Premier Morawiecki ogłosił sukces rozmów klimatycznych w Brukseli, przekonując, że nasz kraj jako jedyny nie musi osiągnąć w 2050 roku neutralności klimatycznej. To nieprawda, że w Polsce nie możemy odchodzić od węgla w energetyce. Może się okazać, że pozostawanie przy węglu będzie nas kosztować więcej niż energetyczna transformacja

Polska jako jedyna nie zadeklarowała gotowości do osiągnięcia neutralności klimatycznej za 30 lat (!). Tyle tylko, że neutralność klimatyczna (czyli nie brak emisji, a pochłanianie „na zero” tego, co wyemitowane) dotyczy całej Wspólnoty, a więc uśrednionych pomiarów. A to oznacza, że część krajów zrobi więcej na rzecz tych, które zrobią mniej. Co nie znaczy, że nie mają robić wcale.

Gdyby rząd trzymał się dotychczasowej narracji mówiącej o tym, że nie negujemy samej idei, ale chcemy jak najwięcej dla siebie ugrać na pokrycie gigantycznych kosztów transformacji, sytuacja wyglądałaby inaczej.

Tymczasem politycy PiS, w tym m.in. Jarosław Kaczyński, Beata Mazurek czy Michał Dworczyk w mediach społecznościowych odtrąbili wielki sukces premiera Morawieckiego.

Znamienne, że sukcesu nie ogłosił minister klimatu Michał Kurtyka, jedna z nielicznych znających się na rzeczy osób w rządzie PiS.

Polska jednak nie zawetuje polityki klimatycznej

Konkluzje Rady UE nie są na razie objęte formalnym wetem Polski, bo wiążące decyzje dotyczące neutralności klimatycznej Unii Europejskiej będą zapadać w czerwcu 2020 roku. I jest wielce prawdopodobne, że Polska ich nie zawetuje. I to nie dlatego, że palcem pogroził francuski prezydent Emmanuel Macron sugerujący, że przy twardym „nie” możemy stracić fundusze z puli 100 mld euro na transformację.

Dlatego, że w czerwcu będziemy już po maratonie kampanii wyborczych i po wyborach prezydenckich, więc nie będzie trzeba chwilowo niczego udowadniać i obiecywać na krajowym podwórku. Nawet górnikom. I nawet odbiorcom cen energii.

„Moim zdaniem wygraliśmy sześć miesięcy na to, żeby się zastanowić nad tym, czy przyłączymy się do procesu, w którym i tak jesteśmy. Oraz nieufność pozostałych państw członkowskich” – mówi OKO.press Lidia Wojtal, specjalistka ds. dyplomacji klimatycznej.

„Polska znów zmarnowała swój kapitał na bezsensowne weto. Weto, które niczego nie załatwia, ani niczego nie blokuje. Komisja ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru z grubszym portfelem. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia” – ocenia Krzysztof Bolesta z Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Rząd broni węgla (rosyjskiego) jak niepodległości

W Polsce 78 proc. energii elektrycznej produkuje się z węgla kamiennego i węgla brunatnego. To największy udział tych paliw w miksie energetycznym spośród wszystkich państw członkowskich. Polska jest największym w UE i drugim co do wielkości w Europie (po Rosji) producentem węgla kamiennego.

Przez wiele lat węgiel kamienny i brunatny były najtańszymi paliwami do produkcji energii. Tyle, że to już przeszłość. W Unii bowiem obowiązuje tzw. EU ETS, czyli system handlu emisjami. O ile jeszcze niedawno za tonę emisji dwutlenku węgla trzeba było zapłacić  6-7 euro, a Polska w ramach derogacji (czyli czegoś na kształt klimatycznego rabatu jaki dostaliśmy mniej więcej dekadę temu) dostała sporą pulę darmowych praw do emisji CO2, tak teraz sytuacja wygląda inaczej.

Darmowych uprawnień będzie coraz mniej, a więc będą jeszcze droższe – w tym roku cena ocierała się już o 30 euro za tonę (teraz to ok. 25 euro, ale prognozy mówią o przełamaniu bariery 40 euro nawet w perspektywie kilkunastu miesięcy).

Polska więcej importuje, niż eksportuje

Trudna sytuacja powstała w roku 2018, bo doszły do tego bardzo wysokie ceny węgla – w pewnym momencie na aukcjach energii okazało się, że bardziej konkurencyjna będzie energia wyprodukowana z wiatru niż z węgla i to w sytuacji, gdy ustawa o odnawialnych źródłach energii (OZE) była jeszcze dla inwestorów bardzo niekorzystna, przed ostatnią nowelizacją.

Teraz węgiel na światowych rynkach potaniał, w portach ARA (Amsterdam – Rotterdam – Antwerpia) kosztuje ok. 54 dolarów za tonę, choć rok temu o tej porze dobijał do 90 dolarów.

Polska przez wszystkie lata budowania swej potęgi na tanim węglu powtarzała, że krajowy surowiec jest dla nas gwarancją bezpieczeństwa energetycznego i dlatego będziemy go bronić. Argument słuszny – Francja jako właściciel technologii broniła atomu, Dania technologii wiatrowych. Sęk w tym, że w zasadzie nasz ostatni argument wytrącono nam z ręki.

Od 2008 roku do dziś (z przerwą na dwa lata) Polska jest importerem netto węgla kamiennego, co oznacza, że z zagranicy sprowadzamy go więcej, niż za granicą sprzedajemy. Bilans handlowy w węglu, a nawet jego import nie jest niczym nowym.

W 2011 roku padł pierwszy szokujący rekord 15 mln ton importu w skali roku. Potem jednak sytuacja się uspokoiła, więc ani rząd PO-PSL nie zrealizował obiecywanej skargi dumpingowej na Rosję, skąd kupujemy najwięcej, ani później rząd PiS mimo zapowiedzi o nie wspieraniu Putina i wojny w Donbasie zakupami rosyjskiego surowca nie zrealizował planu embarga na wschodnie paliwo, ani nie nałożył na nie cła.

To proste – ani jedna, ani druga władza nie mogła takich planów zrealizować w pojedynkę, bo musiałaby to zrobić cała UE, a poza tym Rosja jest członkiem Światowej Organizacji Handlu (WTO) i na tym poziomie również pojawiłyby się problemy.

Poza tym Niemcy nie mają żadnego interesu w takiej blokadzie po tym, jak w 2018 roku zamknęli ostatnią kopalnię węgla kamiennego w swoim kraju, ale wcale nie zaprzestali jego spalania, więc ok. 50 mln ton muszą skądś importować. A z Rosji jest najtaniej.

W 2018 rekord – 20 mln ton z Rosji

Skoro szumne zapowiedzi nie wypaliły, import spokojnie sobie rósł. W 2018 roku padł jego rekord – do Polski przyjechało prawie 20 mln ton surowca, z czego niemal 70 proc. pochodziło z Rosji. Przy krajowym wydobyciu węgla kamiennego na poziomie 63 mln ton w skali roku (chodzi zarówno o węgiel energetyczny, jak i koksujący – bazę do produkcji stali) takie ilości mogą robić wrażenie.

W takiej sytuacji trudno także mówić o bezpieczeństwie energetycznym w oparciu o własny surowiec.

W tym roku kolejnego rekordu nie będzie, ale import wcale nie spada w takim tempie w jakim można by tego oczekiwać. Z dostępnych na teraz danych Eurostatu wynika, że od stycznia do września przyjechało 11,95 mln ton węgla wobec 13,66 mln ton w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Na zwałach polskich kopalń leży prawie 5 mln ton niesprzedanego paliwa (liczy to katowicki oddział ARP), zapasy elektrowni i ciepłowni są na odpowiednim poziomie wymaganym ustawą, więc szans na rekord na pewno nie ma. Ale spadek importu o ok. 10 proc. w porównaniu do ubiegłego roku to jednak za mało, by użyć tego oręża w walce w Brukseli.

Czy naprawdę nas nie stać?

Konia z rzędem temu, kto naprawdę umie policzyć, ile będzie nas kosztowała transformacja energetyczna i odejście od węgla w perspektywie 2050 roku. Kwoty, które padają są bardzo różne. Resort energii (poprzednik obecnego Ministerstwa Aktywów Państwowych) jeszcze w listopadzie w poprawionym po roku projekcie Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku założył, że w tym czasie powinniśmy wydać 140 mld euro.

Forum Energii szacuje koszty zmian w samym tylko ciepłownictwie na 410 mld zł, czyli ok. 100 mld euro do 2050 roku. Padały już nawet kwoty łączne dla całej gospodarki na poziomie 400 mld euro na 30 najbliższych lat. To gigantyczne pieniądze.

„Polityka klimatyczna, a także siostrzana wobec niej polityka energetyczna, muszą być prowadzone w ramach tak bardzo długoterminowych, że rozmowa o kosztach zawsze będzie obarczona sporym ryzykiem błędu. Zawsze też będzie mogła być poddana krytyce przez przeciwników politycznych z uwagi na konieczność dokonywania estymacji kosztów w przyszłości, z uwzględnieniem technologii, których albo nie jesteśmy w stanie dokładnie wycenić, albo takich, których w zasadzie jeszcze nie znamy” – mówi OKO.press mecenas Jan Sakławski, partner w kancelarii Brysiewicz&Wspólnicy.

„Dziś zakładamy, że do bilansowania niestabilnego wytwarzania energii z OZE będziemy wykorzystywać hybrydowość instalacji, magazyny energii czy też źródła gazowe, które ze względu na uwarunkowania technologiczne jesteśmy w stanie uruchamiać natychmiast, bez długiego okresu rozruchu.

Nie jest jednak przecież wykluczone, że za kilka lat pojawią się nowe technologie, które będą powyższe role spełniać lepiej i taniej” – dodaje.

Wiatr z Bałtyku

Jeszcze dekadę temu rozmowa o polskich morskich farmach wiatrowych na Bałtyku kończyła się na sferze debat i planów. Bo za drogo. A teraz, co prawda wolno, ale jednak, sprawa rusza do przodu. Wiatraki na morzu chce budować już nie tylko prywatna Polenergia, ale całkiem na serio mówią o tym PGE i Orlen, który niedawno ogłosił wezwanie na gdańską Energę, która mogłaby być narzędziem do realizacji tych celów (pod warunkiem wycofania się z budowy 1000 MW na węglu w Ostrołęce C, czyli projektu, który nie dość, że ma kosztować nawet o połowę więcej niż zakładane 6 mld zł, to na dodatek nigdy się nie zwróci).

„Transformacja energetyczna zakładająca choćby redukcję udziału węgla w miksie do 50 proc. to koszty inwestycyjne liczone w setkach miliardów złotych. Koszty te poniesie częściowo państwo, częściowo duże grupy energetyczne, częściowo duży przemysł ale częściowo również my – obywatele.

Nie można dzisiaj przeprowadzać szerokiej operacji inwestycyjnej na taką skalę łudząc się, że koszt megawatogodziny w gospodarstwach domowych nie wzrośnie. Z drugiej strony, eksperci sygnalizują, że każdy rok nieosiągnięcia celu OZE (15 proc. w 2020 roku) to blisko 8 mld zł dodatkowych kosztów transferu statystycznego – tłumaczy Sakławski.

Jeśli Polska nie spełni unijnego celu OZE na poziomie 15 proc. na koniec przyszłego roku, to braki będzie musiała kupić – nie jest to kara, ale tak czy owak dodatkowy koszt.

Dlatego mówienie, że rząd odniósł sukces w Brukseli i przez to ceny prądu będą niższe jest mijaniem się z prawdą.

„Najgorsze co może się Polsce przytrafić w tej sytuacji, to rozpoczęcie długofalowej polityki inwestycyjnej i zmienianie jej radykalnie za każdym razem, gdy do władzy będzie dochodzić ekipa o wizji odmiennej od wizji poprzedników. Energetyce i klimatowi potrzebne jest długofalowe planowanie i konsensus polityczny, odnoszący się bardziej do rozumienia polityki jako »policy« niż »politics«. W tej sytuacji naprawdę jedynym rozsądnym wyjściem mogącym zabezpieczyć energetycznie Polskę przy jednoczesnym utrzymaniu jej jako wiarygodnego partnera w realizacji polityki klimatycznej Europy i świata jest zorganizowanie jakiejś formy okrągłego stołu pomiędzy wiodącymi siłami politycznymi, który pozwoliłby na wyzwolenie tego sektora z jego największej bolączki, czyli ciągłych zmian strategii” – konkluduje prawnik.

Niestety, próżno jednak liczyć na merytoryczną rozmowę o energetyce w Polsce, bo temat jest traktowany jako drażliwy przez wszystkie siły polityczne. Efekty jednak odczujemy wszyscy i to prędzej niż później.

Warto bowiem przypomnieć, że Komisja Europejska przez rok nadal nie notyfikowała ustawy zamrażającej ceny prądu na 2019 roku (ustawa prądowa została uchwalona ekspresowo 28 grudnia 2018), a po 2021 roku ręczne sterowanie rynkiem przestanie istnieć, bo zgodnie z unijnym prawem ceny dla wszystkich zostaną uwolnione (obecnie taryfy dla tzw. grupy G, czyli gospodarstwa domowych zatwierdza prezes Urzędu Regulacji Energetyki).

OKO.press sprawdza, czy politycy ratują świat przed katastrofą klimatyczną.
Wesprzyj nas, też chcemy przeżyć.

Komentarze

  1. Jeps Luki

    Kosciol katolicki jest przeciw ekologi bo nie widza w tym kasy to potwierdza tylko jaka ta religia zaklamana ,dadza PIS racje bo dawaja kase powinni sie wszyscy Polscy Pseudokatolicy zastanowic czy dalej chca nalezec do tej sekty Judaszowej sprzedawczyki kto da wiecej ten ma racje

Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!