory Alekandra Miszalskiego (w centrum). Po jego lewej - Bogdan Klich. Fot. Konrad Kozłowski / Agencja Wyborcza.pl

W najbliższą niedzielę, 8 marca, w Koalicji Obywatelskiej odbywają się wewnętrzne wybory lokalne. KO już dogadała się, że nie będzie wystawiać żadnego kontrkandydata dla Miszalskiego, szefa małopolskich struktur. Po to, by oficjalnie nie osłabiać jego pozycji, nie podkopywać go.

Sam prezydent zrezygnował z udzielania wywiadów, pojawia się jedynie na konferencjach prasowych. Referendum – bez względu na jego finał – jest dla Aleksandra Miszalskiego fatalne, może oznaczać jego polityczny koniec.

W jaką grę gra premier?

Prof. Marek Bankowicz (UJ): "Jeśli do referendum by nie doszło, pan prezydent może odetchnąć z ulgą. Dokończy prezydenturę, ale trudno sobie wyobrazić, by druga połowa jego kadencji była odważna. Spodziewam się niestety bardzo ostrożnej, może nawet populistycznej polityki, obliczonej na niewywoływanie większych emocji wśród mieszkańców.

Nawet jeśli formalnie fiasko referendum byłoby przedstawiane jako nieudany polityczny odwet środowisk prawicowych. Podobnie, jeśli do referendum by doszło, ale okazało się ono niewiążące.

To trudne sytuacje dla samorządowców, bowiem do urn idą osoby najbardziej zdeterminowane. Prezydent nie będzie chciał grać na wysoką frekwencję, więc prawdopodobnym jest, że w referendum weźmie udział mniej niż 158 tysięcy osób. Wtedy Aleksander Miszalski zachowa stanowisko – ale jego oponenci będą snuć narrację o wysokim wskaźniku braku poparcia, co również nakaże prowadzić mu bardzo defensywną politykę. To będzie słaba prezydentura" – wskazuje politolog.

Jak mówi w rozmowie z OKO.press, jedyną nadzieją dla prezydenta byłaby mała frekwencja referendalna przy jednoczesnym wysokim poparciu dla Miszalskiego – co jest opcją mało prawdopodobną. Albo ważne referendum, w którym większość krakowian daje mu mandat do dalszej prezydentury.

„Taki scenariusz mógłby go politycznie wzmocnić, choć mówimy tu raczej o political fiction”

- komentuje politolog.

I dodaje, że jest to politycznie trudny scenariusz, bo „referenda odwoławcze są ekstraordynaryjne, organizowane wtedy, gdy włodarz absolutnie nie nadaje się do swojej pracy i dalsze utrzymywanie go na stanowisku naraża samorząd na ogromne szkody. To nie jest ten przypadek. Aleksander Miszalski popełnił wiele błędów, ale żaden z nich nie był na tyle poważny, by musieć odwoływać go w połowie kadencji” – podnosi politolog.

Pytany o milczenie centrali partii mówi: „Pomoc dla Miszalskiego ze strony zarządu krajowego i władz KO powinna być szybsza, mocniejsza. Mało prawdopodobna wydaje mi się sytuacja, w której pan premier rzeczywiście nie dostrzega istoty problemu albo tak bardzo koncentruje się na polityce krajowej, że na nic innego nie ma już czasu. Bardziej skłaniałbym się ku tezie o wewnętrznych walkach polegających na tym, że Aleksander Miszalski osobiście nie ma w swojej partii dostatecznego wsparcia” – mówi nam Bankowicz.

Gdzie sojusznicy? Obrażeni

Dla Koalicji Obywatelskiej najlepszy scenariusz to taki, w którym dochodzi do odwołania prezydenta, ale nowe wybory i tak wygrywa Koalicja. Najprawdopodobniej z innym kandydatem.

„To byłaby okazja do zmiany polityki, wyciągnięcia wniosków i bardziej przemyślanego działania na ostatniej prostej przed wyborami parlamentarnymi, kluczowymi dla KO” – wskazuje Bankowicz. Dla tej tezy znajduję potwierdzenia w politycznych kuluarach.

Nie jest tajemnicą, że Nowa Lewica kompletnie nie angażuje się w ratowanie prezydenta, z którym szli do wyborów w Krakowie z jednej listy. Stoją za tym personalne animozje i spór o stołek wiceprezydenta, na którego chrapkę mieli starsi działacze lewicy w mieście. Miszalski wybrał jednak Marię Klaman, która oficjalnie nie należy do Nowej Lewicy, jest nawet uznawana za polityczkę PO.

Jak słyszymy, centralne kierownictwo Nowej Lewicy liczy, że dzięki referendum w Krakowie będzie możliwe nowe rozdanie. Z kimś, z kim Włodzimierz Czarzasty byłby w stanie się dogadać.

Miszalski wydaje się osamotniony na referendalnej wojnie. Czy więc to polityczny koniec tego młodego polityka, który wyśnił sobie energiczną prezydenturę rodem z Tik-Toka? Jego żartobliwe filmiki, np. z tańcem na dachu magistratu, nie pomogły w zdobywaniu poparcia.

@olekmiszalski Kraków aura farming, bo czego nie zrobisz, by pokazać piękno Krakowa :heart: #krakow #kraków #aura #farming #aurafarming ♬ original sound – hallow

PiS straszy. Na jednym referendum się nie skończy

„Akcja referendalna nie jest wymierzona w rząd, czy w Donalda Tuska. To akcja lokalna, krakowska. Napędza nas wiara w konieczność zmiany personalnej. Nie oglądamy się na to, kto ma, a kto nie ma władzy w całym kraju. Chcemy aby nasze miasto było dobrze zarządzane i godnie reprezentowane. Tylko tyle i aż tyle” – twierdzi Jan Hoffman, inicjator referendum.

Innego zdania zdaje się jednak być jego nowe polityczne otoczenie. „Odwołanie Miszalskiego w Krakowie może pociągnąć za sobą całą serię referendalnych wyborów” – pisał poseł PiS Ryszard Terlecki w felietonie pt. „Referendum coraz bliżej”, opublikowanym na portalu Kurier Krakowski, na który powołuje się Magdalena Kursa w „Gazecie Wyborczej”.

Terlecki zdradził także, że w Gdańsku przygotowania do referendum są już zaawansowane. „Przeciwnicy obecnej władzy z uruchomieniem akcji czekają na wynik konfrontacji w Krakowie”.

W podobnym tonie wypowiada się Konrad Berkowicz z Konfederacji: „Miszalski wczoraj [tj. 26 lutego – przyp.red.] w Sejmie był przerażony. Z desperackim spojrzeniem bredził coś o 10 miliardach na metro w Krakowie. On wie, że już w czerwcu się z nim żegnamy i kończymy ten żart, jakim była jego prezydentura w tym mieście. A już po Krakowie to samo robimy z Platformą w całej Polsce”.

Jak pisaliśmy na łamach OKO.press, skuteczne referendum odwoławcze jest w Polsce dużą rzadkością. Analitycy portalu mamprawowiedziec.pl podliczyli, że w latach 2006-2024 w Polsce włodarza próbowano odwołać 284 razy. 242 razy nie udało się zebrać wystarczającej liczby głosów, by referendum uznać za wiążące. Kiedy do niego doszło, w miażdzącej liczbie władza była udwoływana, jak np. przez rokiem w Zabrzu, kiedy odwołano Agnieszkę Rupniewską z KO. Wygrać referendum udało się tylko Jackowi Karnowskiemu, prezydentowi Sopotu.

Jeśli okaże się, że spośród przeszło 100 tysięcy zebranych podpisów, 58 tysięcy będzie ważnych, dojdzie do rozpisania referendum w Krakowie. Samo głosowanie może odbyć się na przełomie maja i czerwca.

;
Na zdjęciu Angelika Pitoń
Angelika Pitoń

Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".

Komentarze