Przed II wojną, gdy Żydzi stanowili trzecią część społeczności, od połowy grudnia ruszała 8-dniowa Chanuka, potem katolickie Boże Narodzenie, a na finał prawosławna trzydniowa, celebra. Co z tego zostało w Bielsku Podlaskim?
6 stycznia, parterowy drewniany dom przy ulicy Żwirki i Wigury w Bielsku Podlaskim. „Wigilia zaczyna się od stołu, gdzie pod białym obrusem leży siano, a na nim prosfora – to u prawosławnych odpowiednik opłatka” – mówi siedemdziesięciopięcioletnia Halinka, która na co dzień mieszka tu sama. – „Na wigilijnym stole nie ma przypadkowych potraw. Każda z nich ma swoje znaczenie, a ich liczba jest związana z kalendarzem cerkiewnym”.
Doroteusz Fionik z Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach wspomina swoją Wigilię z dzieciństwa: „Odbywała się zawsze w domu dziadków – Krystyny i Gryszy Sidorskich. Dziadek przynosił do domu specjalnie przygotowany snopek niemłóconego żyta, który stawiał w kącie pod ikonami. Ten snopek w Studziwodach nazywa się host, gdzie indziej kolada. Podczas wigilii najważniejsze było samo spotkanie u dziadków i postne, niecodzienne potrawy”.
Prezenty? „Z dzieciństwa nie pamiętam – mówi – albo ich wcale nie było, a może dla dziecka nie miały takiego znaczenia, jak samo bycie razem z rodzicami i dziadkami przy jednym stole”.
Eliasz, dwudziestoletni syn Fionika, muzyk i animator kultury, skupia się na atmosferze Wigilii: „To dla mnie przede wszystkim okres ludzkiej bliskości. Zimowa aura sprawia, że chcąc nie chcąc trzymamy się bliżej siebie, żeby nie zamarznąć (jak pingwiny w stadzie). A jednocześnie święta Bożego Narodzenia zawsze były czymś tajemniczym”.
„Przyjadą dzieci z wnukami – dodaje Halinka – i przy stole zaśpiewamy kolędy”. Jakie? Halinka wchodzi na facebookową stronę Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach, gdzie Doroteusz niedawno udostępnił „Starobiałoruskie kolędy z Podlasia”. Niektóre z nich zostały wykonane przez lokalne zespoły śpiewacze przed 45 laty. Na jednym z takich nagrań w tle szczeka pies, ktoś do rytmu tupie w ziemię, słychać głuchy dźwięk, jaki wydaje zmrożone, pokryte śniegiem podłoże. Wtedy i teraz – Wigilia.
Właściwie nie 6 stycznia, a źle wyliczonego 24 grudnia. Kalendarz juliański, wprowadzony przez Juliusza Cezara w 45 r. p.n.e., opierał się na roku liczącym 365 dni i 6 godzin, co powodowało stopniowe opóźnienie względem rzeczywistego obiegu Ziemi wokół Słońca, trwającego 365 dni, 5 godzin, 48 minut i 46 sekund. Różnica narastała, osiągając w XVI w. 10 dni.
W 1582 r. papież Grzegorz XIII zreformował system, usuwając te dni i zmieniając reguły lat przestępnych: lata podzielne przez 100 nie są przestępne, chyba że podzielne przez 400. Dzięki temu obecny kalendarz gregoriański spóźnia się o jeden dzień co ok. 3300 lat, podczas gdy juliański – co 128 lat.
Choć niektóre Kościoły prawosławne nadal używają kalendarza juliańskiego, co oznacza, że ich Wigilia to 6 stycznia w gregoriańskim, a Boże Narodzenie – 7 stycznia.
Po ataku Rosji na Ukrainę w 2022 r., oba kalendarze nabrały wymiaru symbolicznego. 6 lutego 2023 r. Ukraińska Cerkiew Greckokatolicka ogłosiła decyzję o przejściu na kalendarz nowojuliański – zmodyfikowaną wersję juliańskiego, zgodną z gregoriańskim do 2800 r., z poprawionymi regułami przestępnymi.
Kościół Prawosławny Ukrainy również przyjął to rozwiązanie, ale tylko dla stałych świąt (Wigilia 24 grudnia), podczas gdy Wielkanoc pozostała według starego stylu. Zmianę tę przypieczętował prezydent Zełenski i 28 lipca 2023 r. podpisał ustawę przenoszącą święto Bożego Narodzenia na 25 grudnia i usuwającą stare daty z kodeksu pracy.
Spośród 75 proc. obywateli Ukrainy, którzy określają się jako „chrześcijanie”, tylko 15 proc. sprzeciwia się zmianie kalendarza, podczas gdy 50 proc. ją popiera, zaś pozostali są obojętni (dane za Centrum im. Razumkowa).
Polski Kościół Prawosławny jest autokefaliczny, niezależny od Rosji, więc nie powinno być takich emocji, jak na Ukrainie, gdzie problemem były nie tylko daty, ale też powiązania z Moskwą. Mimo to zmiany kalendarza również budzą wśród wiernych kontrowersje.
W Warszawie i dużych miastach jedni obchodzą Wigilię 24 grudnia, inni 6 stycznia. Dyskusje ożywiają media społecznościowe, np. pod postem cerkwi św. Cyryla i Metodego we Wrocławiu, gdzie odprawiano nabożeństwa wigilijne 24 grudnia, przeczytamy m.in.: „Miejmy nadzieję, że braciom z Ukrainy nie pomyliły się święta i nie przynieśli do świątyni koszyczków wielkanocnych” – pisze złośliwie jakiś wierny.
Ktoś pyta: „To prawosławie też z rzymskokatolicką w tym roku obchodzi Boże Narodzenie?”, ktoś odpowiada: „Prawosławie obchodzi zawsze 6 stycznia”, po czym kolejny internauta wyjaśnia: „W wyznaniu prawosławnym funkcjonują dwa kalendarze liturgiczne. Zależnie od kraju lub parafii jest to tzw. stary styl lub nowy styl. W tej parafii [tj. we wrocławskiej] Boże Narodzenie było świętowane 25 grudnia według nowego stylu”.
W Zgorzelcu prawosławny proboszcz apelował: „Część z nas świętuje w tym dniu Boże Narodzenie (według kalendarza nowojuliańskiego), a część pamięć św. Spirydona (wg kalendarza juliańskiego). Zapraszamy jednych i drugich. Kalendarz niech nie dzieli, Boska Liturgia niech nas łączy. Proszę o obopólną wyrozumiałość, niech ci co świętują według nowego stylu nie obrażają tych, co świętują według starego kalendarza, ci zaś niech nie wywyższają się nad tymi pierwszymi”.
Ale na Podlasiu, gdzie mieszka największa grupa prawosławnych – do 100 tys. osób (z ok. 450 tys. łącznie w Polsce) – jest inaczej. Tu kalendarz juliański to kwestia lokalnej tradycji, nie geopolityki.
Tylko nieliczni prawosławni mieszkańcy województwa podlaskiego zasiadali 24 grudnia do wigilii – głównie członkowie lokalnych społeczności ukraińskich. Przykładowo w Białymstoku tylko jedna cerkiew, św. Marii Magdaleny, odprawia wigilijne nabożeństwo 24 grudnia. Tradycja ta ma już kilkadziesiąt lat i w zamyśle msza była kierowana do rodzin mieszanych, prawosławno-katolickich.
Od niedawna także w Bielsku Podlaskim nieliczne społeczności, zwłaszcza utożsamiające się z ukraińską narodowością, obchodzą Wigilię 24 grudnia. Choć tu kalendarz nie budzi większych emocji.
Eliasz kolęduje w obu terminach: „To bez znaczenia czy ktoś jest tego, czy tego wyznania, ważne że razem śpiewa, raduje się”. Znamienne, że zwyczaje także dziś mieszają się, a więc żyją. „Noszenie ze sobą gwiazdy kolędniczej przenika z tradycji prawosławnej na katolicką, kiedyś w modzie były szopki, a teraz widzę więcej grup z gwiazdami” – mówi Eliasz.
Dlaczego tak jest – staje się jaśniejsze, kiedy uwzględnimy kontekst kulturowy i historyczny.
„Prawosławie na Podlasiu to nie import, lecz rdzenna część krajobrazu” – podkreśla Doroteusz. I faktycznie, w dorzeczach Narwi i Bugu właśnie ono było pierwszym Kościołem chrześcijańskim, kształtując lokalną kulturę w duchu cywilizacji bizantyjsko-słowiańskiej. Dlatego, kiedy w średniowieczu Polska rozwijała się pod wpływem chrześcijaństwa zachodniego, Podlasie – należące w większości do Księstwa Litewskiego – zamieszkiwała głównie ludność prawosławna.
Od XI w. region przyswajał zdobycze Zachodu, ale zachował wschodnie korzenie, z licznymi świątyniami i klasztorami. Szczególne znaczenie miało tu rozwinięte życie monastyczne, z fundacjami książąt ruskich (np. w Mielniku, Surażu, Drohiczynie). Szlachta bojarska, na wzór polskiej, stanowiła elitę lokalnej społeczności – lecz w odróżnieniu od Rzeczypospolitej, bojarzy wyznawali prawosławie, co dodatkowo umacniało pozycję Cerkwi.
Historia skomplikowała się w 1596 r., gdy Unia Brzeska połączyła część prawosławia z katolicyzmem, tworząc Kościół unicki. Wywołało to głębokie konflikty: opór prawosławnych, prześladowania (np. w Brześciu, gdzie unitów siłą włączano do nowej struktury), spory o majątki cerkiewne i podziały społeczności.
Po rozbiorach Rosjanie zlikwidowali unię w swoim zaborze już w 1839 r. Podobnie jak wcześniej włączano cerkwie prawosławne do unii na siłę, tak teraz próbowano je przemocą rozdzielić, forsując powrót do prawosławia. Kulminacją była rusyfikacja 1875 r., gdy m.in. w Siedlcach przymusowe konwersje wywołały bunty wiernych.
I wojna .światowa przyniosła bieżeństwo – z rosyjskiego „uchodźstwo” – czyli masową, sprowokowaną i w dużej mierze wymuszoną przez władze rosyjskie ewakuację prawosławnej ludności Podlasia w głąb Rosji. Osłabiło to struktury cerkiewne, ale jednocześnie mocniej związało lokalne prawosławie ze Wschodem.
Po powrocie w latach 1918-1921 dawni uchodźcy znaleźli się w nowej Polsce. W II RP Kościół prawosławny zyskał autokefalię, co unormowało jego status, przyspieszyło rozwój diecezji, monastycyzmu, edukacji cerkiewnej i prasy. Powstało też prawosławne duszpasterstwo wojskowe.
Jednak rewindykacje 1938 r. na Chełmszczyźnie i południowym Podlasiu – bezprawne zajmowanie i burzenie cerkwi – utrwaliły obraz osoby prawosławnej jako obywatela drugiej kategorii. Na Południowym Podlasiu w kilka miesięcy (maj-lipiec) zburzono m.in. cerkwie w Drohiczynie, Brańsku i Surażu, co spotkało się z fizycznym oporem ludności i stało się trwałą traumą – symbolem krzywdy wyrządzonej prawosławnym Polakom, głęboko zakorzenionym w pamięci zbiorowej.
A jednocześnie Podlasie zawsze było swoistą grzybnią metafizyki – najpiękniej pisał o tym prof. Włodzimierz Pawluczuk, analizując region jako miejsce erupcji religijności ludowej, gdzie sacrum miesza się z profanum. Lata 30. przyniosły tu wybuch religijności pozasystemowej, której przejawem były sekty, jak Wierszalin proroka Eliasza Klimowicza – niepiśmiennego chłopa prawosławnego, który mieszał sacrum z profanum.
Ująć to można w kategoriach misterium tremendum et fascinans Rudolfa Otto – tajemnicy budzącej lęk i fascynację. Klimowicz, po powrocie z bieżeństwa, zbudował cerkiew we wsi Grzybowszczyzna (w gminie Krynki), ogłosił się prorokiem Ilją, zapowiedział koniec świata. Sekta liczyła tysiące wyznawców, łączyła prawosławie z ludowymi wierzeniami; jej przywódca wyłania się z medialnych przekazów epoki jako mistyk, ale też manipulator.
II wojna światowa to wyjątkowo trudny czas dla Podlasia. Znacznie upraszczając, można powiedzieć, że wielu tutejszych prawosławnych przywitało Armię Czerwoną z nadzieją i wierzyło, że niesie dla nich wyzwolenie. Przy czym to właśnie ci ludzie stali się jednymi z pierwszych ofiar Sowietów i doświadczyli przymusowego rozkułaczania.
Po wojnie prawosławne Podlasie doznało kolejnej krzywdy – w ramach walk z sowiecką agenturą niektóre oddziały polskiego podziemia antykomunistycznego (tzw. żołnierze wyklęci) dopuszczały się zbrodni na cywilach prawosławnych. Mordowano więc dzieci i starców, gwałcono kobiety, palono wyłącznie domy ludności prawosławnej – co spowodowało emigrację kilku tysięcy prawosławnych Polaków na Wschód, głównie do Białoruskiej SRR (np. po morderstwach Romualda Rajsa „Burego” w 1946 r.).
Mimo to Podlasie pozostało duchowym zagłębiem prawosławia. Paradoksalnie nie bez wpływu na to był fakt, że część hierarchii współpracowała z SB. Tutejsi mieszkańcy czuli to i instynktownie wiązali się z lokalnymi cerkwiami oraz proboszczami. Anarchizowało to struktury Cerkwi, ale jednocześnie przyczyniło się do zachowania lokalnych tradycji i zwyczajów.
Współcześnie polskie prawosławie to autonomiczny Kościół, w którym różnorodność tożsamości wciąż żyje: polscy Białorusini, Ukraińcy, prawosławni Polacy – jak w naszej rodzinie. Ale Podlasie pozostaje w tym obrazie unikalnym elementem, puzlem z innej bajki. Region nigdy nie był tzw. Kresami; na mapach I czy II Rzeczypospolitej zawsze leżał bliżej centrum niż peryferii.
Tu raczej mówimy o pograniczach kultur, które nakładały się na siebie warstwami.
Tak więc w podlaskich legendach granice między „my” a „oni” rozmywają się bez zero-jedynkowych rozstrzygnięć. To coś w rodzaju zawiesiny, gdzie cząstki nie rozpuszczają się całkowicie: unoszą się w napięciu, nierozpuszczone, gotowe osiadać lub znów się unosić i nawet ci fizycznie nieobecni, np. Żydzi czy Jaćwingowie, trwają w niej w sposób homeopatyczny, ale wciąż istotny.
I ta podlaska zawiesina przetrwała, choć dziś – wbrew sentymentalnym kampaniom lokalnej administracji, w których region sprzedaje się jako żywą krainę tolerancji i nietkniętej przyrody – podaje się ją jak lekarstwo, w kroplach. Codzienność jest bardziej jednolita, z dominującą polsko-katolicką narracją. Jednak na tej mapie są wyspy, gdzie podlaską zawiesiną napełnia się kompotierki.
Tu wszystko zaczęło się w 1986 r., gdy Doroteusz Fionik odziedziczył budynek po wuju Jakubie Kondratiuku, bracie swojej babki. Jako etnograf, dyrygent chóru, nauczyciel i człowiek zakorzeniony w tutejszych zwyczajach – a jednocześnie osoba głęboko wierząca – postanowił przekształcić odziedziczony dom w placówkę muzealną. Robił to bez zewnętrznego wsparcia, krok po kroku. Muzeum oficjalnie otwarło się w 1993 r., a od 2000 r. prowadzi je stowarzyszenie założone specjalnie w tym celu.
Studziwody, które są w nazwie instytucji, to dawna wieś na obrzeżach Bielska Podlaskiego, a dziś dzielnica miasta. Do połowy XX w. zamieszkiwana była głównie przez prawosławnych o białoruskich korzeniach. Stowarzyszenie dba o pamięć o nich, ale też o innych mniejszościach regionu. W tym o żydowskim dziedzictwie Bielska – z inicjatywy Fionika pojawiła się tablica informacyjna na miejscu dawnej żydowskiej dzielnicy, a w 2017 r. wydano „Księgi pamięci Żydów Bielska Podlaskiego”.
Ekspozycja stała obejmuje zabytkową chatę rodziny Kondratiuków z 1925 r. oraz dom Antychowiczów, pokazując różnice między zabudową wiejską a miejską Bielska. Jak podkreśla jeden z działaczy stowarzyszenia, „tutaj nie odtwarza się dawnych praktyk – one nadal funkcjonują w codzienności”.
Ale muzeum to nie tylko wystawy. Stowarzyszenie organizuje spotkania, koncerty, warsztaty, wydaje książki i płyty z nagraniami lokalnych pieśni – kwartalnik „Bielski Hostineć” ma już ponad 70 numerów, a publikacji książkowych jest koło setki; wśród nich głównie monografie wsi, biografie ludzi związanych z regionem, ale też książki dla dzieci pisane językiem białoruskim. Zespoły i chóry związane z muzeum regularnie wyjeżdżają z koncertami – do Warszawy, po Polsce, czasem dalej po Europie.
Miejsce przyciąga badaczy i studentów zajmujących się mikrojęzykiem podlaskim czy kulturą materialną regionu. Organizowane są spotkania naukowe, warsztaty językowe, nawet tłumaczenia książek na podlaski.
Jednak najbardziej spektakularnym przykładem ożywiania tradycji jest Barn+Field Festival, zorganizowany przez Eliasza. W sierpniu w stodole i na polu tysiące ludzi tańczą do muzyki łączącej folk z elektroniką. Zapach wilgotnej ziemi po burzy miesza się z wonią rozgrzanych ciał i dymu scenicznego.
Sw@da x Niczos śpiewają, publiczność wiruje jak w transie. Nika Jurczuk, czyli Niczos, zaczynała swoją wokalną drogę właśnie u Fionika, kolędowała i śpiewała z Żemerwą, a dziś jest gwiazdą tzw. Podlasie Bounce i wraz ze Sw@dą niedawno zostali nagrodzeni Paszportem „Polityki” i wśród młodych ludzi są najlepszymi ambasadorami regionu.
Eliasz snuje dalsze plany: „Marzenie o zimowym festiwalu w rodzaju prawosławnego sylwestra gdzieś tam się tli w głowie, a jak będzie, to nie wiadomo”.
I – jak już wspomnieliśmy – stowarzyszenie organizuje kolędowania w prawosławnym i białoruskim stylu. Widać ich nie tylko w Bielsku, ale i w okolicznych wsiach, gdzie grupy chodzą od domu do domu, śpiewając tradycyjne pieśni. Ale najpierw, zanim pójdziemy z nimi kolędować, trzeba zasiąść za stołem wigilijnym.
Prawosławna Wigilia na Podlasiu – zwana Świętym Wieczorem – to czas ścisłego postu i głębokiej symboliki. Na stole znajduje się dwanaście potraw, wśród których najważniejsza jest kutia. Liczba dań odpowiada dwunastu apostołom lub miesiącom roku; ale bywa i trzynaście – trzynasta dla nieoczekiwanego gościa lub na pamiątkę Chrystusa z apostołami.
Kutia – słodka mieszanka gotowanej pszenicy, maku, miodu, orzechów i rodzynek – symbolizuje dostatek, płodność ziemi i pamięć o zmarłych. Na Podlasiu przygotowuje się ją gęstą, z dużą ilością maku; różni się od ukraińskiej (tam często z ryżem lub kaszą, bardziej płynna) czy bułgarskiej (z dodatkiem fasoli).
Często pierwszą łyżkę rzuca się pod sufit dla duchów przodków, a resztę je się na początek wieczerzy.
Obok pojawiają się inne dania: barszcz z uszkami grzybowymi (na Podlasiu zazwyczaj gotowanymi, choć w niektórych domach – jak u nas, z wileńskimi korzeniami – uszka się smaży), pierogi z kapustą i grzybami, gołąbki z kaszą jaglaną lub gryczaną, kapusta z grochem, ryba w galarecie lub smażona, kompot z suszonych owoców (jabłek, gruszek, śliwek).
Wszystko proste, sezonowe, z produktów z pola i lasu. Stół nakryty białym obrusem, pod którym leży siano – na pamiątkę betlejemskiego żłóbka. W rogu izby stoi snopek niemłóconego żyta, zwany host’ lub kolada – symbolizuje urodzaj i obecność Chrystusa w domu. Różni się od ukraińskiego „dyducha” (tam bogatszy, z kłosami różnych zbóż, często zdobiony); na Podlasiu bywa skromniejszy, ale zawsze obecny.
Izby zdobią też słomiane „pająki” – geometryczne konstrukcje wiszące pod sufitem, symbolizujące świat stworzony przez Boga i ochronę przed złym.
Centralne miejsce zajmuje prosfora – okrągły chleb cerkiewny z pieczęcią, pieczywo z mąki, wody, soli i zakwasu, przypominające symetryczny podpłomyk lub gęsty pancake. Prosforę dzieli się między domowników na znak pojednania i wspólnoty. Gospodarz kroi ją nożem, każdy dostaje kawałek z życzeniami; okruszyny wkłada się czasem do ziarna siewnego lub nosi jako amulet.
Po wieczerzy wychodzi się do drzew owocowych – nie opasuje się ich jak na Ukrainie, lecz rozmawia z nimi, dziękuje za plony i prosi o kolejne.
I dopiero wtedy zaczyna się okres kolędowania – Koliady. Doroteusz wspomina swoje pierwsze zetknięcie z tą tradycją: „Miałem wówczas może pięć lat i patrzyłem oczarowany na 16-ramienną gwiazdę, przecudnie oklejoną wycinankami, z szopką w środku, podświetloną – to było coś tak cudownego i niecodziennego. No i śpiew kolędy męskimi głosami, który rozbrzmiewał za oknem… Chyba była to pieśń «Ja umom chodiła», wówczas bardzo popularna. Miała 33 zwrotki i za odśpiewanie jej pełnego tekstu gospodarze sowicie kolędników wynagradzali”.
W niektórych wsiach przetrwały dodatkowe gry i obrzędy. Na przykład gra „Jaszczur” – mityczny wąż pilnował, by każdy znalazł parę. Zakończenie Koliad symbolizował obrzęd „Ciągną Koliadę na dąb” – kukłę umieszczano na drzewie dla dobrych plonów.
I dziś najlepszym miejscem, by to zobaczyć, usłyszeć i popróbować, jest Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach.
Eliasz Fionik: „Rozmawiajcie ze sobą, przyjeżdżajcie na Podlasie i otwierajcie drzwi kolędnikom, a nie pożałujecie!”.
Połowa duetu pisarskiego, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.
Połowa duetu pisarskiego, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.
Połowa duetu pisarskiego, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.
Połowa duetu pisarskiego, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.
Komentarze