0:00
20 marca 2021

Netflix postrachem prawicy: ma szerzyć wśród młodych "lewacką propagandę". Naprawdę to robi?

Poseł Bortniczuk wini go za lewicowość młodzieży, poseł Kałużny jest przerażony „skalą tęczowej przemocy", a abp Gądecki drży przed promocją „homoseksualizmu, hedonizmu i rozwiązłości”. Ale czy Netflix naprawdę jest tak postępowy?

Wydrukuj

15 lutego 2021 w programie „Debata dnia” poseł Kamil Bortniczuk z PiS postawił tezę, że odnotowany przez CBOS zwrot młodych Polaków ku lewicowym poglądom wynika z wpływu, jaki na światopogląd młodych ludzi mają YouTube i Netflix.

Nie jest to pierwszy w Polsce głos oskarżający Netfliksa o oddziaływanie na światopogląd najmłodszych wyborców. Już wcześniej poseł Mariusz Kałużny pytał publicznie, jak skasować konto na platformie, bo „skala homopropagandy, genderyzmu i całej tej tęczowej przemocy jest przerażająca”. Arcybiskup Gądecki w wywiadzie dla KAI oskarżał Netflix o „marksizm kulturowy” i twierdził, że „niemalże każdy serial dla młodzieży na Netflix zawiera promocję homoseksualizmu, hedonizmu i rozwiązłości”. Treści platformy krytykowała też Reduta Dobrego Imienia, wskazując, że niewiele na niej filmów o Polakach. Z kolei portal Polonia Christiana narzekał na wątki LGBT w nowej ekranizacji „Ani z Zielonego Wzgórza”.

Czy rzeczywiście Netflix jest przyczółkiem „lewackiej propagandy”, która deprawuje umysły młodych Polaków? Czy ma rację Kamil Bortniczuk twierdząc, że wcześniej nie było „filmów o lesbijkach”, które teraz podsuwa mu Netflix?

Gdzie ta lewicowość?

Programy rozrywkowe Netfliksa wcale nie są tak lewicowe w postulatach, jak mogłoby się wydawać. W wielu z nich brakuje np. wątków grup wykluczonych ze względów ekonomicznych. Jedną z oryginalnych produkcji, która najczęściej podejmuje ten problem, jest sitcom „The Ranch”, opowiadający o zubożałej rodzinie amerykańskich konserwatywnych ranczerów, wyborców Donalda Trumpa. Nie znajdziemy też w oryginalnych produkcjach Netfliksa wielu postulatów podniesienia płacy minimalnej, uregulowania stosunków zatrudnienia, krytyki wielkiego kapitału, podjęcia kwestii urlopów macierzyńskich (nieoczywistych w Stanach) czy ogólnodostępnej opieki zdrowotnej.

Jeśli te tematy pojawiają się na platformie streamingowej, to często dlatego, że Netflix dystrybuuje (a nie produkuje) seriale z ogólnodostępnej telewizji amerykańskiej. Popularna ostatnio w Polsce seria „Szpital New Amsterdam”, którego twórcy gorąco orędują za powszechną opieką zdrowotną (dla wielu w Stanach postulat wywrotowo lewicowy) powstał na zlecenie ogólnodostępnej stacji NBC. Nie znaczy to, że na Netfliksie nie pojawia się krytyka kapitalistycznych mechanizmów. Najczęściej znajdziemy ją jednak w produkcjach dokumentalnych, jak serial „Dirty Money”, czy programach publicystycznych, jak „Patriot Act with Hasan Minhaj” (który to program Netflix w tym roku skasował). Nie są to bynajmniej produkcje uwielbiane i pasjami oglądane przez młodych ludzi.

Należy zaznaczyć, że wszystkie te produkcje odwołują się do realiów amerykańskich, gdzie pojęcie „lewicowości” jest rozumiane zupełnie inaczej, niż w Europie czy Polsce. Widoczne w nich rozczarowanie konsumpcjonizmem i kapitalizmem to też przede wszystkim pokłosie kryzysu 2008 roku, który uświadomił młodym pokoleniom, że system wcale nie działa na ich korzyść.

Patrząc na polityczne afiliacje Netfliksa, nie dziwi, że stacja jest wyżej oceniana wśród wyborców Demokratów niż Republikanów. Platforma podpisała umowę z Barackiem i Michelle Obamami na szereg produkcji, można też na niej znaleźć dokument o młodych polityczkach partii Demokratycznej podbijających Izbę Reprezentantów. Jest to jednak zwodnicze porównanie. Z punktu widzenia europejskiego, Partia Demokratyczna jest nie tyle lewicowa, co po prostu liberalna. Ponadto, przynajmniej niektóre postrzegane w Polsce jako „lewicowe” postulaty, chociażby te dotyczące równego traktowania bez względu na orientację, podzielane są również przez wielu wyborców i polityków republikańskich.

Czym więc jest „lewicowy” przekaz Netfliksa, na który narzekają politycy i publicyści w Polsce? To po prostu połączenie progresywnych poglądów obyczajowych z naciskiem na reprezentatywne oddanie na ekranie różnych grup etnicznych.

Prawica nie jest w tej krytyce odosobniona – wielu internautów wydaje się podzielać przekonanie konserwatywnych polityków i publicystów, że platforma „wciska” do produkcji osoby nieheteronormatywne lub o innym niż biały kolorze skóry. Dyskusje wokół obsady ostatniej ekranizacji „Wiedźmina” Andrzeja Sapkowskiego dobrze oddają, jak wiele emocji pojawia się nawet wtedy, kiedy mówimy o postaciach fantastycznych, takich jak elfy.

Czy jednak Netflix jest w istocie tak postępowy, jak może się wydawać? Po raz pierwszy możemy odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Zróżnicowany jak społeczeństwo

W lutym 2021 ukazał się raport sporządzony na zamówienie samej platformy. Opracowanie przygotowali badacze ze specjalizującego się w analizowaniu kwestii reprezentacji think tanku Annenberg Inclusion Iniciative przy Uniwersytecie Południowej Kalifornii. Twórcy raportu zbadali, jak inkluzywne są oryginalne filmy i seriale Netfliksa. Wnioski wcale nie są tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać polskiemu widzowi.

Jeżeli spojrzymy na rozkład ról w produkcjach platformy i porównamy go z danymi o amerykańskim społeczeństwie, okaże się, że w dużej mierze odpowiadają one amerykańskiej rzeczywistości.

Tylko w przypadku jednej grupy widzimy odejście od stanu faktycznego – podczas gdy Latynosi stanowią ok. 18,5 proc. społeczeństwa (wedle spisu z 2020 roku) w produkcjach platformy dostają jedynie 6 proc. ról.

Jeszcze ciekawiej przedstawia się zestawienie treści, w których nie pojawiali się przedstawiciele danej grupy etyczniej. Podczas kiedy zaledwie 1 proc. produkcji Netfliksa nie miał ani jednego białego bohatera, to aż 18 proc. filmów nie miało żadnej postaci czarnoskórej, a 48 proc. - żadnej latynoskiej. Te liczby niemalże się podwajają, gdy mówimy o kobietach - 31 proc. filmów nie miało żadnej czarnoskórej bohaterki, 65 proc. seriali żadnej latynoski. Jednocześnie tylko w 4 proc. filmów i seriali nie było żadnej białej kobiety.

Patrząc na te procenty dość wyraźnie widać, że Netflix stara się dostosować swoje produkcje do kształtu amerykańskiego społeczeństwa, co nie dziwi, bo ostatecznie – chodzi o to, by trafić do jak najszerszej widowni.

Jeśli przyjrzeć się natomiast danym o pojawianiu się przedstawicieli mniejszości seksualnych, łatwo obalić mit, że w każdej netfliksowej produkcji pojawia się obowiązkowa postać LGBTQ. Postaci queerowe w produkcjach platformy to 4 proc. bohaterów filmowych i 6 proc. bohaterów serialowych. Co więcej, kiedy twórcy raportu porównali, ile takich postaci pojawia się w filmach Netfliksa i w tych, które w danym roku osiągnęły najlepsze wyniki w amerykańskim box office, okazało się, że nie ma tu wielkich różnic. W popularnych filmach kinowych z 2018 roku 1,3 proc. stanowiły postaci LGBTQ. W tym samym roku w filmach Netfliksa pojawiło się ich 1,9 proc. W najbardziej inkluzywnym 2019 roku 4,1 proc. ról mówionych należało do postaci LGBTQ – co zgadza się z badaniem Galloupa z 2017 roku, w którym szacowano, że około 4,5 proc. obywateli Stanów Zjednoczonych deklaruje się jako przedstawiciele tej mniejszości.

Trzeba tu dodać, że coroczny raport „Where We Are on TV” sporządzany przez GLAAD Media Institute monitorujący przedstawianie mniejszości seksualnych w mediach wskazuje, że w ostatnim roku na platformach streamingowych pojawiło się mniej postaci LGBTQ niż w roku poprzednim. Jeśli zresztą chodzi o liczbę postaci nieheteronormatywnych, platformy streamingowe nie odbiegają od amerykańskich telewizji ogólnodostępnych czy stacji kablowych, a pod wieloma względami oferują nawet mniej niż te ostatnie. Podczas kiedy w 2020 roku amerykańskie kablówki wprowadziły dwie niebinarne postaci do swoich seriali, platformy streamingowe nie pokazały widzom ani jednej takiej osoby.

Wniosek jest prosty – Netflix nie jest bardziej „lewicowy”, niż szeroko dostępna amerykańska kultura popularna.

Trzeba sobie też zdawać sprawę, że przemiany w amerykańskiej kulturze popularnej zachodzą już od kilku dekad. Poseł Bortniczuk może sobie mówić, że kiedyś nie było produkcji o lesbijkach, ale przecież słynny serial „Słowo na L” powstał w 2004 roku, kiedy Netflix był jeszcze wysyłkową wypożyczalnią filmów. Oryginalne „Porady różowej brygady” to rok 2003. „Queer as Folk” – kultowy serial o grupie młodych gejów – 2000 rok. Nawet w powszechnie kochanych „Przyjaciołach” emitowanych od 1994 roku mamy wątek lesbijskiej pary wychowującej razem dziecko. Geje i lesbijki nie pojawili się w amerykańskiej popkulturze wraz z Netfliksem. Fakt, że kiedyś widzowie musieli sami znaleźć te wątki, a dziś platforma grupuje je w jedną kategorię, świadczy jedynie o tym, że istnieje grupa, dla której są to treści ważne i interesujące.

Co ogląda poseł Bortniczuk?

Dlaczego więc Netflix stał się popularnym „chłopcem do bicia” wśród konserwatystów? Wydaje się, że złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze – obwinianie przychodzących z Zachodu treści za zepsucie młodzieży nie jest w Polsce niczym nowym. Nawet w „Panu Tadeuszu” można znaleźć długi fragment o tym, jak to francuska moda zepsuła młodzież i doprowadziła Polskę do zguby. Poczucie, że idee napływające zza granicy są niebezpieczne jest tym mocniejsze, im bardziej konserwatywni politycy pragną umocnić wizję Polaków-katolików przywiązanych do tradycyjnych wartości.

Zamiast dostrzegać przemiany obyczajowe i światopoglądowe zachodzące w społeczeństwie, łatwo wskazać jednego wroga – tu: amerykańską kulturę popularną. Tym samym po raz kolejny przedstawiciele władzy i Kościoła ujawniają swoje podejście do młodych ludzi, w których widzą grupę bezmyślną, poddaną indoktrynacji, pozbawioną jakiejkolwiek możliwości oceny sytuacji politycznej i społecznej kraju.

Warto tu zauważyć, że za taką postawą stoi domyślny wniosek, że ponieważ młodzi ludzie nie potrafią sami odróżnić „autentycznych wartości” od „marksizmu kulturowego”, to ktoś powinien za nich podjąć decyzję odnośnie tego, co powinni czytać czy oglądać.

Po drugie nie da się ukryć, że Netflix ujawnia słabość konserwatywnego przekazu. Ani krytykujący platformę Kościół, ani przedstawiciele partii politycznych nie mają pomysłu, jak przekonać młodzież do swoich wartości. Zwłaszcza w zakresie kultury popularnej konserwatywna narracja nie sprawdza się tak dobrze.

Krytyka Netfliksa wynika jeszcze z jednego czynnika: ostatecznie ci politycy i publicyści mają tam konta, i często spędzają wieczór, oglądając programy na tej samej platformie, którą publicznie krytykują. Poseł Bortniczuk może być oburzony kategorią „filmy o lesbijkach”, ale jeśli ją widział, to znaczy, że nie tylko z Netfliksa korzysta, ale do tego algorytm zakwalifikował go do widzów, którym takie produkcje mogą się spodobać. Być może popularna platforma streamingowa to ostatnie medium, gdzie spotykają się ludzie o tak drastycznie różnych poglądach.

Nie można również nie zauważyć, że spod tych oskarżeń przebija wizja jakiejś wspólnej grupy interesu starającej się oddziaływać na umysły młodzieży. Tymczasem Netflix jest miejscem, gdzie spotykają się produkcje bardzo różne: obok nowej ekranizacji „Ani z Zielonego Wzgórza” – wyprodukowanej zresztą nie przez platformę, a przez CBC, czyli publicznego kanadyjskiego nadawcę telewizyjnego – widz znajdzie też starsze i nowsze produkcje TVP. Obok serialu „Sex Education”, uczącego o znaczeniu odpowiedzialnego seksu, wyskoczy „365 dni”, w którym doskonale się ma kultura gwałtu. Wysuwanie zarzutów pod adresem platformy tworzy wrażenie absolutnej wewnętrznej spójności pokazywanych na niej produkcji.

Do kogo mówi prawica?

Oskarżanie Netfliksa o lewicowy skręt wśród młodzieży wydaje się nie tylko chybione, ale i bardzo aroganckie. Młodzi ludzie w Polsce byli w ciągu ostatnich lat świadkami strajków kobiet, zaostrzenia prawa aborcyjnego, nagonki na mniejszości seksualne, zbliżenia się władzy i Kościoła katolickiego. Jednocześnie jako przedstawiciele pokolenia świadomego zbliżającej się katastrofy klimatycznej, szukają rozwiązań, które mogłyby się sprawdzić i dać im nadzieję. Nie powinno dziwić, że dużo bliżej im do lewicowej otwartości niż do konserwatywnych polityków, którzy przez lata kierowali swój przekaz głównie do osób w średnim wieku i starszych.

Czy na postawę młodych ludzi względem świata ma wpływ kultura, którą konsumują? Oczywiście. Tak jak na wyborców PiS ma wpływ kultura, którą serwują im ogólnodostępne stacje telewizyjne. Korzystanie z kultury wpływa na naszą wizję świata – niezależnie czy jest to Netflix, TVP czy Polsat. Konserwatywnym komentatorom tak naprawdę nie przeszkadza wpływ kultury na światopogląd młodych ludzi. Przeszkadza im, że to nie jest ich kultura.

Udostępnij:

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk

Z wykształcenia historyczka i socjolożka. Pracuje w Dziale Dokumentacji Tygodnika Polityka. Prowadzi bloga "Zwierz Popkulturalny", jednego z najpopularniejszych w Polsce blogów poświęconych kulturze popularnej. Autorka książek: "Oskary. Sekrety Największej nagrody filmowej", "Zwierzenia popkulturalne" i powieści "Dwóch panów z branży"

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne