Po wyborach na żywo. Tutaj znajdziesz najważniejsze informacje. 11 listopada okazją do politycznych oświadczeń. Tusk o pojednaniu, Duda o tym, że trzeba uważać na sojusze, Kaczyński o niemieckiej partii Tuska
Według twórców podcastu Onetu „Stan wyjątkowy” Mateusz Morawiecki zapewnia swoją partię, że dogadał się z sześcioma posłami opozycji.
Tymczasem wrocławski dodatek „Gazety Wyborczej” donosi, że liście potencjalnych koalicjantów PiS są przede wszystkim posłowie opozycji debiutujący w Sejmie. Według anonimowego polityka KO PiS próbuje przeciągnąć na swoją stronę m.in. Annie Sobolak z KO, wcześniej radnej powiatu wrocławskiego. Sama Sobolak tym plotkom zaprzecza:
- Nie miałam jeszcze żadnych propozycji od PiS, ale słyszałam już w sejmowych kuluarach, że mogą być. (…) Ja mam twardy kręgosłup i nie mają co liczyć na zgodę z mojej strony. Nie wydaje mi się, by cokolwiek uzyskali nawet z posłami o potencjalnie mniej twardych kręgosłupach – mówi „Wyborczej” Anna Sobolak.
Gdyby PiS-owi udałoby się przekonać do siebie sześciu posłów, do zdobycia większości brakowałoby mu 31 osób. Nawet jeśli na koalicję zgodzili się wszyscy z 18 posłów Konfederacji, do większości wciąż byłoby daleko.
Tymczasem według Joanny Scheuring-Wielgus z Nowej Lewicy niektórzy z debiutujących posłów PiS prowadzą rozmowy o wejściu do klubów partii opozycyjnych.
– Niech oni się przyznają, ilu posłów i posłanek z PiS, którzy weszli po raz pierwszy do Sejmu, rozmawia z nami, żeby przejść do nas. (...) Ktoś wchodzi na tonący statek i nie chce tam być, bo wszyscy wiedzą, że większość demokratyczna wygrała – mówiła Scheuring-Wielgus w Polsat News.
Polskę stać na zwiększenie wydatków, bo mamy niski poziom zadłużenia i duże możliwości zwiększenia dochodów państwa. Nowy rząd nie powinien bać się długu – mówi OKO.press ekonomista prof. Marcin Piątkowski
Zachęcamy do lektury wywiadu OKO.press z prof. Marcinen Piątkowskim, ekonomistą, autorem książki „Złoty wiek. Jak Polska została gospodarczym liderem Europy”.
Przeczytaj także:
Prof. Piątkowski przestrzega w nim polskie władze przed pójściem drogą Niemiec, które „wpadły w ideologiczną pułapkę fiskalnego fundamentalizmu”. A ta doprowadziła do „fiskalnej anoreksji”.
„Niemcy doszły do wniosku, że ważniejszy jest niższy poziom długu niż inwestycje w przyszłość. Płacą za to dziś dużą cenę. Wydają na inwestycje publiczne 2 proc. swojego PKB, czyli w proporcji do PKB połowę tego, co Polska i jedną dziesiątą tego, co Chiny. Mają dzięki temu niski poziom zadłużenia, około 60 proc. PKB, ale również coraz bardziej zacofaną infrastrukturę” – mówi prof. Piątkowski w rozmowie z Adamem Leszczyńskim.
Jak uniknąć tej pułapki?
Ekonomista przekonuje, że należy podwoić stopę inwestycji publicznych w stosunku do PKB.
„Inwestujemy tylko 4 proc. PKB. Chińczycy w tym samym czasie inwestują proporcjonalnie pięć razy tyle. Korea, Tajwan, Singapur, jak doganiały Zachód, inwestowały dwa razy tyle w stosunku do PKB niż my teraz. Na inwestycje publiczne rozumiane szeroko, nie tylko w autostrady, koleje i szybkie tramwaje, które oczywiście by się nam wszystkim przydały, ale też w digitalizację, w naukę, w innowacje i w ochronę zdrowia. To są tak samo źródła rozwoju i konkurencyjności jak nowe autostrady!” – mówi OKO.press prof. Piątkowski.
Według niego Polskę stać na zwiększenie wydatków, bo mamy niski poziom zadłużenia (trochę ponad połowę średniej unijnej) i duże możliwości zwiększenia dochodów państwa. „Choćby przez zlikwidowanie wielu przywilejów podatkowych, zwiększenie progresywności podatkowej czy wprowadzenie np. tymczasowej składki na obronę” – wylicza ekonomista.
Ale inwestycje to nie wszystko. Musimy też zniwelować niski wskaźnik dzietności i zadbać o zmniejszenie nierówności społecznych.
„Potrzebna jest też mądra imigracja, na przykład przyjęcie 500 tys. zagranicznych studentów i zachęcenie co najmniej 100 tys. rocznie z nich do pozostania z nami. Oraz oczywiście inkluzywność. Dlatego że rozwój nie ma sensu moralnego i społecznego, jeśli nie przekłada się na wzrost prosperity całego społeczeństwa. Wysokie nierówności są też szkodliwe dla wzrostu” – tłumaczy prof. Piątkowski.
„Kaczyński chce jak najszybciej wybrać nowego sekretarza generalnego partii, by ten uporządkował PiS w terenie przed wiosennymi wyborami samorządowymi” – pisze w „Gazecie Wyborczej” Agnieszka Kondzińska.
Dotychczasowy sekretarz generalny Krzysztof Sobolewski po wyborach podał się do dymisji, biorąc na siebie winę za porażkę PiS. Według „Wyborczej” do jego stanowiska przymierzane są trzy postaci.
Pierwsza to Piotr Milowański, dotychczasowy zastępca Sobolewskiego. Ma jednak poważne wady: „jest zbyt wycofany, nie jest posłem, nie poprosi o tę funkcję i nie będzie robił w partii kampanii dla siebie” – pisze Kondzińska.
Kolejny kandydat to Paweł Szefernaker, wychowanek Joachima Brudzińskiego, który był sekretarzem generalnym przed Sobolewskim. Szefernaker pełnił funkcję wiceministra spraw wewnętrznych nadzorował pracę wojewodów. A to ważny atut: dzięki tej funkcji poznał ludzi w terenie.
W partii mówi się też o Zbigniewie Hoffmanie, ministrze z Kancelarii Premiera, byłym wojewodzie wielkopolskim. Jego atutem jest przeszłość w Porozumieniu Centrum, bliska znajomość z Mariuszem Błaszczakiem i Jarosławem Kaczyńskim.
Sekretarza generalnego PiS wybierze rada polityczna partii, składająca się m.in. z szefów okręgów, posłów, senatorów i europosłów.
Polecamy wywiad OKO.press z Kamilą Ferenc, prawniczką Fundacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (FEDERA). W rozmowie z Magdaleną Chrzczonowicz kreśli powyborcze scenariusze ukształtowania prawa dotyczącego aborcji. Jak powinny wyglądać w idealnym świecie, a na co możemy liczyć w najbliższych miesiącach? Przeczytajcie:
Przeczytaj także:
Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów Iustitia, udzielił wywiadu Onetowi, w którym zaprezentował plan odnowy wymiaru sprawiedliwości.
Pierwszy z postulatów Iustitii to usunięcie ze stanowisk rzeczników dyscyplinarnych powołanych przez ministra sprawiedliwości. Piotr Schab Przemysław Radzik i Michał Lasota mieliby też odpowiadać karnie za szykanowanie sędziów sprzeciwiających się reformom Zbigniewa Ziobry.
- Oni ewidentnie, nie raz i nie dwa, przekraczali swoje uprawnienia, czyli popełniali przestępstwa z art. 231 Kodeksu karnego. Mówiąc wprost, systemowo prześladowali tych sędziów, którzy pamiętali, czym jest niezależność od władzy – mówił Onetowi Markowski.
Według Iustitii są też możliwe zmiany w kluczowych dla wymiaru sprawiedliwości organach i to bez zgody prezydenta. Upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa miałaby być unieważniona uchwałą Sejmu. W podobny sposób Sejm miałby unieważnić powołanie tzw. dublerów, czyli trzech sędziów Trybunału Konstytucyjnego powołanych przez PiS na zajęte już miejsca.
- Za takim ruchem Sejmu stoi obowiązek polskiego państwa wykonania wyroków Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i przywrócenia stanu zgodnego z prawem – uzasadniał Markiewicz.
Na miejsce dublerów mieliby trafić sędziowie powołani przez posłów koalicji PO-PSL w 2015 r. W sprawie pozostałych sędziów TK niedługo ma wypowiedzieć się Trybunał Sprawiedliwości UE.
- I być może wyrok TSUE wskaże nam drogę postępowania. Tak, jak wskazał nam wobec Sądu Najwyższego – mówił Markiewicz.
A co z wyrokami wydawanymi przez sędziów powołanych przez neoKRS i z samymi sędziami? Sędzia Markiewicz zapewniał, że wznowienie postępowań będzie możliwe tylko w indywidualnych wypadkach. Sędziowie powołani przez neoKRS stracą jednak swoje stanowiska i wrócą do wcześniej zajmowanych funkcji.
Prezes Iustitii nie wyjaśnił, jak w tej sytuacji sądownictwo ma poradzić sobie z brakami kadrowymi. Dr Marcin Szwed w tekście dla OKO.press zwracał uwagę, że prezydent Duda na wniosek neoKRS powołał 2270 sędziów. W tym 775 powołał na pierwsze stanowiska sędziowskie. Gdyby zostali usunięci z sądownictwa, najbardziej ucierpiałyby sądy rejonowe, w których pracuje 60 proc. nowych sędziów.