0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Krótko i na temat: najnowsze wiadomości z Polski i ze świata

Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny

Google News

11:36 07-07-2026

Prawa autorskie: Fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.plFot. Jacek Marczewsk...

Premier zapowiada pilne zmiany w ochronie zdrowia. Ale bez szukania kozłów ofiarnych

Premier Donald Tusk ogłosił, że w środę resort zdrowia i NFZ przedstawią propozycje zmian w systemie ochrony zdrowia. Chodzi m.in. o zarobki lekarzy i wycenę świadczeń. To reakcja rządu na aferę w Szpitalu Południowym

Co się wydarzyło

We wtorek 7 lipca podczas posiedzenia rządu premier Donald Tusk zdementował medialne doniesienia o dymisji ministry zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy. „Chcę od razu państwa uprzedzić, a niektórych uspokoić. Moim zadaniem jako premiera rządu nie jest szukanie kozłów ofiarnych” – mówił Tusk.

„Ci, którzy odpowiadają za konkretne sytuacje w konkretnych szpitalach, będą odpowiadać – niektórzy przed wymiarem sprawiedliwości. Będziemy ten proces kontroli i egzekucji przepisów prawa i przyzwoitości kontynuować” – zadeklarował jednak szef rządu.

Premier zapowiedział, że w środę rząd przedstawi propozycje zmian w ochronie zdrowia, nad którymi przez ostatnie kilkadziesiąt godzin pracowali Ministerstwo Zdrowia i NFZ. Rozwiązania mają dotyczyć:

  • nieprawidłowości w systemie płac lekarzy,
  • wyceny świadczeń,
  • organizacji pracy szpitali.

Tusk podkreślił, że mimo iż część rozwiązań wymaga zmian ustawowych, wszystkie mają zostać wdrożone w trybie pilnym. „Nie będą to łatwe zadania i nie wszystkim się spodobają, ale nie ma odwrotu od tej drogi” – mówił szef rządu.

Jaki jest kontekst

Zapowiedź szefa rządu to próba rozminowania afery, która wybuchła po publikacjach portalu Zero.pl i Onetu na temat nieprawidłowości w funkcjonowaniu Szpitala Południowego w Warszawie. Najpierw dziennikarze Zero.pl ujawnili, że Dawid Kacprzyk, lekarz w trakcie specjalizacji, wcześniej związany z Koalicją Obywatelską, pracując jako koordynator, zarobił 1,6 mln zł w ciągu roku, bo dyżurował w szpitalu cztery tysiące godzin. W szpitalu miał również – według Zero.pl – za sprawą Kacprzyka funkcjonować „salonik VIP”, w którym poza kolejnością miały być przyjmowane osoby związane z warszawskimi strukturami KO. Następnie dziennikarze Zero.pl i Onetu opisali makabryczny proceder „handlu zwłokami”, którego we współpracy z zakładami pogrzebowymi miał się dopuszczać szef szpitalnego prosektorium. Nieprawidłowości w funkcjonowaniu szpitala wykryto znacznie więcej, ale nie chodzi tylko o jeden patologiczny przypadek skorumpowanej i źle funkcjonującej placówki.

Jak pisała w OKO.press Agata Kołodziej, tuż po wybuchu afery „Gazeta Wyborcza” przypomniała sprawę lekarza z Sosnowca, który w miejskim szpitalu przepracował w 2023 roku 4881 godzin. Odliczając dni wolne, wychodziło 20 godzin pracy dziennie. A NFZ, pytany o środki zaradcze, odpowiedział, że nie prowadził żadnych. Bo nie ma przepisów, które ograniczałyby liczbę przepracowanych godzin przez lekarzy na kontrakcie. Nie ma więc powodów do kontroli. A to wszystko dlatego, że w kraju jest deficyt lekarzy, a więc limitowanie godzin na kontraktach byłoby strzałem w kolano. Afera w Szpitalu Południowym jest więc elementem systemowego problemu. A dla rządzących jest to cios wizerunkowy, który może zaważyć na ocenie całej kadencji.

Przeczytaj także:

09:03 07-07-2026

Prawa autorskie: Fot. Igor IVANKO / AFPFot. Igor IVANKO / A...

Największy w historii atak na Moskwę? W co gra mer miasta?

430 ukraińskich dronów miało lecieć w nocy na Moskwę. Jej władze ogłosiły, że większość udało się zestrzelić daleko od miasta. Ale czy rzeczywiście Ukraińcy atakowali akurat Moskwę? Faktem jest jednak, że prezydent Zełenski zapowiedział Moskwie piekło. „Wkrótce”

Co się stało

Mer Moskwy Sobianin ogłosił nad ranem, że na Moskwę poszedł największy w historii atak dronowy. Nad samą Moskwą obrona miała zestrzelić 36 dronów, resztę na podejściu. W sumie atakujących Moskwę dronów zestrzelono 430. Czy są straty, Sobianin nie powiedział.

Tymczasem rosyjski MON ogłosił, że w nocy nad całą Rosją zestrzelono w sumie... 452 drony. Z tego komunikatu wynika, że w większości w ogóle nie leciały na Moskwę.

Sami Ukraińcy w oficjalnym komunikacie z trafień w nocy Moskwy w ogóle nie wymieniają. Jako sukces podają kolejne trafienie fabryki elektroniki do rakiet w Briańsku, mostów na Krymie i magazynów na zapleczu frontu w Rosji.

Reakcja mera Moskwy może być wyprzedzająca, bo miasto musi się szykować na ukraiński atak. Dzień wcześniej w wywiadzie dla „Financial Times” prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że wojna rosyjsko-ukraińska przeniosła się z lądu i morza w powietrze. „A w tej konfrontacji przestaje być ważne, czyje terytorium jest większe. W powietrzu już jesteśmy konkurencyjni” – powiedział.

„Kiedy nie sto, a tysiąc dronów będzie lecieć w kierunku Moskwy, [Putin] zrozumie” – powiedział Zełenski.

Według Zełenskiego psychologiczny wpływ zakrojonych na szeroką skalę ataków dronów na Moskwę i Petersburg, a także pogłębiające się problemy gospodarcze ostatecznie osłabią determinację Władimira Putina do kontynuowania wojny.

Jaki jest kontekst?

Uderzenia Ukrainy w głębi Rosji doprowadzają państwo Putina do coraz większych trudności. W oficjalnym przekazie prawie nie ma o tym mowy, ale niezależne doniesienia mówią o tworzących się wielogodzinnych i wielodniowych kolejkach po benzynę (na zdjęciu – kolejka w Moskwie 3 lipca). Wybuchają w nich awantury, dochodzi do prób kupowania bez kolejki przez osoby twierdzące, że reprezentują „władze”.

Na Krymie nie ma prądu, komunikacja półwyspu z Rosją kontynentalną zamiera. Ukraińcy trafili już wszystkie rosyjskie wielkie rafinerie naftowe.

Po poniedziałkowym ataku na największą rosyjską rafinerię, w Omsku, władze wprowadziły w obwodzie omskim racjonowanie paliwa. Gubernator Wołogdy poskarżył się publicznie, że na trasie zabrakło mu paliwa. Panika związana z ukraińskim ostrzałem doprowadziła wczoraj do ogłoszenia alarmu rakietowego w Nowosybirsku, ponad 3 tys. km od granicy z Ukrainą.

Rosyjska propaganda przeszła w tryb histeryczny. Nie tylko nie zapewnia już, że wkrótce problemy z paliwem się skończą. Ignoruje temat. Koncentruje się za to na opowiadaniu, jak straszliwie rosyjska armia razi Kijów. Bowiem ukraińska obrona nie ma rakiet do baterii Patriot (a jeśli ma, to „przeterminowane i niecelne”) i nie ma jak zestrzeliwać rakiet balistycznych uderzających w miasto.

Z kilkunastominutowych reportaży nadawanych w telewizji w głównych dziennikach dzień w dzień widz może odnieść wrażenie, że w Ukrainie nie ma już żadnych zapasów dronów i rakiet dalekiego zasięgu. Jakby cała ukraińska produkcja miała być skoncentrowana w Kijowie.

Bez odpowiedzi propagandowej zostaje więc pytanie, czym Ukraińcy strzelają w Rosję teraz.

Rosjanie zaczęli też niszczyć stacje benzynowe po ukraińskiej stronie, co też ma być formą „kary” dla Ukrainy. Ale przede wszystkim pocieszeniem dla rosyjskiego odbiorcy. Zniszczone stacje należały jednak do azerbejdżańskiej sieci i Baku złożyło oficjalny protest w MSZ. To, że Moskwa nie bierze pod uwagę takich konsekwencji, to kolejny dowód na to, że mamy do czynienia z paniczną reakcją.

Mer Sobianin, pogromca dronów?

Na tym tle reakcja mera Moskwy jest zastanawiająca. Po pierwsze — przyznał się do gigantycznego ataku na Moskwę, który chyba nie miał miejsca. Albo był atakiem „zwykłym” — bowiem dzień w dzień na Moskwę leci po kilkadziesiąt ukraińskich dronów.

W każdym razie mer skalę ataku zwiększył, doliczając do niego drony zestrzelone „w czasie podejścia”. Do tej pory takie drony rosyjski MON zaliczał do „zestrzelonych nad terytorium Rosji”.

Mer Sobianin, którego kremlinolodzy zaliczają do możliwych następców Putina, chwali się więc, że przynajmniej na razie panuje nad sytuacją. W przeciwieństwie do innych czynowników, którzy albo rozpaczają nad brakiem benzyny, albo wydają polecenia, by było lepiej — a lepiej od tego nie jest.

Ostatni raz Moskwa oberwała w ataku dronowym 18 czerwca. Trafiona została wtedy moskiewska rafineria. Od tego czasu nie ma doniesień o trafieniach w samej metropolii. Ukraińcy trafili jednak dwa centra komunikacji satelitarnej pod Moskwą i ośrodek łączności rosyjskiego wywiadu.

Przeczytaj także:

08:53 07-07-2026

Prawa autorskie: Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.plFot. Slawomir Kamins...

Szef kancelarii prezydenta na liście „wrogów Ukrainy”

Zbigniew Bogucki odpowiada, że jest wrogiem, ale proputinowskiej Rosji. „Żeby jednak to zrozumieć, niektórzy na Ukrainie musieliby stanąć w prawdzie historycznej oraz w prawdzie bieżących wydarzeń i wyleczyć się z antypolonizmu”

Co się wydarzyło

Ukraińska organizacja pozarządowa Centrum Myrotworeć uznała, że wypowiedzi szefa kancelarii prezydenta RP zagrażają suwerenności i integralności Ukrainy. Chodzi o komentarz Zbigniewa Boguckiego do projektu ustawy, na podstawie której ma powstać panteon ukraińskich bohaterów narodowych. „To jest ustawodawstwo państwa ukraińskiego, mają suwerenność i swobodę decyzji. W mojej ocenie, a przede wszystkim w ocenie pana prezydenta, ale myślę, że i olbrzymiej większości Polaków, sławienie Bandery, sławienie zbrodniarzy, którzy dopuścili się nieludzkich zbrodni ludobójstwa na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej, to nie jest kierunek do świata Zachodu, do świata cywilizacji, wspólnych wartości europejskich czy transatlantyckich” – ocenił Bogucki.

Dla ukraińskiej organizacji słowa o „Małopolsce Wschodniej” na opisanie dzisiejszych terenów ukraińskich było podstawą do uznania Boguckiego za „wroga państwa”.

„Nadal będę robił to, co dobre i słuszne, po prostu to, co ludzkie. Będę wspierał ludzi, którzy cierpią na Ukrainie przez ruskie hordy realizujące neoimperialistyczną politykę Putina. Jednocześnie będę nadal nazywał po imieniu ukraińskich szowinistów z UPA i OUN zbrodniarzami, którzy dokonali bestialskiego ludobójstwa na ludności cywilnej: dzieciach, kobietach i osobach starszych na Wołyniu oraz w Małopolsce Wschodniej” – skomentował tę decyzję Bogucki na platformie X. Dodał, że ziemie, o których mówi, są dziś „integralną częścią Ukrainy”.

Bogucki przypomniał, że jako wojewoda koordynował pomoc dla ukraińskich uchodźców na Pomorzu Zachodnim, a tuż po wybuchu wojny pojechał ze znajomymi do Ukrainy z transportem pomocy humanitarnej. Szef kancelarii prezydenta dodał, że jest wrogiem, ale proputinowskiej Rosji. „Żeby jednak to zrozumieć, niektórzy na Ukrainie musieliby stanąć w prawdzie historycznej oraz w prawdzie bieżących wydarzeń i wyleczyć się z antypolonizmu” – ocenił Bogucki.

Jaki jest kontekst

Ukraińska organizacja potraktowała słowa o Małopolsce Wschodniej analogicznie do kremlowskich zapędów, by Ukrainę nazywać Małorosją. Małopolska Wschodnia to jednak tylko termin historyczny, używany w dwudziestoleciu międzywojennym w odniesieniu do regionu obejmującego województwa lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie. Nikt w Polsce powszechnie nie używa tego określenia, żeby podważyć suwerenność Ukrainy. Widać jednak wyraźnie, że spór o historię i ukraiński nacjonalizm, coraz bardziej eskaluje.

Warto zaznaczyć, że „lista wrogów” Ukrainy, tworzona od 2014 roku przez Centrum Myrotworeć, to kontrowersyjna inicjatywa także w samej Ukrainie. Za publikowanie danych osobowych w takiej formule krytykowały go organizacje działające na rzecz praw człowieka. Pod każdym wpisem znajduje się bowiem następująca deklaracja: „Centrum Myrotworeć zwraca się do organów ścigania z prośbą o potraktowanie niniejszej publikacji na stronie internetowej jako oświadczenia, że ​​obywatel ten dopuścił się umyślnego czynu godzącego w bezpieczeństwo narodowe Ukrainy, pokój, bezpieczeństwo ludzkości i międzynarodowy porządek prawny, a także innych przestępstw”.

Przeczytaj także:

08:02 07-07-2026

Prawa autorskie: Fot. Marcin Stepien / Agencja Wyborcza.plFot. Marcin Stepien ...

Błaszczak: Nie należy przekazywać uzbrojenia Ukrainie

„To, co należało już zrobić, zrobiliśmy” – mówi szef klubu PiS Mariusz Błaszczak, pytany o donacje na sprzęt wojskowy dla Ukrainy.

Co się wydarzyło

W latach 2022-2023 Polska przekazała Ukrainie sprzęt wojskowy o wartości 15 mld zł. Wtedy rządziła Zjednoczona Prawica, dla której wsparcie Kijowa, broniącego się przed rosyjską agresją, było kwestią racji stanu. Dziś Prawo i Sprawiedliwość radykalnie zmieniło zdanie, skręcając w stronę skrajnej prawicy.

7 lipca na antenie Polsat News, szef klubu PiS i były szef MON Mariusz Błaszczak, pytany o to, czy Polska nadal powinna przekazywać uzbrojenie Ukrainie, odpowiedział, że nie. „Myślę, że w tej sytuacji, w której się znaleźliśmy — nie, ze względu na to, że to, co należało zrobić, już zrobiliśmy” – odparł Błaszczak.

Jak dodał, ewentualnie Polska mogłaby wysyłać Ukrainie stary postsowiecki sprzęt. „Jeszcze trochę tego sprzętu zostało. Taki sprzęt rzeczywiście, na przykład MiGi-29, można przekazać. Nie mamy części do tych samolotów. A więc żeby uniknąć kosztów utylizacji, to taki sprzęt można przekazać na Ukrainę. Ale nie pociski do systemu Patriot” – mówił Błaszczak.

Jaki jest kontekst

W ten sposób Błaszczak nawiązał do dyskusji, którą wywołał Krzysztof Bosak. Lider narodowego skrzydła Konfederacji jako pierwszy zarzucił polskiemu rządowi, że przekazując Ukrainie pociski rakietowe PAC-3 do systemu Patriot, osłabił zdolności obronne kraju. Do tej przepychanki szybko dołączyli politycy PiS.

W odpowiedzi na krytykę wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz odtajnił wartość udzielonej pomocy wojskowej od początku pełnoskalowej wojny. Jak już pisaliśmy, w latach 2022-2023 rząd Mateusza Morawieckiego wsparł Ukrainę sprzętem o wartości 15 mld zł. Chodzi m.in. czołgi T72, PT-91 i Leopard 2A4; transportery opancerzone i bojowe wozy piechoty Rosomak, BRDM i BWP-1; sprzęt artyleryjski: AHS KRAB, 2S1 Goździk, BM21, moździerze 120mm i 60mm; bezzałogowe statki powietrzne Warmate i FlyEye.

Od 2024 roku wartość pomocy spadła i to znacząco. W ciągu 2,5 roku wyniosła 1,55 mld zł, natomiast wśród przekazanego sprzętu faktycznie znalazły się pociski Patriot. Jak pisał w OKO.press Michał Piekarski, wspieranie wysiłków Ukrainy w walce z Rosją, jest osłabianiem Kremla, a więc redukcją zagrożenia z jego strony. A każda decyzja o przyznaniu sprzętu, mimo że może wydawać się trudna do podjęcia, bo np. trzeba czekać na uzupełnienie zapasów, nie musi automatycznie oznaczać ograniczenia gotowości bojowej.

Jak przyznał Wołodymyr Zełenski, Ukraina ma dziś największy problem z rosyjskimi pociskami balistycznymi, którymi Kreml terroryzuje mieszkańców Kijowa. Do skutecznej obrony Ukrainie brakuje bowiem pocisków przechwytujących, szczególnie Patriotów. „To po prostu bezsensowne, że w dzisiejszym świecie produkcja wciąż nie została zwiększona do poziomu, który jest faktycznie potrzebny, aby chronić ludzi przed balistycznym terrorem” – stwierdził Zełenski przed szczytem NATO, który rozpoczyna się 7 lipca w Ankarze. „Od dawna udowadniamy, że jesteśmy w stanie sami produkować taką broń obronną. Gdyby Ukraina otrzymała amerykańskie licencje na produkcję systemów Patriot, nasza własna produkcja wystarczyłaby zarówno na ochronę Ukrainy, jak i na pomoc potrzebującym partnerom” – stwierdził Zełenski.

Przeczytaj także:

05:00 07-07-2026

Prawa autorskie: Foto WIN MCNAMEE / Getty Images via AFPFoto WIN MCNAMEE / G...

Trump przed szczytem NATO: „Putin czuje presję”

Trump przekonuje, że koniec wojny w Ukrainie jest bliżej, niż się wydaje, i chce rozmawiać z Zełenskim podczas szczytu NATO. Ale europejscy sojusznicy nie widzą przełomu i szykują plan wieloletniego wsparcia Kijowa – bez zaangażowania USA.

Co się wydarzyło?

Prezydent Donald Trump znowu twierdzi, że koniec wojny w Ukrainie jest „bliżej niż wielu sądzi”. Według niego ma o tym przesądzać to, że Putin „czuje presję” i, podobnie jak prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, ma chcieć zakończenia wojny. Sprawa ma być omawiana przez Trumpa z Zełenskim w środę 8 lipca podczas szczytu NATO w Ankarze.

„Myślę, że jesteśmy o wiele bliżej rozwiązania, niż ludzie sobie wyobrażają. Prezydent Putin chce, żeby to [wojna] się skończyło. Mówię to z całą stanowczością. Prezydent Zełenski także chce, żeby to się skończyło już teraz (…) Prowadzimy rozmowy, zobaczymy, czy uda się to zakończyć” – powiedział Trump podczas konferencji prasowej w poniedziałek 6 lipca w Białym Domu.

O tym, że podczas szczytu NATO w Ankarze prezydent Donald Trump chce podjąć kolejną próbę przyspieszenia rozmów w sprawie zakończenia wojny w Ukrainie, w niedzielę poinformowała agencja Reutera. Wysoki rangą przedstawiciel administracji USA, który rozmawiał z dziennikarzami anonimowo, przekazał, że zdaniem amerykańskiego prezydenta teraz jest dobry moment na rozmowy o tym, jak zakończyć tę wojnę.

„Linia frontu w ostatnich miesiącach wyraźnie się ustabilizowała, żadna ze stron nie robi dużych postępów. Prezydent bardzo chce spróbować to zatrzymać” – mówił przedstawiciel administracji USA.

Trump regularnie prowadzi też rozmowy z Władimirem Putinem. Ostatnia odbyła się w sobotę 4 lipca.

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow poinformował w poniedziałek 6 lipca, że przywódcy umówili się na kolejną „w najbliższym czasie”, sugerując, że do kolejnego kontaktu może dojść jeszcze w trakcie lub bezpośrednio po szczycie NATO.

Jaki jest kontekst?

Rozmowy pokojowe w sprawie wojny w Ukrainie prowadzone pod auspicjami Stanów Zjednoczonych nie przyniosły dotąd przełomu. Moskwa i Kijów pozostają daleko od porozumienia w sprawie warunków zawieszenia broni. Rosja, pod pozorem rozmów pokojowych, wciąż domaga się pełnej kapitulacji Ukrainy i jej politycznego podporządkowania Moskwie oraz dąży do aneksji wschodu Ukrainy, w tym tych części, których nie zdobyła wojskowo.

Deklaracje Trumpa o tym, że Putin chce zakończenia wojny, stoją także w sprzeczności z intensywnością rosyjskich ataków na Ukrainę. W nocy z 5 na 6 lipca Rosja przeprowadziła jeden z największych w ostatnim czasie zmasowanych ataków rakietowo-dronowych. Według ukraińskich władz Rosjanie wystrzelili 68 rakiet oraz 351 dronów. Zginęło 28 osób, a ponad 80 zostało rannych. Najmocniej ucierpiał Kijów, gdzie rosyjskie pociski uderzyły m.in. w budynki mieszkalne.

Był to kolejny tak duży atak w ciągu kilku dni. Wcześniejsze rosyjskie uderzenie na Kijów z 2 lipca było najkrwawszym atakiem na ukraińską stolicę w tym roku – zginęło w nim 31 osób, a ponad 100 osób zostało rannych. Organizacja Narodów Zjednoczonych ostrzega, że liczba ofiar cywilnych rosyjskich ataków rośnie wraz z coraz częstszym użyciem przez Moskwę rakiet dalekiego zasięgu i dronów.

Mimo deklaracji Trumpa, że zakończenie wojny jest coraz bliżej, europejscy członkowie NATO przygotowują się raczej na scenariusz długotrwałego wspierania Ukrainy. Podczas rozpoczynającego się we wtorek 7 lipca szczytu w Ankarze chcą wysłać sygnał, że pomoc dla Kijowa będzie kontynuowana niezależnie od prób negocjacji z Moskwą.

Sojusznicy mają zobowiązać się do przekazania Ukrainie w 2026 roku 70 mld euro w postaci sprzętu wojskowego, szkoleń i innego wsparcia oraz utrzymania co najmniej podobnego poziomu pomocy także w 2027 roku. Część pieniędzy ma pochodzić z już ogłoszonych zobowiązań poszczególnych państw oraz unijnego mechanizmu pożyczkowego przeznaczonego na inwestycje w ukraiński przemysł obronny i zakupy uzbrojenia. Stany Zjednoczone nie będą uczestniczyć w finansowaniu tego pakietu.

Jednocześnie – jak informował brytyjski dziennik „The Telegraph” – sama obecność Wołodymyra Zełenskiego podczas szczytu ma być mniej eksponowana niż w poprzednich latach. Ukraiński prezydent ma uczestniczyć w spotkaniu jako gość, ale w oficjalnej agendzie nie przewidziano jego przemówienia przed przywódcami państw NATO. Według „The Telegraph” ograniczenie roli Zełenskiego ma być próbą uniknięcia napięć z Trumpem.

Szczyt NATO relacjonujemy prosto z Ankary. Więcej relacji OKO.press:

Przeczytaj także: