Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / Agencja Gazeta
28 maja 2022

Nie idzie już o Polskę, tylko o pieniądze, pieniądze, pieniądze. Czy mówiliśmy już o pieniądzach?

PiS przegłosował likwidację Izby Dyscyplinarnej. Okazało się, że instytucja, która miała być symbolem suwerenności w kontrze do UE, jest w zasadzie zbędna. Bo teraz liczy się kasa. Opozycja deliberowała o jednej liście : może będzie, może nie. Raczej nie. Takie były przekazy tygodnia

Co mówili? Jak głosowali? Gdzie manipulowali? O co się kłócili? Co sobotę zrekapitulujemy dla państwa, czym próbowali mamić nas politycy w mijającym tygodniu.

Sobota

Prawdę Ci Powie

Cykl "SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE" to nowa propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Ziobro wybrał się w podróż donikąd

Na początek zagadka. Kim jest i jak zagłosował polityk, który w taki sposób pod koniec marca 2022 r. wypowiadał się o projekcie ustawy likwidującej Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego?

"Polityka ustępstw prowadzi donikąd i rozzuchwala. Z jednej strony totalną opozycję w Polsce, z drugiej – establishment w Brukseli i Berlinie. (...) Zgadzanie się na wszystko i stawanie na baczność przed UE to błąd”.

Dziś pytanie, dziś odpowiedź: ten polityk to Zbigniew Ziobro i - co jednak jest nieco osobliwe - w czwartek 26 maja zagłosował za likwidacją Izby Dyscyplinarnej. Czynem tym Ziobro - o ile brać na poważnie jego słowa z marca, a brać na poważnie je trzeba, w końcu to poważny minister i lider poważnej partii - poszedł donikąd drogą polityki ustępstw i rozzuchwalił establishment w Brukseli i Berlinie. I do tego - jak dowiadujemy się z okładki "Gazety Polskiej" - zrobił to, mówiąc brutalnie, za kasę: "Pieniądze z KPO coraz bliżej" - cieszy się gazeta mocno związana z PiS.

Również posłowie obozu władzy jak jeden mąż - zapewne zachęceni przekazem dnia - wskazywali na wagę pieniędzy pod jednym hasłem: opozycja pieniędzy nie chce, a rząd PiS pieniądze uzyska: tak wypowiadali się m.in. Krzysztof Sobolewski, Kazimierz Smoliński, Beata Mazurek, czy Jacek Świat, w takim duchu był również utrzymany materiał w "Wiadomościach" TVP. Mniej zorientowany obserwator mógłby pomyśleć, że nie chodzi wcale o likwidację jednej z najważniejszych wg PiS instytucji w systemie sądownictwa, ale że Izba Dyscyplinarna została wystawiona na sprzedaż w internetowej aukcji na Allegro.

Tak oto Izba, która według Prawa i Sprawiedliwości i Solidarnej Polski miała być niezdobytą redutą niepodległości i ostatnim szańcem niezależności dumnej ojczyzny w kontrze do dyktatu Brukseli, runęła w jeden wieczór na Wiejskiej w zamian za garść srebrników, konkretnie za 36 miliardów eurosrebrników z Funduszy Odbudowy.

Projekt prezydenta likwiduje Izbę Dyscyplinarną, a w jej miejsce powołuje do życia Izbę Odpowiedzialności Zawodowej. Do jej składu wylosowanych ma zostać 33 sędziów Sądu Najwyższego, z których prezydent wskaże 11 członków nowej Izby. Projekt w żaden sposób nie odnosi się do kwestii osób powoływanych do Sądu Najwyższego w procedurze z udziałem wadliwie ukształtowanej Krajowej Rady Sądownictwa. Oznacza to, że w SN pozostaną tzw. neo-sędziowie, będą także mogli zatem zasiadać w nowej izbie.

Osoby orzekające do tej pory w ID będą miały możliwość przejścia w stan spoczynku z zachowaniem 100 proc. wynagrodzenia, co ma je niejako zachęcać do ustąpienia ze stanowiska. Ustawa nie przywraca automatycznie do orzekania sędziów ukaranych przez Izbę Dyscyplinarną – otwiera im tylko możliwość weryfikacji zapadłych tam decyzji przez nową Izbę Odpowiedzialności Zawodowej.

Ustawa prezydenta wprowadza jeszcze jedną nową instytucję proceduralną – test niezawisłości i bezstronności. Strony procesów będą mogły każdemu sędziemu sądów powszechnych, wojskowych, administracyjnych i sędziów SN postawić zarzut stronniczości, który ich zdaniem może wpłynąć na treść dotyczącego ich orzeczenia. Jeśli to udowodnią, to dany sędzia zostanie wyłączony z rozpoznania sprawy.

Eksperci uważają, że taki test ma odwrócić uwagę od zarzutów wobec umocowania sędziów powołanych w wadliwej procedurze przed neo-KRS. Podobny test bowiem proponowała uchwała połączonych izb SN ze stycznia 2020 r. W wersji prezydenta test taki nie może być jednak przeprowadzony tylko ze względu na okoliczności powołania sędziego.

Symboliczne ustępstwo PiS

Odłóżmy jednak ironię na bok, bo sprawa jest bardzo poważna i będzie miała istotne polityczne konsekwencje. Przegłosowany w piątek w Sejmie (po nieuchronnych poprawkach Senatu jeszcze do Sejmu wróci) projekt ustawy prezydenta Andrzeja Dudy ma spełniać postulaty kamieni milowych, które rząd PiS wynegocjował z Komisją Europejską. Te postulaty to:

  • likwidacja Izby Dyscyplinarnej,
  • reforma systemu dyscyplinarnego sędziów,
  • przywrócenie do orzekania represjonowanych sędziów.

W poniedziałek 23 maja Izba Dyscyplinarna przywróciła do pracy sędziego Pawła Juszczyszyna. To orzeczenie ma przekonać Komisję Europejską, że rząd PiS realizuje trzeci z uzgodnionych kamieni milowych. Przegłosowanie ustawy o likwidacji ID ma być natomiast realizacją pierwszych dwóch punktów. Czy to wystarczy, żeby odblokować pieniądze z UE? Zapewne tak. Czy to oznacza, że PiS skapitulował i wycofał się ze swoich zmian w sądownictwie? Zdecydowanie nie.

Likwidacja Izby Dyscyplinarnej jest ustępstwem obozu władzy, ale bardziej symbolicznym i prestiżowym, niż realnym. Izba, która miała być młotem na środowisko sędziowskie, zastraszając je i czyniąc powolnym wobec woli politycznej rządzących, nie była zbyt pracowita i skuteczna, koncentrując się na obsesyjnej zemście środowiska Zbigniewa Ziobry wobec kilku szczególnie znienawidzonych przez elity obecnej władzy sędziów: właśnie Pawła Juszczyszyna, Igora Tulei, Waldemara Żurka, Piotra Gąciarka. Jej działalność szczegółowo opisuje w OKO.press Mariusz Jałoszewski. Ta dintojra przynosiła jednak skutek odwrotny od zamierzonego: zamiast sędziów złamać, utwierdzała ich w oporze.

Odesłanie Izby Dyscyplinarnej do lamusa historii to więc dla PiS rzecz przykra, bo politycy władzy kreujący się dotąd na nadludzi poskramiających potężną i wrogą Unię Europejską, muszą teraz połknąć swój język i przeboleć pieczenie zranionego ego, ale w sensie praktycznym wychodzą na swoje. Dostają do dyspozycji unijne miliardy i jednocześnie zachowują pełną polityczną kontrolę na Krajową Radą Sądownictwa, która w systemie wymiaru sprawiedliwości jest kluczowa, bo de facto decyduje o nominacjach i awansach sędziów. A walkę o odpolitycznienie KRS Unia najwyraźniej (być może czasowo) odpuściła.

Co ważne, przegłosowanie ustawy o likwidacji Izby Dyscyplinarnej nie oznacza automatycznie uwolnienia przez Komisję Europejską miliardów z Funduszy Odbudowy. Jaka będzie ostatecznie decyzja Brukseli, przekonamy się 2 czerwca, kiedy do Warszawy przyleci szefowa KE, Ursula von der Leyen.

Tańce wokół jednej listy: gorące tango czy danse macabre?

Opozycja w minionym tygodniu zajmowała się tym, w czym po wieloletnich ćwiczeniach jest już bardzo sprawna - mianowicie samą sobą. Po sondażu Ipsos dla OKO.press, w którym hipotetyczna jedna lista partii opozycyjnych uzyskała wynik 52,6 proc. (wśród wyborców deklarujących udział w wyborach), pokonując PiS (32,6 proc.), ponownie odżyły dyskusje o zjednoczeniu wyborczym obozu antyPiS. Są to jednak debaty specyficzne.

W poniedziałek 23 maja w Jachrance odbyło się wyjazdowe posiedzenie klubu Koalicji Obywatelskiej, gdzie przemawiał szef PO Donald Tusk, lider największej partii opozycyjnej i jednocześnie największy zwolennik wspólnego startu w wyborach parlamentarnych (co może być ze sobą w związku przyczynowo-skutkowym). Jak wynika z przecieków, Tusk miał być mocno zirytowany postawą partnerów z innych partii, a najbardziej dostało się Szymonowi Hołowni, którego lider Platformy miał nazwać "durniem". W oficjalnych wypowiedziach politycy PO szybko zaprzeczyli tym doniesieniom, ale nie ulega wątpliwości, że perspektywa jednej listy z tygodnia na tydzień coraz bardziej się rozmywa.

"Nie będzie jednej listy" - wprost oświadczył 27 maja lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz. Dzień wcześniej w "Kropce nad i" bardzo sceptyczny był szef Polski 2050 Szymon Hołownia: "Uważam, że jedna lista i wielokrotnie to powtarzałem, jest ryzykownym pomysłem, bo może nam obniżyć frekwencję". Lewica natomiast o koncepcji jednej listy wypowiada się tak ezopowym językiem, że trudno z tego coś konkretnego zrozumieć: "Pytanie nie jest o to, jak pójdziemy do wyborów. (...) Uważam, że fundamentem rozmowy o wyborach nie jest wspólna lista, tylko wspólne rządzenie. Powinniśmy mieć na nie plan" - mówił "Rzeczpospolitej" we wtorek 24 maja szef klubu parlamentarnego Lewicy Krzysztof Gawkowski.

Ale i przywiązanie Platformy do koncepcji jednej listy jest problematyczne. "[Tusk] wie, że wspólnej listy nie będzie, a nawoływanie do tego jest jedynie efektem szukania alibi, gdyby po 2023 r. nadal w Polsce rządził PiS. Będzie można wtedy zrzucić winę na Hołownię, lub Kosiniaka-Kamysza" - ocenił w rozmowie z Onetem jeden z parlamentarzystów Koalicji Obywatelskiej.

I tak się ta debata toczy już od ponad trzech lat, rytmem znanym z "Dnia świstaka" - powtarzalnie, regularnie, ale bez żadnych wniosków, konkluzji i postępów, co u obywateli sympatyzujących z opozycją musi budzić irytację. Trzeba jednak przyznać, że opozycja potrafi też ze sobą współpracować -

w środę 25 maja liderzy wszystkich formacji podpisali przygotowaną przez ruch "TAK! Dla Polski" deklarację dotyczącą wzmocnienia samorządów. Jak się okazuje, kiedy politycy opozycji przestają ciągle mówić o współpracy, potrafią ze sobą współpracować. Być może na tym polega trik?

Premier spotkał się z młodzieżą

W niedzielę 22 maja premier Mateusz Morawiecki spotkał się z młodzieżą na Ogólnopolskim Kongresie Dialogu Młodzieżowego. A ponieważ PiS wśród młodych radzi sobie, eufemistycznie rzecz ujmując, niezbyt spektakularnie (wśród mężczyzn do 39 lat ma 13 proc. poparcia, wśród kobiet w tym samym przedziale wiekowym - 17 proc.) szef rządu starał się udowodnić, że wcale nie jest taki narodowo-katolicki i eurosceptyczny, jakby się mogło wydawać.

"Nie dajcie sobie wmówić młodzi ludzie, że mamy jakikolwiek problem z UE. Nie mamy, ale będziemy walczyć o nasze interesy w Unii" - stwierdził Morawiecki. Nie wyjaśnił jednak, dlaczego partia polityczna, która nie ma problemu z UE, nazywa ją słowami swojego prezesa Jarosława Kaczyńskiego IV Rzeszą, a ważny minister rządu Morawieckiego deklaruje, że Unia wypowiedziała Polsce wojnę hybrydową.

Zgodzimy się chyba wszyscy, niezależnie od sympatii politycznych, że dobre stosunki z IV Rzeszą, która wypowiedziała nam wojnę, to dość ekscentryczna koncepcja.

Mateusz Morawiecki postanowił przed młodymi ludźmi zaprezentować się również jako polityk nowoczesny i, jak to się ładnie mówi - tolerancyjny.

"Jestem gorącym zwolennikiem zachowania prywatności życia każdego człowieka. Ja akurat mam czwórkę dzieci, ale jak ktoś chce żyć jako singiel - proszę bardzo. (...) Jednocześnie pełna tolerancja dla wszelkich preferencji, również seksualnych. Ale tolerancja nie oznacza jednocześnie tego, żeby zgadzać się, żeby te preferencje były narzucane z kolei reszcie społeczeństwa" - stwierdził szef rządu.

Z ulgą należy przyjąć fakt, że szef rządu akceptuje taki oto stan rzeczy, że jakiś obywatel akurat nie ma partnera lub partnerki i żyje jako singiel. Z dezaprobatą jednak odnotujmy, że przed następnym spotkaniem premier powinien zaktualizować definicje kategorii, którymi się posługuje. Nie będzie to trudne, gdyż krótką ściągawkę dla Morawieckiego przygotowała Kampania Przeciwko Homofobii:

  • Orientacja seksualna to kierunek popędu emocjonalnego/ seksualnego względem osób określonej płci lub niezależnie od płci. (np. biseksualności, panseksualnosć, heteroseksualność, aseksualność)
  • Preferencje seksualne określają to, co osobę podnieca i jak lubi uprawiać seks.

Jeśli więc premier chciał się pochwalić brakiem uprzedzeń wobec osób LGBT - zrobił to źle. Chyba że, czego również nie można wykluczyć, premier po prostu toleruje różne podniety współobywateli. To miłe, ale żeby od razu się z tym obnosić.

Być może właściwą egzegezę słów premiera przedstawił awansem w piątek 20 maja senator PiS Wojciech Skurkiewicz, który ogłosił, że majątek państwa Morawieckich to "sprawa intymna".

I ma to sens, w końcu jak wiemy od Maryli Rodowicz, "to co nas podnieca, to się nazywa kasa". I jak wzywa premier, należy być wobec tej preferencji tolerancyjnym.

Premier Morawiecki obwieścił też młodzieży, że Norwegia "żeruje" na wojnie w Ukrainie, bo rosną jej zyski ze sprzedaży gazu i ropy. W OKO.press wyjaśnialiśmy, że to tylko część prawdy, a premier w ten sposób niepotrzebnie psuje nasze relacje z kluczowym partnerem.

Największą karierę, zrobiła jednak przypowieść Morawieckiego o informatyku i szewcu. Młody informatyk był w niej postacią niegodną naśladowania, egoistyczną, skoncentrowaną wyłącznie na swoich potrzebach, młody szewc natomiast zamiast koncentrować się jedynie na naprawianiu obuwia, angażował się również w sprawy społeczne. Była to bez wątpienia ciekawa i ewangeliczna w duchu oraz formie przypowieść, mamy jednak pewne wątpliwości, czy kaznodziejstwo, to akurat najlepszy sposób, by trafić do serc i dusz młodych.

Z naszej strony możemy jednak zapewnić, droga Czytelniczko i drogi Czytelniku, że zależy nam na Was tak samo gorąco, obojętnie, czy zawodowo piszecie kody, czy naprawiacie buty. I dlatego kolejny przegląd przekazów tygodnia przedstawimy Wam już za tydzień. Do następnego!

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej". Pochodzi z Sieradza

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne