0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Dawid Zuchowicz / Agencja GazetaDawid Zuchowicz / Ag...

Treść Nowego Ładu – programu PiS na rzeczywistość po pandemii – mieliśmy poznać 20 marca. Okazało się jednak, że żeby prezentować temat rzeczywistości po wirusie, najpierw trzeba mieć jasną wizję tego, kiedy ona nastąpi. A na razie rząd mierzy się z trzecią – najgorszą dotychczas – falą epidemii. Nie wiadomo więc, kiedy poznamy szczegóły pomysłów PiS - najszybciej zapewne w maju.

A to więcej czasu, żeby kolejne punkty programu wyciekały do mediów. W marcu, gdy prezentacja wciąż miała się odbyć w drugiej połowie miesiąca, ujawniliśmy, że częścią programu będzie kwota wolna od podatku w wysokości 30 tys. złotych. 7 kwietnia „Dziennik Gazeta Prawna” potwierdził nasze doniesienia i uzupełnił je o kolejne przecieki. Razem mają się one zwiastować „rewolucję w systemie podatkowym”. Na tę rewolucję składają się:

  • likwidacja lub znaczne zmniejszenie odliczenia w PIT składki zdrowotnej;
  • koniec ryczałtu składki NFZ dla samozatrudnionych;
  • Podwyżka kwoty wolnej od podatku do 30 tys. złotych;
  • Podniesienie drugiego progu podatkowego z 85 tys. do 120 tys. złotych.

Według „Dziennika” na rozwiązaniach ma skorzystać aż 17 mln Polaków. Nie znamy szczegółów, więc nie wiemy, czy wliczani są w to wszyscy i liczymy tutaj np. dzieci w gospodarstwach domowych. Jeśli ta liczba bierze pod uwagę tylko osoby w wieku produkcyjnym, to jest to zdecydowana większość.

W wywiadzie z „Gazetą Polską” premier Kaczyński mówi, że jednym z zadań Nowego Ładu jest wyrównanie szans i większa progresywność polskiego systemu podatkowego.

Polska ma degresywny system podatkowy, czyli od pewnego niezbyt wysokiego poziomu im więcej się zarabia, tym mniej się oddaje do wspólnego użytku.
Jarosław Kaczyński ma rację. Niezamożni są obciążeni względnie mocno, a najzamożniejsi - najmniej
Wywiad dla "Gazety Polskiej",07 kwietnia 2021

O tym problemie pisaliśmy w OKO.press wielokrotnie. Osoby o niskich dochodach są obciążone składkami i podatkami bardziej niż ludzie zarabiający bardzo dobrze. To szczególnie duży problem dla ludzi o najniższych dochodach, ale ostatecznie także dla olbrzymiej większości społeczeństwa – państwo utrzymywane przez niezamożnych jest po prostu słabe i nie stać go na spełnianie podstawowych funkcji.

Najnowsze dane na ten temat z Ministerstwa Finansów pochodzą z 2020 roku i dotyczą roku 2017:

Skoro dane nie są aktualne, wykres wyglądałby dziś nieco inaczej - w ostatnich latach dolna stawka PIT spadła z 18 do 17 proc., z PIT zostali zwolnieni młodzi, wprowadzono też tzw. mały ZUS dla przedsiębiorców o niskich przychodach. Nie zmieni to jednak ogólnego trendu - osoby z niskimi dochodami często płacą nieproporcjonalnie więcej niż osoby najzamożniejsze. A najmniejsze stawki podatkowe płacą zarabiający najwięcej, co również widać na wykresie. A mówimy tu wyłącznie o podatkach bezpośrednich. Podatki pośrednie - takie jak VAT czy akcyza - też z natury mają regresywny charakter.

"[Polski system podatkowy] w większym stopniu obciąża mniej zarabiających, a w dużo mniejszym stopniu wysoko zarabiających.

  • Po pierwsze dlatego, że wysoko zarabiający bardzo często przechodzą na podatek liniowy.
  • Po drugie – składki emerytalne wygasają powyżej pewnego dochodu.
  • Po trzecie dlatego, że mamy podatki pośrednie, czyli VAT, który jest niby taki sam dla wszystkich, ale większą część konsumpcji w dochodzie mają osoby mniej zarabiające niż średnio i dobrze zarabiający. VAT jest więc podatkiem regresywnym.

I jeśli do tego dołożymy inflację, którą niektórzy mają nadzieję spłacać część długu, to ona również jest regresywna – bardziej uderza w tych, którzy wydają więcej ze swojego dochodu, niż tych, którzy oszczędzają".

Do tej listy warto dorzucić jeszcze ryczałtowe składki na ubezpieczenia społeczne dla samozatrudnionych.

W skrócie: polski system podatkowy stoi na głowie. Czy propozycje PiS, które przeciekają do mediów, faktycznie moga postawić go na nogi?

Przeczytaj także:

Program PiS

Kaczyński wskazuje, że Nowy Ład jest programem PiS, a nie programem koalicji, bo wśród partnerów koalicyjnych był opór wobec takich zmian. I sugeruje, że chodzi przede wszystkim o bogatych, którzy nie chcą obniżyć swoich zarobków:

„Są ludzie, których perspektywa utraty np. tysiąca złotych miesięcznie z bardzo wysokiego wynagrodzenia wprowadza w stan jakiejś histerii. Moja wrażliwość na taką postawę jest dosyć ograniczona, ale są w naszym obozie tacy, którzy mają wobec takich stanów więcej empatii”.

Radykalna podwyżka kwoty wolnej do 30 tys. złotych rzeczywiście pomogłaby biedniejszym, bo na razie żadnego podatku od dochodu nie płacą tylko osoby, które zarabiają poniżej 8 tys. rocznie. Wciąż nie znamy szczegółów, rozwiązanie można zaprojektować różnie. Na oko jednak planowana zmiana może pomóc zredukować problem nieproporcjonalnie wysokiego obciążenia np. singli o niskich dochodach, którzy nie korzystają z ulgi rodzinnej.

8 kwietnia ten pomysł skomentował minister finansów Tadeusz Kościński, częściowo potwierdzając prawdziwość kwoty wolnej w wysokości 30 tys. Kościński ma jednak wątpliwości, czy to teraz najlepszy pomysł:

„Zdziwiłbym się, gdyby była na takim poziomie. To jest jeden z wariantów, jakie przygotowaliśmy. Ale nie stawiałbym najwięcej pieniędzy na taki wariant, raczej - na niższy poziom, na 15-20 tys. na ten moment, a dopiero za rok, dwa lata, kiedy wyjdziemy z pandemii, wtedy możemy mieć większe ambicje” – mówił minister na antenie radiowej Jedynki.

Górny próg od 120 tys.

To daje nam pewne pojęcie o tym, co może nas czekać rzeczywiście – natychmiastowe ustanowienie powszechnej kwoty wolnej na poziomie 30 tys. złotych to potężny wydatek, rzędu kilkudziesięciu, a być może nawet blisko stu miliardów złotych. Trudno sobie wyobrazić, żeby rząd zdecydował się na to już w tym momencie.

Podniesienie drugiego progu podatkowego z obniżaniem dochodu netto zamożniejszym, o czym mówił Jarosław Kaczyński. Obecnie w momencie, gdy ktoś przekroczy próg 85 tys. złotych rocznego dochodu (a dokładnie 85 528), wpada w drugi próg podatkowy PIT i od tego momentu od kwoty zarobionej ponad te 85 tys. płaci już nie 17 proc. podatku a 32 proc.

W praktyce oznacza to, że w drugi próg będzie się po przegłosowaniu tego pomysłu wpadało dopiero po przekroczeniu 10 tys. złotych brutto miesięcznie. Dotychczas było to 7 127 złotych.

Ostatnia zmiana w górnej stawce podatkowej miała w Polsce miejsce w 2008 roku, kiedy to zlikwidowano najwyższą stawkę 40 proc. Od tego momentu zamiast 40 proc., od nadwyżki powyżej 85 tys. złotych płaci się 32 proc. I faktem jest, że dziś Polacy zarabiają zauważalnie więcej niż w 2008 roku. W październiku 2008 średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej wynosiło 3 232 złote, dekadę później – 5 003 złote. I dlatego coraz więcej osób wpada w drugi próg podatkowy. W 2009 roku osób płacących od jakiejś części swojego dochodu podatek w wysokości 32 proc. było 350 tys. W 2019 – 1,2 mln. Jakkolwiek oceniać tę zmianę - zdaniem wielu wieloletni brak waloryzacji progu podatkowego jest ze strony polskiego państwa po prostu nieuczciwy - przesuwanie kwoty, od której wchodzimy w drugi próg podatkowy niekoniecznie jest krokiem w stronę większej progresji.

Bez odliczania składki na NFZ

Ale jest jeszcze trzeci element - zmniejszenie odliczenia w PIT składki zdrowotnej. Niestety, znowu jesteśmy zdani na spekulacje. Artykuł w „DGP” mówi jedynie o „zmniejszeniu lub likwidacji” - szczegółów nie znamy.

Najpierw odrobina rządowego chaosu: w cytowanym już wywiadzie minister Kościński twierdzi, że o tym pomyśle nie słyszał. Czy rzeczywiście tak jest, czy może blefuje, próbując wpłynąć na ostateczny kształt propozycji - tego nie wiemy. Mimo wszystko przyjrzyjmy się tej propozycji.

Dziś każdy zatrudniony odprowadza do ZUS składkę zdrowotną w wysokości 9 proc. swojego wynagrodzenia brutto. Ale większość – czyli 7,75 proc. - zostaje odliczona od podatku dochodowego. Dla medianowej pensji w wysokości 4 tys. złotych brutto te 7,75 proc. to 310 złotych. Po likwidacji odliczenia pracownik z medianową pensją otrzymałby o tyle mniej. Najpewniej takie rozwiązanie znów będzie miało jakiś rodzaj progresji – mało możliwe, żeby rząd zmniejszał w ten sposób pensję nawet najsłabiej zarabiającym pracownikom. Na szczegóły znów musimy więc poczekać. Stratę może rekompensować jednak wyższa kwota wolna od podatku.

Składka na NFZ zależna od dochodu

Inna z zapowiadanych mian może natomiast mocniej dotknąć przedsiębiorców. Samozatrudnieni płacą dziś składkę od 80 proc. przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw z IV kwartału poprzedniego roku. 9 proc. od tej kwoty to w tym roku 381 złotych – niezależnie od zarobków.

Według „DGP” samozatrudnieni mają według nowych przepisów opłacać składkę proporcjonalnie do dochodów, czyli tak jak obecnie pracownicy. A to mogłoby zmniejszyć atrakcyjność wypychania pracowników na fikcyjne samozatrudnienie. Oczywiście łączy się też z koniecznością oddania państwu większej części dochodów przez jednoosobowe firmy. Tutaj nie ma wątpliwości: taka zmiana przyczyniłaby się do zwiększenia progresywności systemu podatkowo-składkowego, a także ograniczenia patologicznego dualizmu polskiego rynku pracy. Jest też pewne, że wywoła potężny opór.

Cztery progi?

Mamy więc kilka zmian, które wpływają na wysokość opodatkowania. Minister finansów Tadeusz Kościński uważa, że zmiany będą dla budżetu neutralne – czyli część z nas zyska, część straci. Wg niepotwierdzonych informacji rząd liczy, że na zmianach skorzysta 17 mln podatników (łącznie liczba podatników płacących PIT przekracza 27 mln). Jeśli zmiany mają być neutralne dla budżetu to nie ma siły: ok. 10 mln podatników musi zapłacić więcej.

Główny ekonomista FOR Sławomir Dudek przełożył przecieki z Nowego Ładu na język stawek podatkowych. Według niego, po uwzględnieniu wszystkich zmian (i po doliczeniu daniny solidarnościowej dla dochodów powyżej miliona złotych) stawki podatkowe będą wyglądały następująco:

  • 9 proc. dla dochodów poniżej 30 tys. złotych rocznie,
  • 26 proc. między 30 tys. a 120 tys.,
  • 41 proc. między 120 tys. a milionem złotych,
  • 45 proc. powyżej miliona złotych.

Zyskają też średniacy?

Ekonomista Michał Zygmunt na Twitterze opublikował wykres, na którym zaprezentował, jak według jego wyliczeń wyglądać będą straty i zyski w zależności od zarobków. Nad wykresem możecie też zobaczyć założenia, jakie przyjął ekonomista:

Wynika z niego, że osoby zarabiające do 5,8 tys. brutto zyskają. Co ciekawe, przy tych założeniach, nieco mniej podatku zapłaciłaby też wąska grupa zarabiająca nieco poniżej 12 tys. złotych. To niestety oczywiście wciąż spekulacje – na pełen projekt i jego całościową ocenę musimy poczekać do jego oficjalnej prezentacji.

Co z liniowcem?

W propozycjach PiS nie słychać o likwidacji wprowadzonego przez rząd Leszka Millera 19-procentowego liniowego podatku dla samozatrudnionych. Jednym z głównych motywów było wówczas - w 2014 roku - ograniczenie szarej strefy. O ile ta argumentacja mogła kiedyś mieć sens, to dziś, przy coraz skuteczniejszym systemie ściągania podatków, raczej go nie ma.

Z czasem "liniowiec" stał się jedną z większych luk w polskim systemie podatkowym. Dzięki temu przywilejowi ogromna część osób o wysokich dochodach może uciec od progu 32 proc. i płacić niższy podatek dochodowy. Przejście na „liniowiec” opłaca się samozatrudnionym już od ok. 100 tys. zł dochodu rocznie. Liniowo rozlicza się już ponad 700 tys. podatników – najzamożniejszy segment społeczeństwa. Gdyby faktycznie wprowadzono zależną od dochodów składkę na NFZ, atrakcyjność tej opcji nieco by spadła, ale nie na tyle, by powstrzymać ten wzrost: osoby o najwyższych dochodach wciąż będą ewakuować się z progresywnego systemu.

Gowin zrobi Rejtana?

Na pierwszy rzut oka pomysły, które przeciekły do mediów, wyglądają rozsądnie, ale diabeł tkwi w szczegółach, a na te jeszcze poczekamy. A jeszcze dłużej poczekamy na ewentualną realizację Nowego Ładu podatkowego.

Nietrudno się domyślić, kogo ma na myśli Kaczyński, gdy mówi o członkach obozu władzy, którzy mają dużo empatii dla "histerii" najzamożniejszych podatników, których przeraża wizja trochę wyższych podatków.

Jarosław Gowin już raz zablokował zmianę, która doraźnie obciążyłaby osoby o najwyższych dochodach - likwidację limitu składek (tamten projekt jednak, należy przypomnieć, był wyjątkowo nieprzemyślany). Nie ma powodu sądzić, że tym razem zrobi inaczej - tym bardziej, że koalicja Porozumienia z PiS i tak już w praktyce nie działa. Zwiększenie progresji mógłby poprzeć klub Lewicy - SLD i Lewica Razem miały to w programach - choć część ich wyborców przyjęłaby to z dużym niezadowoleniem (inna część byłaby z kolei rozczarowana, gdyby Lewica nie wykorzystała tej rzadkiej szansy, by zmniejszyć niesprawiedliwość polskiego systemu podatkowego - taka okazja może się długo nie powtórzyć).

W efekcie podatkowy Nowy Ład - zamiast zapowiadaną małą rewolucją - może stać się zaledwie obietnica wyborczą PiS. Tym razem w przyśpieszonych wyborach.

;

Udostępnij:

Bartosz Kocejko

Redaktor OKO.press. Współkieruje działem społeczno-ekonomicznym. Czasem pisze: o pracy, podatkach i polityce społecznej.

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze