Państwowa Rada Ochrony Przyrody postuluje wprowadzenie ustawowego zakazu dokarmiania ssaków drapieżnych oraz ptaków szponiastych. Problemem są czatownie, gdzie rozrzuconym mięsem przywabia się zwierzęta przed obiektywy fotografów
Gdy Eliza Kowalczyk, mieszkanka Białowieży, zamieściła w styczniu na Facebooku zdjęcie sterty mięsa przed czatownią fotograficzną znajdującą się w Puszczy Białowieskiej, rozpętała się burza.
– Czatownia przy Pogorzelcach w okolicy Białowieży jest znana od lat i do tej pory nie udało się żaden sposób wywrzeć wpływu na właściciela, żeby zaprzestał nęcenia zwierząt. Jest to bardzo dochodowy biznes, komercyjna fotoczatowania, z której najczęściej korzystają obcokrajowcy – mówi Eliza Kowalczyk.
W czasie, kiedy jest wykładane mięso, w okolicy czatowni jest mnóstwo drapieżnych ptaków, słychać kruki, a do samej czatowni prowadzą ślady zwierząt.
– Zgłoszenie przeze mnie sprawy do Powiatowej Inspekcji Weterynaryjnej w Hajnówce zakończyło się niczym, inspektor nie znalazł przepisów, na podstawie których mógłby interweniować, a wcześniej próbował zepchnąć problem na Nadleśnictwo Białowieża jako zarządcę terenu – opowiada Eliza.
To nie jest odosobniona sytuacja, o podobnych problemach w Bieszczadach przyrodnicy mówią od dawna. Jednak część fotografów przyrody broni istnienia czatowni z mięsem rzucanym jako wabik, tłumacząc, że bez tego trudno zrobić świetne zdjęcia przyrodnicze. Większość najatrakcyjniejszych fotografii dzikich zwierząt robiona jest właśnie w taki sposób.
Sprawą zainteresowała się Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska (GDOŚ), która poprosiła Państwową Radę Ochrony Przyrody (PROP) o ustosunkowanie się do kwestii, czy nęcenie drapieżników – dzikich ptaków i ssaków – może wywierać niekorzystny wpływ na populację gatunków chronionych na obszarach Natura 2000, a także czy właściwe byłoby wprowadzenie ustawowego zakazu dokarmiania zwierząt chronionych.
Dla naukowców z PROP sprawa jest jasna. „Dodanie do ustawy możliwości wprowadzania zakazu dokarmiania i nęcenia zwierząt z tych grup jest wysoce wskazane dla zwiększenia skuteczności ich ochrony, utrzymania ich funkcji ekologicznych oraz właściwego stanu ochrony, a także zapobiegania konfliktom pomiędzy dużymi drapieżnikami a społecznościami lokalnymi” – napisał PROP w opinii z 23 lutego.
Przyrodnicy jasno wskazali, że „badania naukowe nad konsekwencjami korzystania przez dzikie zwierzęta z pokarmu dostarczanego przez ludzi wskazują na szereg poważnych zagrożeń, wpływających na różne aspekty ich fizjologii, ekologii i behawioru. Dokarmianie prowadzi do utrwalania się niepożądanych zachowań oraz do rozprzestrzeniania się zoonoz i pasożytów w populacjach dzikich zwierząt. Może też powodować sztuczną (wywołaną przez człowieka, a nie przez warunki naturalne) selekcję i utrwalenie się cechy zmniejszonej bojaźni i zuchwałości w lokalnych populacjach, będących obiektem dokarmiania”.
"Nęciska i karmowiska, na których dokarmia się dzikie zwierzęta, w tym zwierzęta łowne, są miejscami nadmiernego gromadzenia się osobników tego samego gatunku, a także różnych gatunków, co prowadzi do zwiększenia częstości kontaktów, agresywnych zachowań, a nawet walk między zwierzętami, a w efekcie do transmisji chorób i pasożytów między nimi.
W wielu przypadkach stanowi to śmiertelne zagrożenie dla korzystających z nich zwierząt (np. w wypadku świerzbu).
Miejsca wykładania pokarmu są często odwiedzane przez chore osobniki, mające problemy ze zdobywaniem pożywienia, co zwiększa zagrożenie dla zdrowych zwierząt. Badania pokazują, że zwierzęta korzystające z dostarczanego przez ludzi pokarmu mają wyższy poziom infekcji bakteryjnych, wirusowych, grzybowych i pasożytniczych, a u zwierząt migrujących czy mających duże areały osobnicze patogeny mogą być przenoszone na duże odległości" – podkreślają naukowcy z PROP.
To odnosi się nie tylko do fotografów, ale też do myśliwych. Dokarmianie zwierząt łownych zimą jest powszechną praktyką, którą chwalą się koła łowieckie.
„Dokarmiamy zwierzynę zimą – w trudnych warunkach atmosferycznych zapewniamy jej odpowiednie wsparcie” – chwaliło się 19 lutego Wojskowe Koło Łowieckie 32 w Mińsku Mazowieckim. „Zima nie odpuszcza, a pod śniegiem znajduje się warstwa lodu. Jest to bardzo trudny okres dla dziko żyjącej zwierzyny, w związku z czym zachęcamy wszystkich, nie tylko myśliwych, do dokarmiania zwierząt i ptaków” – szczyciło się 28 stycznia wiedzą przyrodniczą Koło Łowieckie „Las” w Gołdapi (nie zauważając przy tym, że ptaki to też zwierzęta).
„Gdy powłoka lodu przykryje pola, trawy i łąki to czas najtrudniejszy dla zwierza również dla ptactwa. I wówczas my myśliwi, nie zważając na czas i koszta, rozumiejąc zagrożenie, działamy – dokarmiamy” – tak z poświęceniem działało Koło Łowieckie „Bażant” ze Szczecina.
Tymczasem, jak podaje PROP, pożywienie używane do sztucznego dokarmiania lub wabienia jest zazwyczaj złej jakości; to rodzaj fast-foodu dla zwierząt (np. kukurydza, buraki, pastewna marchew, resztki szczątków zwierząt gospodarskich).
Wabienie dużych drapieżników i ptaków szponiastych po to, żeby ładnie wyszły na zdjęciach, najbardziej szkodzi tym zwierzętom. „Pozostałości zwierzęce z uboju, które są regularnie wykorzystywane do wabienia ptaków szponiastych i dużych drapieżników, często zawierają hormony i antybiotyki. Może to mieć nieprzewidywalne konsekwencje dla zdrowia populacji chronionych dzikich zwierząt” – pisze PROP.
Dokarmianie wilków i niedźwiedzi to prosta droga do powstania sytuacji konfliktowych z ludźmi. Zwierzęta przyzwyczajają się do tego, a nawet kojarzą człowieka z dostarczaniem pokarmu.
„Wilki i niedźwiedzie są bardzo podatne na uzależnienie od antropogenicznych źródeł pokarmu, szczególnie gdy mają do czynienia z takim pokarmem w młodym wieku” – podaje PROP.
Jeśli składowisko odpadów mięsnych jest ulokowane w pobliżu zabudowań, żerujące tam młode wilki, a także przybywające do nich z pokarmem dorosłe osobniki, przyzwyczają się do obecności ludzi, co zwiększa prawdopodobieństwo zabijania przez nie zwierząt domowych (w tym psów i kotów) oraz konfliktów z lokalnymi mieszkańcami. „Bez względu na lokalizację, wilki, dzięki bardzo dobremu węchowi, wiedzą, że to człowiek dostarcza mięsne odpady. To doświadczenie zostaje zapamiętane przez te konkretne osobniki na całe życie i ma wpływ na ich dalsze interakcje z ludźmi” – podkreślają przyrodnicy.
Analogiczna sytuacja zachodzi, gdy miejscami składowania odpadów zwierząt gospodarskich lub łownych są nęciska przed czatowniami fotograficznymi.
„Zwabiają one wilki (zarówno dorosłe, jak i młodociane) z grupy rodzinnej, w której terytorium się znajdują, a także obce wilki będące w trakcie dyspersji. Taka sytuacja ma miejsce w Puszczy Białowieskiej (która jest nie tylko obszarem Natura 2000, ale też obiektem światowego dziedzictwa UNESCO), gdzie niektóre nęciska przed czatowniami znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie parku narodowego oraz w niewielkiej odległości od zabudowań. Podobnie dzieje się na innych obszarach nizinnej Polski, np. w pobliżu Gostynina, gdzie prywatna czatownia z nęciskiem nastawionym na duże ptaki szponiaste zwabia młode wilki z lokalnej grupy rodzinnej” – zauważa PROP.
Problem dotyczy nie tylko wilków, ale też niedźwiedzi, co jest widoczne w Karpatach.
„Badania naukowe wskazują, że sztuczne dokarmianie niedźwiedzi zmienia ich zachowania związane z poszukiwaniem pożywienia i przemieszczaniem się. Jedna trzecia diety niedźwiedzi w Bieszczadach składa się z kukurydzy dostarczanej do miejsc dokarmiania zwierząt łownych” – zauważają naukowcy.
Wilki i niedźwiedzie mają doskonały węch i słuch, dzięki czemu doskonale zdają sobie sprawę z tego, że w czatowniach są ludzie, mimo izolacji akustycznej i kamuflażu czatowni, ale łatwo dostępny pokarm jest tak kuszący, że ignorują obecność człowieka. „Utrwalenie takiego zachowania może skłaniać drapieżniki do poszukiwania odpadów jedzenia w pobliskich miejscowościach, co wiąże się z ryzykiem częstszych obserwacji wilków i niedźwiedzi w obrębie zabudowy i wzrostem obawy o bezpieczeństwo mieszkańców” – ostrzega PROP.
Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.
Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.
Komentarze