Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Sejm po raz trzeci uchwalił ustawę o rynku kryptoaktywów. Prezydent Karol Nawrocki dwa poprzednie projekty zawetował. Teraz znów zdecyduje, czy Polska zdąży z regulacją rynku do końca czerwca.
Sejm uchwalił trzecią ustawę o rynku kryptoaktywów. Za przyjęciem przepisów głosowało 241 posłów, przeciw było 200.
Za przyjęciem projektu zagłosowali posłowie koalicji rządzącej, a także 4 posłów Razem oraz 5 niezależnych. Przeciwko byli wszyscy obecni na głosowaniu posłowie Prawa i Sprawiedliwości, Konfederacji, Konfederacji Korony Polskiej, koła Demokracja Pawła Kukiza oraz dwóch niezależnych. Ustawa trafi teraz do Senatu, a następnie – jeśli nie zostanie zmieniona – na biurko prezydenta Karola Nawrockiego.
To trzecia próba uregulowania rynku kryptowalut w Polsce. Prezydent dwa poprzednie projekty zawetował (pierwszy 1 grudnia 2025, drugi 12 lutego 2026), argumentując, że przepisy tworzą nadmierne bariery dla branży, przewidują zbyt wysokie opłaty nadzorcze i dają KNF zbyt daleko idące uprawnienia, m.in. możliwość blokowania domen.
W pracach nad trzecią wersją ustawy Sejm odrzucił łącznie 39 poprawek, w tym 15 poprawek zgłoszonych przez ministra Zbigniewa Boguckiego z Kancelarii Prezydenta. Przyjęto tylko jedną poprawkę prezydencką: obowiązek przygotowania raportu o rynku kryptoaktywów przez ministra finansów i przewodniczącego KNF. Raport ma obejmować m.in. informacje o podmiotach działających na rynku, nadużyciach, postępowaniach oraz kosztach nadzoru.
Nowa ustawa jest w większości podobna do poprzednich, zawetowanych przez prezydenta. Różni się przede wszystkim zaostrzeniem kar za naruszenia na rynku kryptoaktywów. Projekt przewiduje m.in. grzywnę do 15 mln zł lub do trzech lat więzienia za wprowadzanie kryptoaktywów bez zgłoszenia KNF.
Zgodnie z przyjętym projektem, to KNF ma być organem nadzorującym rynek i uzyskać uprawnienia m.in. do kontroli podmiotów, żądania informacji, zawieszania ofert tokenów, zakazywania świadczenia usług i nakładania sankcji.
Kluczowe pytanie brzmi teraz, czy Nawrocki podpisze ustawę. Minister Zbigniew Bogucki sugerował w Sejmie, że odrzucenie większości prezydenckich poprawek może oznaczać kolejne weto.
Polska musi zapewnić stosowanie unijnego rozporządzenia MiCA, regulującego rynek kryptoaktywów w UE. Czas na przyjęcie krajowych przepisów wykonawczych upływa 30 czerwca 2026 roku. Chodzi m.in. o wskazanie krajowego organu nadzoru nad rynkiem kryptowalut – w Polsce ma nim być KNF – oraz określenie zasad nadzoru, sankcji i ochrony konsumentów.
Brak ustawy może oznaczać, że od 1 lipca 2026 r. krajowe firmy kryptowalutowe nie będą mogły legalnie działać, bo KNF nie będzie miała podstaw do wydawania wymaganych przez MiCA licencji. Eksperci ostrzegają, że nawet szybkie uchwalenie ustawy może nie uratować polskich podmiotów, bo procedura uzyskania licencji jest skomplikowana i KNF może nie zdążyć wydać zezwoleń przed końcem okresu przejściowego. Firmy z innych państw UE będą mogły natomiast świadczyć usługi w Polsce na podstawie licencji uzyskanych za granicą. Część polskich firm już wystąpiła o takie licencje w innych krajach.
Spór o regulację rynku krypto zaostrzyła afera Zondacrypto, firmy kryptowalutowej, której klienci zgłaszali problemy z wypłatą środków. Firma upadła w kwietniu 2026 roku, prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie. Poszkodowanych są już setki osób, a szacowane straty przekraczają 350 mln zł.
Zondacrypto to firma, która finansowała wydarzenia narodowo-konserwatywnej prawicy w Polsce i na świecie, a jak wynika z informacji polskich służb bezpieczeństwa przedstawionych przez premiera Donalda Tuska, źródła jej kapitału miały mieć związki z rosyjską mafią. Dziennikarka OKO.press Anna Mierzyńska wskazywała, że jeśli w Zondacrypto rzeczywiście znalazły się rosyjskie pieniądze, bardziej prawdopodobna od mafijnej inwestycji jest operacja rosyjskich służb, wykorzystujących przestępczą przykrywkę.
Skala problemu jest szersza niż jedna firma. OKO.press ujawniło raport Prokuratury Krajowej, z którego wynika, że w latach 2019–2025 prowadzono ponad 16 tys. postępowań dotyczących przestępstw z wykorzystaniem kryptowalut. Pokrzywdzonych było 57,5 tys. osób, a ich straty przekroczyły 2,3 mld zł. Raport wskazywał też, że kryptowaluty są wykorzystywane do oszustw inwestycyjnych, prania brudnych pieniędzy, obchodzenia sankcji i finansowania działań dywersyjnych.
Poprzednie weto Nawrockiego wywołało ostry spór polityczny. Prezydent twierdził, że ustawa zagraża wolnościom obywateli i może wypchnąć polskie firmy za granicę. Rząd odpowiadał, że brak regulacji chroni nieuczciwe podmioty, a klienci rynku krypto pozostają bez realnej ochrony. Premier Donald Tusk oceniał wówczas, że weto „źle wygląda” w kontekście afer, śledztw i politycznych powiązań branży kryptowalut.
Pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością, a prezydentem Karolem Nawrockim istnieje rozbieżność w stosunku do kryptowalut. W poniedziałek 11 maja PiS złożył w Sejmie projekt ustawy całkowicie zakazującej handel krytpowalutami.
Przeczytaj także:
Jeszcze tylko do jutra (16 maja) trwają konsultacje społeczne projektu zmian w Ustawie o ochronie przyrody, tzw. lex Romowicz. Propozycja budzi sprzeciw naukowców i organizacji społecznych, bo zakłada, że tworzenie nowych rezerwatów będzie zależne od zgody rad gmin. Podobna samorządowa blokada ćwierć wieku utrudnia powstawanie parków narodowych.
Jutro mija termin zgłaszania uwag do projektu zmian w Ustawie o ochronie przyrody, przedłożonego w połowie kwietnia przez posłów i posłanki Polskiego Stronnictwa Ludowego i Polski 2050. Projekt zakłada, że do powołania rezerwatu przyrody wymagana będzie zgoda rady gminy, na której terenie miałby powstać dany rezerwat. Lider projektu, podkarpacki poseł Polski 2050 Bartosz Romowicz twierdzi, że zmiana zdemokratyzuje proces powoływania rezerwatów przyrody.
Tymczasem naukowcy i społecznicy apelują o zgłaszanie krytycznych uwag do projektu, ponieważ – gdyby wszedł w życie – grozi on paraliżem tworzenia nowych rezerwatów przyrody, tej ścisłej, a przez to skutecznej, formy ochrony przyrody w naszym kraju.
W opublikowanej pod koniec kwietnia opinii na temat projektu zmian w Ustawie o ochronie przyrody – do którego przylgnęła już medialna nazwa lex Romowicz – Państwowa Rada Ochrony Przyrody zwraca uwagę, że „problem, który projekt rzekomo rozwiązuje, w praktyce nie istnieje: Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska już dziś prowadzą konsultacje społeczne i zbierają opinie gmin przed utworzeniem rezerwatu”.
PROP przestrzega przed powtórką z historii. Przepisy z 2000 r., które uzależniły tworzenie parków narodowych od zgody samorządów, „w praktyce sparaliżowały proces budowy sieci parków narodowych w Polsce". Zdaniem ekspertów projekt Romowicza grozi tym samym rezerwatom. Tę ocenę podzieliło też 404 naukowców, którzy w kwietniu zaapelowali do Marszałka Sejmu o nieprocedowanie projektu.
„Jesteśmy głęboko przekonani, że przyjęcie projektowanej nowelizacji doprowadzi do wieloletniego zahamowania rozwoju systemu ochrony przyrody w Polsce oraz do zniszczenia najcenniejszych zasobów przyrodniczych kraju” — napisali naukowcy w liście. Eksperci zwrócili także uwagę na to, że Polska ma zobowiązania unijne (Strategia Bioróżnorodności, Prawo o odbudowie przyrody), a projekt utrudniałby ich realizację.
W całej Polsce rezerwaty stanowią zaledwie 0,6 proc. powierzchni kraju, z kolei parki narodowe – 1,1 proc. Przyrodnicy mówią o potrzebie objęcia tymi formami ochrony przyrody 3 proc. powierzchni Polski.
Miesiąc temu posłowie PSL i Polski 2050 przedstawili projekt nowelizacji ustawy o ochronie przyrody, który miałby zmienić zasady tworzenia rezerwatów. Jak dotąd decyzję w tej sprawie podejmował Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska. Aczkolwiek w praktyce wygląda to bardzo różnie – wszystko zależy od lokalnych uwarunkowań i determinacji urzędników z RDOŚ.
Na Podkarpaciu proces tworzenia nowych rezerwatów idzie najmozolniej, jeśli porównać ten rejon z innymi województwami w Polsce. W Bieszczadach i na Pogórzu Przemyskim wciąż jest mowa o potrzebie utworzenia 22 rezerwatów przyrody, które zostały już pozytywnie zweryfikowane przez ekspertów. Jak dotąd jedyne obszary, które zostały tam powołane, to parę rezerwatów, na które zgodziły się już wcześniej miejscowe nadleśnictwa. Zdaniem przyrodników to za mało.
Tymczasem Bartosz Romowicz jest posłem Polski 2050 właśnie z Podkarpacia. Wcześniej był burmistrzem Ustrzyk Dolnych. Jego polityczna kariera była początkowo związana z Polskim Stronnictwem Ludowym. To w tych barwach bezskutecznie ubiegał się o fotel senatora. Szeregi ludowców zamienił na ugrupowanie Szymona Hołowni, co opłaciło mu się politycznie – otrzymał mandat poselski.
Zmiany w Ustawie o ochronie przyrody mają wyraźny podtekst polityczny i przedwyborczy. Zarówno PSL, jak i Polska 2050 uzyskują w sondażach notowania rzędu 1.5-3 proc., co zmusza oba ugrupowania do desperackich kroków. Jednym z nich dalsze rozbrajanie systemu ochrony przyrody w Polsce, pisał miesiąc temu w OKO.press Paweł Średziński.
Przeczytaj także:
O ile w przypadku PSL to podejście w ogóle nie dziwi, to Polska 2050 wyraźnie odchodzi od swojej pierwotnej narracji, która towarzyszyła temu ugrupowaniu jeszcze na początku jego politycznej drogi. Wtedy partia kreowała się na obrońców przyrody i zwolenników powoływania nowych form ochrony cennych terenów.
Tymczasem w Polsce istnieje system subwencji dla samorządów gwarantujący wypłatę pieniędzy gminom za tereny objęte ochroną. Podstawowa stawka wynosi 310 złotych za każdy hektar rezerwatu przyrody. W zależności od formy ochrony stosuje się różne przeliczniki: park narodowy to 200 proc. tej stawki, rezerwat – 100 proc., obszar Natura 2000 – 15 proc. Te dane nie przekonują jednak zwolenników samorządowej blokady dla rezerwatów.
W konsultacjach społecznych ws. projektu zmiany w ustawie można wziąć udział klikając w ten link.
Warszawa wycofuje patronat honorowy dla całego cyklu wydarzeń, w ramach którego odbyła się impreza w Wilanowie. Radny Jan Mencwel poinformował, że Łazienki Królewskie również odcinają się od planów firmy Awake Events.
Radni stowarzyszenia Miasto Jest Nasze poinformowali w ostatnich dniach, że firma Awake Events odpowiadająca za organizację imprezy CircoLoco na terenie Muzeum w Wilanowie planuje kolejne wydarzenia w Warszawie. Chodzi między innymi o Łazienki Królewskie oraz Agrykolę. Imprezy miałyby być objęte patronatem honorowym Prezydenta Warszawy, podobnie jak niesławne wydarzenie w Wilanowie.
W czwartek 14 maja miasto opublikowało oświadczenie, w którym poinformowano, że wycofano patronat dla firmy Awake Events Sp. z o.o. na cały cykl wydarzeń „Let’s make them care”, który zaplanowany był od maja do września w Warszawie. Dlaczego w ogóle go udzielono?
Miasto twierdzi, że firma deklarowała we wniosku, że cykl wydarzeń artystycznych ma na celu m.in. „budowanie emocjonalnej więzi młodych ludzi z warszawskim dziedzictwem kulturowym, rewitalizację społeczną historycznych przestrzeni, wsparcie ochrony zabytków oraz promowanie postaw troski, odpowiedzialności za wspólne dziedzictwo”. Organizatorzy mieli też deklarować współpracę z instytucjami kultury oraz Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków.
„We wniosku o patronat nad cyklem wydarzeń nie było informacji o tym, że w jego ramach planowane są np. imprezy masowe. Dlatego patronat prezydenta w ogóle nie obejmował imprezy Circoloco, której nazwa, termin ani opis nawet nie pada we wniosku. Organizatorzy wpisali tę imprezę w cykl i na tej podstawie w sposób niezasadny posługiwali się patronatem Prezydenta Warszawy, o czym organizator został poinformowany pisemnie jeszcze przed imprezą” – twierdzi miasto.
„W tej sytuacji pod znakiem zapytania stoi charakter kolejnych wydarzeń zaplanowanych ramach cyklu „Let’s make them care”, które mają się odbyć m.in. w Łazienkach Królewskich i parku Agrykola. Zaufanie do organizatora zostało podważone i dlatego podjęliśmy decyzję o wycofaniu patronatu honorowego nad tym cyklem” – czytamy w oświadczeniu.
Jan Mencwel, radny Warszawy, opublikował w mediach społecznościowych swoją korespondencję z przedstawicielami Łazienek Królewskich. Wynika z niej, że na terenie obiektu jednak nie odbędzie się wydarzenie z cyklu „Let’s make them care”.
9 maja w wilanowskim Muzeum, na trawniku przed pałacem, zorganizowano imprezę techno pod nazwą Circoloco dla 7 tys. osób. Impreza trwała do czwartej rano, a okoliczni mieszkańcy zgłaszali problem z nadmiernym hałasem. Organizator, firma Awake Events, nie wystąpiła o zezwolenie na odstępstwo od zasad chroniących siedliska i żyjące na tym terenie gatunki.
„Park Wilanowski to jest nie tylko park historyczny, ale także miejsce o szczególnych walorach przyrodniczych. Przeprowadzona w latach 2014-2016 inwentaryzacja ornitologiczna pokazała, że przebywa tam lub gniazduje około 90 gatunków ptaków. W tym także rzadkie i cenne ptaki, jak chociażby bączek, czyli najmniejsza polska czapla” – mówiła w rozmowie z OKO.press Monika Klimowicz-Kominowska z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków (OTOP), była pracowniczka Pałacu Wilanowskiego.
Hałas mógł wpłynąć na okolicznych mieszkańców, stan zabytków i przyrodę w rezerwacie. Z całą pewnością wpłynął też na stan trawnika przy pałacu. Impreza odbiła się szerokim echem w sieci, a komentarze na ten temat były przytłaczająco negatywne.
Ministerstwo kultury odcięło się od decyzji muzeum o udostępnieniu przestrzeni na festiwal. W czwartek 14 maja ministra kultury i dziedzictwa narodowego Marta Cienkowska poinformowała o odwołaniu Pawła Jaskanisa z funkcji dyrektora Muzeum Pałacu Króla Jana III Sobieskiego. Jaskanis pełnił swoją funkcję od 2002 roku.
„Powodem odwołania było złamanie przez dyrektora umowy w sprawie warunków organizacyjno-finansowych Muzeum oraz programu jego działania i naruszenie dobrego imienia instytucji. Pełniącym obowiązki dyrektora został Piotr Górajec, dotychczasowy zastępca dyrektora” – przekazał wiceminister kultury Maciej Wróbel.
Z kolei Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Warszawie złożyła już 13 maja zawiadomienie na policję ws. imprezy techno na terenie pałacu w Wilanowie: „Działanie organizatora wyczerpuje znamiona świadomego naruszenia procedur prewencyjnych wynikających z ustawy o ochronie przyrody, a także mogło doprowadzić do naruszenia zakazów obowiązujących w rezerwatach przyrody i wobec gatunków objętych ochroną”.
RDOŚ w przypadku skierowania wniosku do sądu, zadeklarował gotowość występowania jako oskarżyciel posiłkowy.
Przeczytaj także:
Ukraina sprowadziła do domu 205 jeńców z rosyjskiej niewoli. To pierwszy etap wymiany 1000 za 1000 z Rosją. Wśród uwolnionych żołnierzy znajdują się żołnierze, sierżanci i oficerowie, którzy bronili Mariupola, Azowstali i wielu rejonów frontu od 2022 roku.
Po tygodniu od ustaleń, dzięki którym Putin mógł bez obaw przeprowadzić swoją defiladę na „dzień zwycięstwa”, zaczęła się wymiana jeńców. Ukraina 8 maja zgodziła się na rozejm z powodu defilady i wstrzymała ostrzał Moskwy pod warunkiem uwolnienie swoich żołnierzy. We wcześniejszych rozmowach była mowa o wymianie 500 na 500, ale Ukraina podniosła stawkę do tysiąca.
„To pierwszy etap wymiany 1000 za 1000” – napisał 15 maja prezydent Zełenski na Telegramie.
Według strony ukraińskiej 193 z 205 uwolnionych Ukraińców było w niewoli od 2022 r., wielu trafiło tam po upadku Mariupola i Azowstali. Długość pobytu w niewoli była kluczową zasadą przy tworzeniu list wymiany „1000 za 1000”.
Jest to 74. wymiana więźniów od początku pełnoskalowej inwazji Rosji.
Rozejm „na defiladę” Moskwa usiłowała wymóc na Ukrainie, grożąc „zmasowanym atakiem rakietowym na centrum Kijowa”. Ukraina się nie ugięła. Ustąpiła dopiero po mediacji Trumpa, żądając w zamian za rozejm wolności dla swoich obrońców.
Trump miał nadzieję, że do wymiany dojdzie jeszcze w poprzedni weekend. Rosja jednak zwlekała, zwalając winę na skomplikowany proces ustalania list. Obie strony przekazywały je Amerykanom.
Zwlekając z wymianą, Moskwa zaczęła krwawy ostrzał Kijowa. Nie nazywa „zmasowanym”, mimo że jest to największy atak na stolicę Ukrainy pod względem liczny użytych dronów. Moskwa zrobiła więc wszystko, by wymiana jeńców nie wyglądała na ustępstwo z jej strony.
Przeczytaj także:
W dzielnicy Darnyckiej w Kijowie zakończyła się akcja poszukiwawczo-ratownicza. 14 maja rosyjski pocisk zrównał z ziemią 9-piętrowy blok mieszkalny. 24 osoby zginęły, w tym troje dzieci, 48 zostało rannych.
O zakończeniu akcji dziś, 15 maja rano poinformował Ihor Kłymenko, minister spraw wewnętrznych Ukrainy. Dodał, że trwała ona ponad 28 godzin.
„Ratownicy rozebrali ponad 3 tysiące metrów sześciennych zniszczonej konstrukcji budynku. Na chwilę obecną potwierdzono śmierć 24 osób, w tym 3 dzieci” – powiedział Kłymenko.
Witalij Kłyczko, mer Kijowa dodał, że wśród ofiar śmiertelnych jest 12-letnia dziewczynka oraz dziewczyny w wieku 15 i 17 lat.
Wskutek ataku 48 osób odniosło obrażenia. Wśród osób rannych jest dwoje dzieci. 24 osoby przebywają obecnie w szpitalach. Ratownikom udało się uratować 30 osób.
Po zakończeniu akcji poszukiwawczej jednostki Państwowej Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych Ukrainy przystąpiły do prac naprawczych.
Według ukraińskiego ministra prawie 400 osób otrzymało pomoc od psychologów Państwowej Służby Ratowniczej i Policji Narodowej, którzy na miejscu tragedii udzielali porad i wsparcia poszkodowanym oraz ich bliskim.
„Dzisiaj w Kijowie ogłoszono dzień żałoby po ofiarach zmasowanego ataku Rosji z 14 maja. To ogromna strata dla miasta i dla całego kraju” – mówił minister.
Rano prezydent Wołodymyr Zełenski złożył hołd ofiarom w miejscu zniszczonego przez rosyjską rakietę budynku w Kijowie.
„Składam szczere wyrazy współczucia wszystkim, którzy stracili swoich bliskich w wyniku tego okrutnego terroru” – napisał w mediach społecznościowych. „Świat musi pamiętać, jaką cenę codziennie płaci Ukraina, aby rosyjska agresja nie rozprzestrzeniła się na inne narody. Wieczna pamięć dla wszystkich, których życie odebrała Rosja”.
W nocy z 13 na 14 maja Rosja przeprowadziła jeden z największych ataków na Ukrainę. Siły Powietrzne Ukrainy poinformowały, że w nocy Rosjanie wystrzelili w kierunku Ukrainy 56 pocisków i 675 dronów uderzeniowych. Nie wszystkie udało się strącić. Odnotowano uderzenia 15 rakiet i 23 bojowych bezzałogowców w 24 lokalizacjach, a także upadki odłamków zestrzelonych dronów w 18 lokalizacjach.
Głównym celem ataku była stolica Ukrainy. Wskutek ataku w Kijowie zostały uszkodzone budynki mieszkalne i infrastrukturę cywilną w kilku dzielnicach miasta. W dzielnicy Darnyckiej pocisk uderzył w wielopiętrowy blok mieszkalny, zawaliła się część budynku. Ratownicy szukali ponad 20 osób pod gruzami.
Przeczytaj także: