0:00
Prawa autorskie: Martyna Niecko / Agencja GazetaMartyna Niecko / Age...
12 września 2022

O jeden oddział psychiatrii dziecięcej na Mazowszu i Podlasiu mniej. Na placu boju zostały 2 placówki

Dr hab. Barbara Remberk: „Proces rozwoju [psychiatrii dziecięcej] toczy się w równolegle z procesami degradacji. Stan zdrowia dzieci się pogarsza. Z jednej strony powstają nowe oddziały całodobowe, a z drugiej zamykają się stare. To jest taka zabawa w komórki do wynajęcia”

Wydrukuj

Sławomir Zagórski: 1 września 2022 przestał działać całodobowy oddział psychiatryczny dla dzieci i młodzieży w Konstancinie pod Warszawą. To jedna z trzech placówek tego typu obsługujących całe Mazowsze i Podlasie. Działa nadal prowadzony przez panią oddział w warszawskim Instytucie Psychiatrii i Neurologii oraz oddział w Józefowie.

Dr hab. Barbara Remberk*: To bardzo niedobra wiadomość. Wiedzieliśmy, że trójka lekarzy z Konstancina złożyła jakiś czas temu wymówienia, ale mieliśmy nadzieję, że szpital znajdzie pracowników. Jak widać, to się nie udało.

W Pani oddziale w zeszłym roku było podobnie, a jednak kryzys zażegnano.

Dyrekcja mojego Instytutu zgodziła się na podwyżki i lekarze wycofali wymówienia. Proszę jednak pamiętać, że Instytut to jednostka budżetowa, tymczasem placówka w Konstancinie jest prywatna, ma podpisany kontrakt z NFZ.

Całodobowy oddział psychiatrii dziecięcej jest finansowo nieopłacalny.

Ministerstwu Zdrowia zależało na pozytywnym rozwiązaniu kwestii Konstancina. Psychiatria dziecięca to od dawna gorący temat w mediach.

Rzeczywiście słyszałam o takich próbach. W Konstancinie nadal działa psychiatryczny oddział dzienny dla dzieci i młodzieży. Być może dyrekcja mogłaby oddelegować lekarza z oddziału dziennego na całodobowy, ale z jakichś powodów tego nie robi.

Rozumiem, że lekarze, którzy odeszli z pracy, nie mają kłopotów z zatrudnieniem? Chociażby w znacznie lepiej opłacanym sektorze prywatnym.

Nie mają.

Praca w oddziale całodobowym jest obciążająca. Jeśli pójdą np. do prywatnej przychodni, nie tylko lepiej zarobią, ale będą mieli znacznie spokojniejszą pracę, na dodatek bez szefów nad głową.

Ale co z dziećmi? Te lżej chore wypisano do domu lub przeniesiono na oddział dzienny. Te, wymagające nadal całodobowej opieki, wysłano gdzie indziej. Miejsc jednak ubyło. Jak to wpłynie na sytuację w pani oddziale, w całym regionie?

Na razie żyjemy i ten tydzień przeżyjemy, bo dopiero się zaczął rok szkolny. Ale pytanie, co będzie później.

W październiku ma się otworzyć oddział psychiatryczny w Białymstoku. Są też plany zorganizowania oddziału młodzieżowego w warszawskim szpitalu na Solcu, ale to dopiero za parę miesięcy.

Powinien też zacząć działać oddział w warszawskim Centrum Zdrowia Dziecka.

Gdybym jednak miała popatrzeć na sytuację całościowo, powiedziałabym, że proces rozwoju toczy się w ostatnich latach równolegle z procesami degradacji. I teraz pytanie, co wygra.

No ale ten Białystok to jest jakieś światło w tunelu?

Tak. Powiedzmy dość słabe światło. Lekarze z Białegostoku mimo braku oddziału starali się zaopatrywać swoich pacjentów na miejscu. Wcale nie tak często ich do nas wysyłali.

Dla nas najbardziej męczące są ostre dyżury. Wąskim gardłem na Izbie Przyjęć jest to, że w trakcie ostrego dyżuru do lekarza spływa ogromna liczba pacjentów, z którymi nie ma co zrobić.

A do tego pomoc psychiatryczna finansowana jest przez NFZ w bardzo niekorzystny sposób. Jeżeli bowiem w szpitalu pełniącym dyżur nie ma miejsc i lekarz musi przesyłać pacjenta do innej placówki, to za transport płaci ten szpital, z którego chory jest wysyłany. Tymczasem jeden taki przejazd kosztuje średnio tyle, co dwa dni funkcjonowania Izby, ponieważ pacjent jest zwykle wieziony poza województwo. Nie mówiąc już o tym, co to oznacza dla młodego pacjenta i jego bliskich.

Czyli z punktu widzenia finansowego, jeżeli tylko na miejscu jest choć jeden wolny materac, to taniej jest przyjąć tego pacjenta niż płacić za odesłanie?

Tak właśnie jest. Mimo to odsyłamy. Zarząd szpitala rozumie, że pieniądze to nie wszystko.

Kierujemy się bezpieczeństwem pacjentów, a także personelu. Do pewnego czasu można dołożyć jeszcze jeden materac, ale później robi się to fizycznie niebezpieczne dla wszystkich zainteresowanych.

Na razie sytuacja u pani na oddziale jest w miarę spokojna?

Jeszcze niedawno pacjentów było mniej, ale w tej chwili oddział jest już zapełniony.

To wyjątkowo trudny moment dla dzieci – powrót do szkół. W szpitalach odczuwacie to co roku, ale chyba z pewnym opóźnieniem?

Zawsze było tak, że natłok pacjentów zaczynał się w połowie września. Tymczasem w ubiegłym, pandemicznym roku, dzieci zaczęły trafiać do nas już 1 - 2 września. Teraz czujemy wprawdzie początek szkoły, ale jeszcze nie tak gwałtownie, jak w zeszłym roku.

Pani ekipa po zeszłorocznym kryzysie jakoś się trzyma?

Ale atmosfera nie jest dobra. Co prawda koledzy nie złożyli wypowiedzeń w sierpniu, z tym że nie wiem, co zrobią we wrześniu.

A rezydenci, którzy robią u pani specjalizację? Jaki jest ich stan ducha? Zdadzą egzamin specjalizacyjny i pojadą ratować niemieckie czy skandynawskie dzieci?

Nie rozmawiałam z nimi na ten temat, ale chyba nie. Korzystnych finansowo ofert pracy jest bardzo dużo i to pracy, która ma sens.

Pełniła pani funkcję krajowej konsultantki psychiatrii dziecięcej i młodzieżowej, ma pani duże doświadczenie w tym zakresie. Ma pani dziś poczucie, że sprawy idą powoli, ale w dobrym kierunku? Czy raczej mamy do czynienia ze stagnacją lub wręcz dalszym pogarszaniem się sytuacji?

To zależy, o czym mówimy. Uważam, że stan zdrowia dzieci się pogarsza.

Natomiast jeśli mowa o systemie, to otworzyły się środowiskowe poradnie psychologiczne. To nowa jakość. Wcześniej czegoś takiego w Polsce nie było. Jest też wyższa świadomość społeczna, jest oczekiwanie na zmiany. Jest wreszcie więcej psychoterapii w systemie i ludzie wiedzą, że mają jej szukać.

Są również tzw. POWER-owskie projekty, które niestety obejmują tylko niektóre rejony.

Co to za projekty?

Są finansowane z Europejskiego Funduszu Społecznego, rozpoczęto je rok temu. Dzięki nim powstały w Polsce nowe placówki, w których składzie jest poradnia psychologiczna, poradnia psychiatryczna i oddział dzienny. Co istotne, po zakończeniu finansowania placówki te mają obowiązek prowadzenia dalszej działalności.

One są związane z konkretnym rejonem i tak np. nasz Instytut prowadzi taki projekt na Mokotowie [jedna z dzielnic Warszawy]. W tym ogólnym niedostatku to jednak kolejne miejsce, które może udzielić pomocy.

Wracam do tego, co idzie źle. Uważam, że dotyczy to tzw. drugiego i trzeciego poziomu opieki psychiatrycznej, czyli poradni i oddziałów całodobowych, czego najlepszym przykładem jest właśnie Konstancin.

Od lipca 2022 poradnie zdrowia psychicznego i oddziały całodobowe pracują na trochę innych zasadach. Największe zmiany dotyczyły poradni. Jest duża rotacja, dużo zamieszania. Czasem ktoś próbuje otworzyć poradnię, zatrudnia lekarza, a później lekarz sobie idzie.

Jeśli chodzi o oddziały całodobowe, to z jednej strony powstają nowe, a z drugiej zamykają się stare. To jest taka zabawa w komórki do wynajęcia.

Jak mówiłam, trwa równolegle proces rozpadu i proces konstrukcji. Ludzie idą coraz częściej do prywatnego sektora. Mimo wszystko łatwiej jest pójść do psychiatry prywatnie niż tygodniami szukać pomocy w publicznym sektorze. Jest to jakiś sposób realizacji zaspokojenia potrzeb zdrowotnych, przynajmniej dla części pacjentów.

Akurat w psychiatrii chorym czy ich opiekunom może często brakować pieniędzy na leczenie. Więc liczenie tu na opiekę płatną nie jest fajne.

Nie jest. Zwłaszcza że w Warszawie takie wizyty są naprawdę drogie.

Mówi pani, że zdrowie psychiczne dzieci się pogarsza.

De facto mamy niewiele twardych danych na ten temat. Wiemy np., że w 2021 roku wzrosła liczba samobójstw wśród dzieci i młodzieży.

Odnoszę nieodparte wrażenie, że dzieci bardzo źle znoszą teraz szkołę. Po pierwsze liczy się tu szkoła jako system, a po drugie to, co się tam dzieje. To, jak się czują uczniowie w szkole, zależy od tego, jak się w niej czują nauczyciele. A to kolejny, obszerny wątek.

W innych krajach też jest kryzys w psychiatrii dziecięcej? Co mówią pani koledzy z Francji, Niemiec?

Wątek niedoboru zasobów pojawia się właściwie wszędzie. Również niemal wszędzie króluje ten sam kierunek psychiatrii dziecięcej, żeby oddawać jak najwięcej obowiązków nie lekarzom, lecz innym profesjonalistom.

Planujemy w Polsce adaptować pewne narzędzie z zagranicy. Chodzi o protokół wsparcia nastolatków, który został opracowany w Stanach Zjednoczonych w odpowiedzi na następującą sytuację. Przyjeżdża pacjent na SOR po próbie samobójczej, nie ma miejsca w szpitalu psychiatrycznym i nie wiadomo co z nim zrobić.

Powszechny brak lekarzy to jedna sprawa. Ale chodzi też o to, że świat staje się pod wieloma względami coraz trudniejszy dla dzieci i młodzieży. A może tylko nam się tak wydaje?

Dla wielu wrażliwszych dzieci świat łatwy nie jest. My w Polsce mamy jeszcze stosunkowo niewiele osób, które wypadły z systemu. Nie mówię tu o zdegenerowanych alkoholikach, tylko o ludziach po szkole czy zamiast szkoły.

Mamy bowiem coraz częściej pacjentów, których rodzice np. pracowali 3 lata w Irlandii, potem 2 lata w Holandii, a później dziecko wraca do Polski i nie umie pisać na oczekiwanym poziomie w żadnym języku. Tam się przemknęło. Przyjechało do nowego kraju, to dali mu spokój, bo się adaptuje, a później rodzice zaczęli się martwić, coś robić, ale akurat pojechali gdzieś indziej.

Trafiły już do pani na oddział ukraińskie dzieci?

Teraz akurat ich nie ma, ale tak, mieliśmy pacjentów z Ukrainy. Część z nich mieszka w Polsce od dawna.

Myślałem raczej o nowych przybyszach.

Mieliśmy w szpitalu osoby, które cierpiały na chorobę, którą prawdopodobnie przechodziłyby tak samo na Ukrainie. Chociaż oczywiście stres pogarsza przebieg chorób, nawet jeżeli człowiek miał je już wcześniej. Opiekujemy się też kilkoma osobami w poradni.

Natomiast ci dodatkowi pacjenci z pewnością nie pogorszyli sytuacji, w jakiej znajdują się od dawna nasze dzieci i młodzież.

To się naprawdę musi zmienić. Wszyscy na to czekamy.

*Dr hab. Barbara Remberk, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne