0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Agnieszka Sadowska / Agencja GazetaAgnieszka Sadowska /...

"Mnie cała ta sytuacja tak porusza również dlatego, że czuję odpowiedzialność. Bo nie potrafię wytłumaczyć dzieciom, dlaczego w świetle prawa inne dzieci się łapie, wywozi do lasu i przestaje się interesować ich losem. Wydawało mi się, że są granice, których przekroczyć nie wolno. Że zasada pomocy słabszemu czy idea dostrzegania w drugim człowieku swojego bliźniego są przyjmowane uniwersalnie. Okazuje się, że nie. Że da się te wartości zakrzyczeć i zagłuszyć" - mówi Tomasz Samojlik.

Za dnia jestem naukowcem, zajmującym się zawodowo badaniem historii przyrodniczej Puszczy Białowieskiej” – pisze na swojej stronie internetowej dr hab. Tomasz Samojlik. „Chodząc po Puszczy jestem zajęty rozmyślaniem, jakie ślady dawnej obecności i działalności człowieka kryje w sobie dany zakątek lasu, gdzie polowali polscy królowie, którędy wiodły ścieżki wykorzystywane przed wiekami przez bartników (…). Nocami, zamiast spać, przekładam wiedzę przyrodniczą (i nie tylko) na język książek dla najmłodszych, książek obrazkowych i komiksów”.

Tych książek i komiksów Tomek napisał już prawie 60. Wychowało się na nich wiele dzieci.

Tomek pracuje w Białowieży będącej w strefie objętej stanem wyjątkowym, a mieszka w pobliskiej Hajnówce. Napisałem do niego i poprosiłem, by opowiedział, jak się czuje będąc tak blisko tragicznych wydarzeń na granicy.

Tomasz Samojlik: Możemy porozmawiać, chociaż zgodziłem się z ciężkim sercem. Sytuacja mnie psychicznie przerasta. Jak wiesz zajmuję się naukowo Puszczą i piszę książki dla dzieci. A w tej chwili trudno mi jest robić i jedno, i drugie.

Obawiam się, że nie ma nic mądrego, co mógłbym dodać, czego już nie powiedziano o sytuacji na granicy. Natomiast głupio mi wylewać żale i opowiadać, jak mi ciężko wobec osób, które faktycznie pomagają, są na miejscu, w lesie. Widzą tę tragedię na własne oczy.

Sławomir Zagórski, OKO.press: Taki żal i bezsilność czuje wielu z nas. Ja też w kółko o tym myślę, ale mieszkam 300 km od granicy, nie widziałem żadnego uchodźcy, żadnego patrolu Straży Granicznej, więc łatwiej mi się od tego odizolować. Ty jesteś na miejscu. Mieszkasz w Hajnówce od dawna?

Tak. Jestem hajnowianinem z urodzenia. Całe moje życie jest związane z Hajnówką, poza krótkim epizodem studiów w Lublinie.

Jak daleko jesteś od strefy objętej stanem wyjątkowym?

17 km.

Ale jeździsz do niej regularnie, bo pracujesz w Białowieży.

Regularnie też na trasie Hajnówka-Białowieża, która jest taką wąską, puszczańską drogą, zjeżdżam na pobocze ustępując pędzącym na sygnale samochodom policyjnym i ogromnym ciężarówkom wojskowym. Przed samą Białowieżą znajduje się punkt kontrolny. Dokumenty, zaświadczenie o zatrudnieniu w strefie, kontrola bagażnika. To wszystko buduje poczucie zagrożenia.

Przeczytaj także:

Znasz doskonale miejscowych, jesteś wrośnięty w tę społeczność. Co ludzie mówią o tym, co się dzieje? Jak to przeżywają?

Większość moich znajomych ma podobne odczucia jak ja. Czyli jest w nich bardzo dużo współczucia, ale i przerażenia sytuacją. Poczucia bezradności.

Co zrobić, kiedy jakaś rodzina z małymi dziećmi wyjdzie na drogę i poprosi o pomoc? Poczęstować kanapką i wodą mineralną, po czym odjechać, uśmiechając się przepraszająco?

Tobie nie zdarzyła się taka sytuacja na drodze, o której opowiadasz?

Nie, ale nie ma dnia, żebym o tym nie myślał. Jak mogę pomóc poza podaniem tym ludziom wody czy oddaniem tego, co mam w bagażniku – zapasowych butów lub bluzy? Wzięcie ich do samochodu, podwiezienie, równa się przecież współudziałowi w handlu ludźmi.

Zacytuję ci kawałek relacji z Facebooka sprzed kilku dni: „Dzwonił kolega z Białowieży. Rzekł - nie daję rady, żyjemy w jakimś obozie koncentracyjnym, nie umiem tego unieść, chcą bym był wspólnikiem, mam nie pomagać, jak ja będę z tym żył? 3 lata za pomaganie, ale jest i 3 lata za nieudzielenie pomocy. (…)

Ludzie pomagają, boją się i pomagają, ale już nie dzwonią na Straż G. czy policję, bo co mamy być współodpowiedzialni za śmierć w lesie? Ponoć w Hajnówce 130 osób usłyszy (na teraz) zarzuty za pomoc. Kurwa, wszystkich nie zamkną. Ale wiesz, boimy się stracić biznes, pracę”.

Komuś w Hajnówce postawiono zarzuty za pomoc?

Nie słyszałem o tym, ale jeżeli to prawda, to jest to po prostu tragedia.

Mnie cała ta sytuacja tak porusza również dlatego, że czuję odpowiedzialność. Od lat staram się wychowywać młode pokolenie moich czytelników w szacunku dla przyrody, ale i podstawowych wartości moralnych.

Dziś jestem w ogromnym konflikcie poznawczym. Bo nie potrafię wytłumaczyć dzieciom, dlaczego w świetle prawa inne dzieci się łapie, wywozi do lasu i przestaje się interesować ich losem.

Wydawało mi się, że są granice, których przekroczyć nie wolno. Że zasada pomocy słabszemu czy idea dostrzegania w drugim człowieku swojego bliźniego są przyjmowane uniwersalnie. Okazuje się, że nie. Że da się te wartości zakrzyczeć i zagłuszyć.

To okropna sytuacja, zwłaszcza w tak doświadczonym kraju jak Polska. Co z etosem ludzi pomagających innym w czasie wojny kosztem swojego życia? Dlaczego dziś tylko garstka z nas zachowuje się po ludzku?

Zawsze tak było. W czasie wojny też tylko niewielka część zachowywała się bohatersko. Rozmawiasz o tym ze swoimi dziećmi? One są już wystarczająco duże?

Tak, mają 13 i 16 lat. Dużo rozmawiamy na ten temat.

I co im mówisz?

To samo, co tobie. Że dzieje się zło. Że mam do siebie pretensje, że przeciwko temu złu nie występuję krzycząc głośno, że tak nie można.

Taka demonstracja nic nie przyniesie. Trzeba próbować działać, pomagać racjonalnie.

Oczywiście masz rację. My też dochodzimy do wniosku, że to, co można zrobić, to wspierać Grupę Granica, wspierać fundacje, które są powołane i przygotowane do pomocy w takich sytuacjach.

Szpital w twojej Hajnówce zachowuje się w tej sytuacji fantastycznie.

To jakaś iskierka normalności.

Mieszkańcy Hajnówki zapalają zielone lampki? Czy to za daleko od granicy?

Ta akcja ma sens, ale głównie w strefie albo parę kilometrów od niej, raczej na wsi. Bardzo mało prawdopodobne, żeby do Hajnówki, która - było nie było - jest miastem, zawitał ktokolwiek potrzebujący pomocy.

Bliżej granicy są ludzie, którzy zapalają lampki. I jeżeli ta informacja dociera do potrzebujących, którzy mogą chociaż chwilę posiedzieć w cieple, napić się czegoś czy podładować telefon, to wspaniale.

Tylko ja się cały czas boję, że to będzie wykorzystane przeciw tym osobom. Tak jak cytowałeś mi te wpisy na FB, boję się, że za chwilę prawo się zmieni i napojenie spragnionego stanie się wykroczeniem.

Mirosław Miniszewski, filozof i pisarz, który mieszka w strefie, mówił nam, że pomaga uchodźcom, nie ukrywa tego, ale boi się konsekwencji, boi o swoją rodzinę. Inna osoba ze strefy, mówi, że działa w ukryciu. Podjeżdża pod granicę, a jak ją łapią, udaje, że zabłądziła. Sądzę też, że w trudnej sytuacji są ludzie ze Straży Granicznej, wśród których na pewno nie brak porządnych osób. Znasz takich strażników?

Nie. Ale myślę podobnie jak ty.

I za każdym razem, kiedy widzę zdjęcia dzieciaków w różnym wieku zatrzymywanych na granicy, nie mogę się powstrzymać przed myślą „A co by było, gdybym to był ja. I moje dzieci?”.

Instytut Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk w Białowieży wydał niedawno apel o „natychmiastowe objęcie migrantów opieką humanitarną oraz umożliwienie organizacjom pomocowym oraz służbom medycznym działań w tym zakresie”. (...) „Jako przyrodnicy chcemy również zwrócić uwagę na nieodwracalne skutki budowy bariery granicznej przyrody północno-wschodniej Polski, w tym unikatowego ekosystemu Puszczy Białowieskiej” – czytamy w apelu.

Świetnie, że ten apel powstał, a z drugiej strony trudno się przejmować przyrodą, gdy giną ludzie.

To bardzo rozsądny głos, bo teraz wszyscy jesteśmy przerażeni sytuacją, ale historia uczy nas, że nawet najczarniejsza noc przemija. Ale jeżeli teraz faktycznie powstanie trwała, ciągła bariera biegnąca przez środek Puszczy, to może być początek jej końca.

Pomimo podziału między Polskę i Białoruś, Puszcza Białowieska była i jest jednym, wspólnie funkcjonującym ekosystemem. Od tysięcy lat działają tu naturalne procesy, które działalność człowieka już dawno zaburzyła lub całkiem przerwała na innych terenach. Mur zakłóci funkcjonowanie takich procesów.

Zgadzam się, że bardzo ciężko się takimi sprawami zajmować, emocjonować i o nie walczyć, kiedy chodzi o ludzkie życie. Ale w przyszłości to może być niezwykle istotne dla losu Puszczy. A w szerszym kontekście – losu całej planety. Bo przecież są przed nami ogromne wyzwania, wobec których powinniśmy wznieść się ponad podziały polityczne czy narodowe. Czy za chwilę wszystkie nasze plany ratowania Ziemi staną się nieaktualne?

Jak wyglądała granica Polska-Białoruś na terenie puszczy przed kryzysem?

Była wyznaczona przez zasieki i zaorany pas ziemi oraz płot po stronie białoruskiej, który jednak nie uniemożliwiał w miarę swobodnej migracji zwierząt. Najlepszym dowodem jest to, że 2 lata temu przyszedł do nas ze strony białoruskiej niedźwiadek. Bardzo ładnie się u nas nagrał na fotopułapki, zabawił trochę i wrócił na swoją stronę.

Dziś Białowieża robi chyba przygnębiające wrażenie? Czytałem, że jesienią zawsze przyjeżdżało tam najwięcej turystów. Teraz nikogo nie ma.

Wiesz co, tam można w tej chwili spokojnie kręcić sceny filmów katastroficznych, postapokaliptycznych. Białowieża jest kompletnie wymarła. Rażący kontrast w stosunku do tego, co było jeszcze w czasie wakacji. To coś niesamowitego. Jedyny ruch to wozy policyjne i wojskowe.

I jeszcze druga uderzająca sprawa.

Puszcza jest przeraźliwie piękna w tych dniach. Jak na złość jesień w Puszczy wygląda oszałamiająco. Ale jak tu się nią zachwycać? To okropny dysonans w stosunku do tego, co się wewnątrz niej dzieje.

Puszcza dla uchodźców jest chyba dość strasznym, niebezpiecznym miejscem? Mokradła, gęsty las, poprzewracane drzewa.

Dla ludzi, którzy pochodzą z zupełnie innej strefy klimatycznej, zetknięcie z Puszczą, jej zwierzętami, z żubrem - musi być naprawdę dużym szokiem.

Mówisz, że najczarniejsza noc się kończy. Widzisz jakieś szanse - chociażby ze względu na pogodę - że ten ruch migrantów osłabnie?

Ufam, że tak będzie.

Kiedyś zło przeminie, ale nie będzie chyba łatwo wyjść z traumy? Obawiam się, że ta historia położy się cieniem na tej części Polski na długo.

Potwierdzam twoje obawy. Dotyczyć to będzie zwłaszcza tych, którzy się najbardziej angażują i są świadkami wszystkiego tego, o czym my się dowiadujemy z drugiej ręki. Te osoby są narażone na tak ogromną presję, że kiedy to się skończy – oby jak najszybciej – mogą cierpieć z racji zespołu stresu pourazowego, jak żołnierze po ciężkich przeżyciach wojennych.

To są ukryte ofiary tej sytuacji. Ludzie najbardziej wrażliwi będą najbardziej pokrzywdzeni. A przecież to są dobrzy ludzie, najlepsi z nas.

Z „Medykami na granicy” pracują na okrągło 2 psychoterapeutki i mają co robić. A oni są tam na krótko, wymieniają się, niedługo odjadą. Przyszło ci w ogóle do głowy, żeby się wynieść z Podlasia?

(cisza).

No tak. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie.

Rozmawiam z ludźmi na wsi, gdzie mieszkam. Ich sytuacja na granicy nie obchodzi. Dziwią się jak opowiadam, że Iran przyjął tylu polskich uchodźców w czasie II wojny.

Nas przyjmowano i oferowano pomoc, a my w zamian sporo dobrego zrobiliśmy w innych krajach. Polonię można znaleźć na całym świecie. Wydawało się, że to doświadczenie, które jest wręcz zakodowane w naszej tożsamości.

W postępowaniu władz jest tyle cynizmu. Rząd zbiera punkty - ochrona granic, to święta rzecz. Trzeba bronić Polski i tyle.

Chciałbym wierzyć, że obronę granic można pogodzić z kierowaniem się zasadą czynienia dobra, z poszanowaniem praw człowieka.

Wydaje mi się, że takie podstawowe pojęcia jak dobro i prawda zostały ostatnio zaburzone, zmącone, rozwodnione. Trzeba chyba wrócić do ich tłumaczenia od podstaw.

I to po części moja rola - by w moich książkach i komiksach ta warstwa też była widoczna. Zresztą zawsze tak było. Nie tylko wesołe historie o uśmiechniętych zwierzakach, nie tylko popularyzacja nauki, ale również prawda, dobro, miłość.

Musisz więc wracać do pisania książek dla dzieci.

Wyobraź sobie, że jedna z moich ostatnich książek dla dzieci pisana przed rokiem pozornie opowiada o borsukach, tak naprawdę jednak dotyczy uchodźców.

Borsuki potrafią rozbudowywać i użytkować jedną norę przez pokolenia, więc w mojej książce jako wartość nadrzędną rodziny borsuczej opisałem obronę swojej nory. To dla borsuków sprawa honoru.

Młoda bohaterka, tytułowa Tarmosia, respektuje tę zasadę wyznawaną przez swojego tatusia Melo, ale jednocześnie jest bardzo dobrym zwierzęciem o dużym sercu. Zostaje postawiona w sytuacji wyboru - przychodzą do niej lisy i jenoty, prosząc o schronienie. Mówią, że ta nora jest taka wielka, że może dałoby się tu przewaletować? Chociaż trochę, póki zagrożenie nie minie, póki młode się nie usamodzielnią. Mała borsuczka zaczyna kombinować jak pomóc tym zwierzętom, ale jednocześnie nie wejść w konflikt z tatą, którego bardzo kocha.

I w tym moim wymyślonym leśnym świecie wszystko się układa, ale dopiero wtedy, kiedy borsuki same doświadczają, jakie to uczucie zostać wypędzonym. W ogóle się nie spodziewałem, że ta książka nagle stanie się aż tak aktualna.

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Przeczytaj także:

Komentarze