Moja córka na koniec siódmej klasy odebrała świadectwo z czerwonym paskiem. Jestem z niej dumna, ale tej dumie towarzyszy gorycz i pytanie: czy było warto? Czy na pewno dwunastolatki i trzynastolatki powinny pracować jak dorośli i czy całe ich życie powinno być podporządkowane szkole? Czy to warte takiego stresu? Polska szkoła idzie w złą stronę

Jestem matką ubiegłorocznej siódmoklasistki. Od września patrzyłam, jak próbuje sobie radzić ze szkolną rzeczywistością. Z jaką niechęcią rozpoczyna każdy tydzień, w którym spędza w szkole 39 godzin. Jest w klasie dwujęzycznej, jej koledzy z klas ogólnych lekcji mieli niewiele mniej – 34 lub 35, za to uczennice i uczniowie z klas sportowych – aż 41. W każdym tygodniu czekało ją kilka zapisanych w dzienniku elektronicznym klasówek i kilka – zapowiedzianych lub nie – kartkówek. Do tego kilka godzin spędzonych na odrabianiu prac domowych, które są zmorą polskiej szkoły na każdym jej etapie.


Tekst jest komentarzem do raportu Rzecznika Praw Dziecka o sytuacji siódmoklasistów. Pisaliśmy o nim więcej tutaj. Dorota Łoboda jest ….


Ola miała we wrześniu 12 lat, jak większość jej koleżanek i kolegów z klasy, poszła do szkoły jako sześciolatka. Ta grupa dzieci to pierwsze ofiary reformy Anny Zalewskiej. To oni uczą się biologii, geografii i historii „od środka”, bo podstawa programowa zakłada, że w klasach 4-6 uczyli się czego innego, niż było w rzeczywistości. Zamiast iść do gimnazjum, Ola została w podstawówce, ale uczy się trochę tak, jakby reformy-deformy nie było.

Program biologii w klasie siódmej obejmuje materiał dotychczasowej klasy 2 gimnazjum, program geografii i historii – klasy 3 gimnazjum. Tego, co powinno być wcześniej, nikt z Olą nie omówił.  Z kolei podstawa programowa fizyki i chemii zakłada realizację w 7. i 8. klasie podstawówki tych samych treści, które były w gimnazjum, skracając jednak czas przeznaczony na ich omówienie z trzech lat do dwóch.

Dzieci są w tym zagubione, spędzają wiele godzin na nauce – i to niestety głównie na pamięć, bo wiedza encyklopedyczna i nauka pamięciowa to wciąż silny element edukacji w naszym kraju. Reforma nie tylko nie ograniczyła tego zjawiska, ale wręcz je nasiliła. W październiku rodzice zbuntowali się i napisali do dyrekcji, nauczycielek i nauczycieli pismo z prośbą o niezadawanie pisemnych prac domowych.

Dlaczego to zrobiliśmy? Bo nasze dzieci nie miały czasu na realizację własnych pasji, na czytanie czegokolwiek innego niż szkolne lektury (ich lista to temat na oddzielną analizę), na spotkania z przyjaciółmi czy po prostu zwykły odpoczynek.

Życie rodzinne zostało podporządkowane szkole, trudno było cokolwiek zaplanować nawet w weekendy, bo wtedy również nasze dzieci odrabiały lekcje i uczyły się do sprawdzianów. Te doświadczenia potwierdzi wielu rodziców, których dzieci za kilka dni rozpoczną naukę w ósmej klasie. Dlaczego akceptujemy taką sytuację? Dlaczego tak niewielu z nas się buntuje i chce coś zmienić?

Dlatego, że sami wyszliśmy z podobnego systemu i nie wyobrażamy sobie, że mógłby on wyglądać inaczej. Przy okazji prezentacji raportu po raz kolejny zabrzmiały doskonale znane nam twierdzenia.

„My też tyle się uczyliśmy i było dobrze”

Tyle tylko, że to nieprawda. Nasze pokolenie nie miało tylu obowiązkowych lekcji – nie uczyliśmy się w szkole podstawowej dwóch języków obcych, nie mieliśmy religii i etyki, informatyki oraz czterech godzin wf w tygodniu. Trochę młodsi z nas, którzy podstawówkę kończyli w latach 90., mieli już religię i informatykę, ale nadal liczba godzin lekcyjnych w tygodniu nie przekraczała 30.

Mieliśmy czas na sport, zabawy na podwórku, spotkania z koleżankami i kolegami, a czasem na zwykłą nudę.

„Niech się uczą, głupoty im do głowy przychodzić nie będą”

Ten argument daje nam złudne poczucie kontroli i przekonanie o tym, że dobrze wychowujemy nasze dzieci oraz zwalania nas z odpowiedzialności. Wierzymy, że jeśli dziecko będzie przez 10 godzin zajmowało się nauką, to nauczy się pracy i systematyczności, nie wpadnie w złe towarzystwo, osiągnie życiowy sukces na miarę naszych oczekiwań. Ale czy wiek 12-13 lat to nie jest właśnie czas na „głupoty”? To są jeszcze dzieci! Mają prawo do zabawy, do wygłupów, do odpoczynku, do poznawania świata nie tylko z książek. Zaufajmy naszym dzieciom, pozwólmy im rozwijać się, zdobywać własne doświadczenia. Towarzyszmy im, ale nie redukujmy ich życia wyłącznie do obowiązków.

„Musi być ciężko, bo życie to nie bajka, im wcześniej się o tym przekonają tym lepiej”

A czy nie lepiej byłoby, by nasze dzieci szły do szkoły z entuzjazmem, przekonane, że to przyjazne miejsce, gdzie będą mogły zaspokajać swoją ciekawość, wyrażać swoje opinie, współpracować z innymi dziećmi, nawiązywać przyjaźnie, uczyć się z przyjemnością i bez stresu? To jest możliwe, jeśli zmienimy myślenie o szkole.

Jeśli skończymy z pruskim modelem edukacji, z wymuszonym posłuszeństwem, z rozbudowanym systemem kar, z niedemokratyczną strukturą, w której dzieci nic nie mają do powiedzenia, z wieczną rywalizacją i ocenianiem wszystkich za wszystko według jednej miary.

„Moje dziecko sobie poradzi”

To skrajnie egoistyczna i aspołeczna postawa. Oczywiście są dzieci, które sobie radzą. Zazwyczaj są to dzieci z domów o dobrym zapleczu społeczno-ekonomicznym. Idąc do szkoły umieją już czytać i liczyć, chodzą z rodzicami do kin i teatrów, a podróżując, poznają świat. W razie jakichkolwiek problemów w nauce uzyskają wsparcie i pomoc w domu. Publiczna szkoła jest jednak dla wszystkich. Nie tylko dla dzieci zdolnych z uprzywilejowanych społecznie środowisk. Pomyślmy o tych dzieciach, które tyle szczęścia nie mają, którym rodzice z różnych przyczyn nie pomogą w nauce. Jeśli system szkolny zakłada przerzucenie części nauki na pracę w domu, a z raportu wynika, że 30 proc. siódmoklasistów nie jest w stanie samodzielnie wykonać pracy domowej, to wyklucza on dzieci ze środowisk słabszych społecznie.

Gdzie tu jest wyrównywanie szans – jedno z naczelnych haseł reformy? Jak dzieci z defaworyzowanych środowisk poradzą sobie w sytuacji, gdy zdane są same na siebie?

„Studia nie są dla wszystkich, ktoś musi naprawiać krany”

Byle nie moje dziecko, dodajemy w myślach. Niech te krany naprawiają ci, którzy sobie nie radzą. W domyśle: mało zdolni lub leniwi. Ale raport mówi nie o studiach, nie o szkołach średnich, ale o siódmej klasie szkoły podstawowej. Szkoły publicznej, powtórzę po raz kolejny! Szkoły dla wszystkich. Szkoły, którą musi ukończyć każde dziecko. Nie każde pójdzie potem do liceum i na studia, ale każde powinno mieć możliwość opanowania obowiązkowego materiału z zakresu szkoły podstawowej. Tymczasem 50 proc. badanych nauczycieli twierdzi, że treści programowe są zbyt obszerne dla przeciętnego ucznia. Szkoła podstawowa powinna zaś być miejscem wyrównywania szans, a nie selekcjonowania dzieci i określania już w siódmej klasie ich drogi życiowej.

Polską szkołę trzeba zreformować

Moja córka na koniec siódmej klasy odebrała świadectwo z czerwonym paskiem. Jestem z niej dumna, ale tej dumie towarzyszy gorycz i pytanie: czy było warto? Czy na pewno dwunastolatki i trzynastolatki powinny pracować jak dorośli albo nawet ciężej i czy całe ich życie powinno być podporządkowane szkole?  I czy na pewno to, co godzinami zapamiętywała i odtwarzała na sprawdzianach, przyda jej się kiedykolwiek w życiu? Czy ten biało-czerwony pasek wart jest tyle stresu? Ja wolałabym, aby częściej się śmiała i miała, jak dotąd, czas na pogaduszki z koleżankami, jazdę na deskorolce i czytanie książek, które lubi, a nie wyłącznie tych, które narzuciła jej szkoła.

Polską szkołę trzeba zreformować. Siódma klasa skupiła jak w soczewce problemy, które od dawna trapiły polską szkołę, a które reforma nasiliła. Raport RPD powinien być dzwonkiem alarmowym, sygnalizującym, że polska szkoła idzie w bardzo złą stronę. Uwierzmy, że inny model edukacji jest możliwy. Zapewnijmy równy dostęp do edukacji wszystkim dzieciom, uczmy współpracy, a nie rywalizacji, odejdźmy od systemu pruskiego, ograniczmy naukę pamięciową i zdobywanie wiedzy encyklopedycznej, uczmy dzieci myśleć krytycznie i wyrażać swoje zdanie, odchudźmy podstawy programowe, zwiększmy autonomię szkół i zdemokratyzujmy je, wprowadźmy edukację antydyskryminacyjną i rzetelną edukację obywatelską.

Tymczasem czeka nas ósma klasa. Już wiemy, że Anna Zalewska nie zrobi nic, aby poprawić sytuację eksperymentalnego rocznika. Żaden raport nie przekona pani minister, że problemy siódmoklasistek i siódmoklasistów to wina wadliwie zreformowanego systemu, a nie odosobnione przypadki złej organizacji w konkretnych szkołach.

Przed naszymi dziećmi pierwszy w historii egzamin ósmoklasisty, a potem kumulacja roczników w naborze do szkół średnich.



Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym