0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Jakub Wlodek / Agencja GazetaJakub Wlodek / Agenc...

W czasie, gdy Polacy i Polki pomagają uchodźcom z Ukrainy na ogromną skalę, na granicy z Białorusią, gdzie przedłużony został stan wyjątkowy, polskie służby kontynuują praktykę wypychania. Grupa Granica niemal codziennie informuje o podejmowanych interwencjach. Zwiększony ruch ma mieć związek z faktem, że Białorusini próbują siłą "opróżnić" z migrantów ośrodek tymczasowy w Bruzgach.

Kilka dni temu działacze opublikowali materiały z iracką rodziną z szóstką dzieci. Straż Graniczna jedną z osób przekazała do szpitala, resztę - wypchnęła do Białorusi.

Nagranie na Twitterze skomentowała Janina Ochojska:

"Panowie Kamiński i Wąsik, nie wmawiajcie nam, że na granicy PL-BY rodziny z dziećmi są traktowane tak samo jak na PL-UA. Też zostaniecie osądzeni za te zbrodnie, które kojarzą mi się z nazizmem i rasizmem. Możecie donosić na mnie do prokuratury, ja będę mówiła prawdę".

View post on Twitter

Na odpowiedź wiceministra Macieja Wąsika nie trzeba było długo czekać:

"Mi się Pani kojarzy z Putinem i ze zdradą Polski. Wspiera pani działania Łukaszenki i Putina zmierzające do destabilizacji Polski. I to podczas ataku Putina na Ukrainę!

Dosyć tego! Proszę przestać wspierać Putina i Łukaszenkę!" - napisał wiceszef MSWiA.

Gwoli ścisłości: 18 marca Ochojska oskarżyła Straż Graniczną o pobicie Albagira, uchodźcy z Sudanu, którego historię opisywała "Gazeta Wyborcza". W rzeczywistości został on pobity przez strażników białoruskich. Europosłanka przeprosiła za oskarżenie:

View post on Twitter

O to także pytamy ją w rozmowie (cały wywiad poniżej w tekście).

Przeczytaj także:

"Zakłamana k*rew", "podła baba", "celebrytka"

Wątek wspierania Putina podchwycił także Paweł Szrot z Kancelarii Prezydenta, pytając, czy "Pani poseł Ochojska zaczyna zauważać potrzebę denazyfikacji Polski?".

Nie są to pojedyncze głosy. W ostatnich dniach Janina Ochojska przemawiała także w Parlamencie Europejskim, gdzie również przypomniała o podwójnych standardach w traktowaniu uchodźców przez polskie władze, za co również od tygodnia sypią się na nią gromy.

"Kim jest pani Ochojska - wszyscy już wiedzą" - pisze Marzena Paczuska.

Dawid Wildstein, do niedawna wicedyrektor biura programowego TVP, określił jej wystąpienie w PE jako "zdradę, 5 kolumnę". "Ta kobieta bardziej nienawidzi PiSu niż Putina. To dziś skrajnie groźne.

To musi być koniec tej opętanej nienawiścią postaci" - dodawał.

Kilka dni później stwierdził także w jednym z wpisów wprost, że Janina Ochojska nie pomaga uchodźcom z Ukrainy.

Na pozór oskarżanie o putinizm Ochojskiej, założycielki i prezeski Polskiej Akcji Humanitarnej, która organizowała pomoc dla Czeczenii bombardowanej przez putinowską Rosję, która teraz pomaga Ukraińcom na przejściach granicznych i na terenie samej Ukrainy, jest absurdalne. Nie dla prawicy.

Prorządowe troll-konta nazywają ją "ruską onucą", piszą, że wspieranie PAH to wspieranie Putina. Prominentne postaci prawicy, m.in. Stanisław Janecki, sugerują, że należy ją skazać z art. 129 kk (działanie na szkodę Rzeczpospolitej Polskiej). Janecki w jednym z wpisów nazywa ją także "celebrytką". O zdradę stanu oskarża ją Paweł Kukiz.

Wszystkich przebiła jednak Małgorzata Jacyna-Witt, radna PiS ze Szczecina i szefowa zachodniopomorskich struktur partii, która podała dalej wpis troll konta nazywającego Janinę Ochojską "zakłamaną k*rwą". Gdy zwrócono jej uwagę, że na przekroczenie granic debaty, stwierdziła, że sama jej tak nie nazwała, "bo mi nie wypada, ale wypada mi polubić". W kolejnych wpisach Jacyna-Witt nazywa Ochojską "polonofobką", "podłą babą".

"To kontynuacja mojej pracy"

Dominika Sitnicka, OKO.press: Minister Wąsik stwierdził, że kojarzy mu się pani z Putinem. I że jest pani zdrajczynią Polski. Co Pani myśli, kiedy słyszy takie słowa?

Janina Ochojska: Myślę, że to śmieszne. Tak mówią dzieci, kiedy nie mają argumentu: jesteś brzydki, jesteś głupia. Pan minister stosuje tę samą zasadę. Spodziewałabym się merytorycznej odpowiedzi, ale on jej niestety nie ma. Prawdą jest, że na tych granicach jedni są bohaterami, a innych się kryminalizuje. W jednej części stosuje się Konwencję genewską, w drugiej nie. W jednej organizacje mogą pracować, w drugiej nie. Na jednej granicy robi się wszystko, by pomóc wojennym uchodźcom, a na drugiej wyrzuca się ich do lasu. Do jednej jest bezpośredni dostęp, do drugiej zamknięty. Dlaczego? Wiceminister może sobie używać tych dziecinnych porównań do Putina, ale to nie zmienia faktu, że nie ma odpowiedzi na te pytania.

O ile dobrze rozumiem jego reakcję, to była też odpowiedzią na to, że porównała go Pani do nazistowskich zbrodniarzy.

Kilka miesięcy temu już pan minister obruszył się na użyte przeze mnie słowa. Podobno zgłosił nawet do prokuratury, że obraziłam Straż Graniczną i służby. Przypominam, że powiedziałam, że te działania przypominają mi zachowania z niemieckich i sowieckich obozów. Ale tym razem moja wypowiedź była łagodniejsza. Niemniej, kluczowe w tej sprawie jest to, że ministrowi po prostu brakuje argumentów.

To może ja przytoczę ten główny argument. Rząd oraz służby mówią, że w Ukrainie teraz jest wojna, więc uciekający stamtąd Ukraińcy i Ukrainki to prawdziwi uchodźcy. My jesteśmy pierwszym bezpiecznym krajem, dlatego ich przyjmujemy. Te osoby, które zjawiały się na granicy polsko-białoruskiej, to nie uchodźcy, tylko migranci ekonomiczni. Przyjechali nie wiadomo skąd, a w dodatku umożliwiła im to specjalna operacja Łukaszenki, który w ten sposób próbuje destabilizować kraje naszego regionu.

Te osoby uciekają przed skutkami wojny z Jemenu, Afganistanu, z Syrii, z Iraku. Jest jakaś lepsza albo gorsza wojna? Jedni i drudzy są uchodźcami wojennymi. Te słowa, do których wszyscy się odnoszą, napisałam po zobaczeniu, co zrobiono z szóstką irackich dzieci, które razem z rodzicami zostały wyrzucone do lasu na granicę. W przypadku Ukrainy pokazujemy humanitarną twarz - to dobrze. Ale odmawiamy tego samego kilkudziesięciu osobom, które próbują przekroczyć granicę białoruską. To nieludzkie. Wiemy, że zginęło tam co najmniej dwadzieścia jeden osób. To już o dwadzieścia jeden osób za dużo. Cały czas pytam o to, co rząd chce ukryć, zamykając dostęp do tamtej granicy. Mnie to przeraża. Ci uchodźcy, którzy przeszli tę strefę opowiadają różne rzeczy. Trzeba oczywiście do tego podchodzić z pewną rezerwą, ale to niemożliwe, żeby wszyscy zmyślali i mówili to samo. Poza tym skąd wiadomo, że to uchodźcy ekonomiczni, skoro wyrzuca się ich na granicę bez rozmowy, przejrzenia dokumentów i dania możliwości złożenia wniosku o ochronę międzynarodową.

Od czasu kryzysu na granicy polsko-białoruskiej i Pani mocnych wypowiedzi na temat działań rządu w tej sprawie, jest pani cały czas obiektem silnej krytyki. Prawica twierdzi, że tymi wystąpieniami przekreśliła Pani swój dorobek.

Ja wiem, co w życiu zrobiłam. Jestem bardzo szczęśliwa, że miałam możliwość pomocy tylu ludziom w krajach dotkniętych wojnami i katastrofami. Uważam, że to, co robię i mówię jest tego kontynuacją. Pierwszy raz z uchodźcami zetknęłam się w 1993 roku, kiedy do Polski premier Hanna Suchocka sprowadziła osoby uciekające przed wojną w Bośni. Wtedy byliśmy początkującą organizacją, staraliśmy się pomóc tym ludziom. Przez te lata przewinęło się w moim życiu wiele historii uchodźczych. Pracowałam z nimi zarówno w krajach pochodzenia, jak i w Polsce. Wiem, co to oznacza. Gdy teraz myślę o tej wojnie, zastanawiam się cały czas, jak to się może rozwinąć. My też jesteśmy zagrożeni. My też możemy się stać uchodźcami. Czy chcemy, żeby nas wypychano do lasu, bo nie jesteśmy godni pomocy?

Poza tym nie każdy, kto poprosi o ochronę międzynarodową, dostanie ją. Ta rodzina z Iraku z szóstką dzieci po złożeniu wniosku o ochronę międzynarodową powinna była zostać przewieziona do ośrodka zamkniętego albo ośrodka otwartego. I powinna być wobec nich wszczęta procedura, która określa, czy mogą dostać ochronę. Jeśli nie, to przysługuje im odwołanie. Po ostatecznej decyzji sądów administracyjnych takie osoby mogą podlegać deportacji. Nikt, kto jest niebezpieczny, kto nie powinien korzystać z takiej możliwości, nie zostanie tu. A służby nie stosują procedur, wyrzucają ich i jeszcze udają, że nikogo tu nie było. Gdyby nie filmy udostępniane przez aktywistów i dziennikarzy w ogóle byśmy się o nich nie dowiadywali.

Jeśli ktoś mówi, że upominanie się o te osoby przekreśla mój dorobek, to po prostu nie rozumie tego, co robiłam przez te trzydzieści lat. Uważam, że każdej osobie, która o to prosi, należy się ochrona. Mamy od tego procedury.

Aktywiści muszą ukrywać się z pomocą dla tych osób, tylko potajemnie mogą ich przyjąć w domach, żeby mogli się umyć, ogrzać, najeść. A ci, którzy przyjmują rodziny ukraińskie, mogą się tym pochwalić na mediach społecznościowych. Mnie bardzo boli, że nas wepchnięto w takie ramki społeczeństwa, które boi się uchodźców i nie ma w sobie empatii wobec ofiar różnych wojen. Tak naprawdę od '89 roku żaden rząd w Polsce nie sprzyjał uchodźcom. Żaden rząd nie wspierał organizacji pozarządowych tak jak np. w Czechach. To powoduje, że nasze społeczeństwo obywatelskie ma niską świadomość.

Stać nas na gest pomocy. Podziwiam to i jestem z tego dumna. Nie wyobrażam sobie, że w tej sytuacji moglibyśmy w ogóle zachować się inaczej. Ale musimy przyznać, że to nie jest pełen obrazek.

Swoimi słowami w Parlamencie Europejskim wywołała Pani kolejną burzę, mówiąc, że to nie rząd, tylko Polacy pomagają Ukraińcom i Ukrainkom. A do tego, że ta pomoc jest wybiórcza, bo dotyczy tylko osób z naszego kręgu kulturowego.

Ale takie są fakty. Oczywiście, że każdy chciałby być postrzegany jako wspaniały, szlachetny, ofiarny. Mieć tylko aureolę. Ale nie jesteśmy aniołami. Mamy na swoim sumieniu chociażby śmierć tych 21 osób. O tym też trzeba mówić. Jest przecież taki trend w historii, by mówić prawdę. Tak jest na przykład z Holocaustem. Możemy powtarzać, że tylko ratowaliśmy Żydów, ale wiemy, że było inaczej i w naszej historii są też wstydliwe karty. Jeśli będziemy takie rzeczy starać się przemilczeć, to narażamy się na powtarzanie tych błędów.

To uparte zaprzeczanie faktom, budowanie świetlanej historii, to jest ideologia tego rządu, podlana żarliwą wiarą. Jeśli nasza wiara jest taka wielka, to powinna pchać nas ku pomocy tym ludziom, a nie kazać nam odwracać wzrok. Tak zresztą wiara chrześcijańska nakazuje.

Kolejna fala krytyki spadła na Panią w związku z pani wpisem o artykule z New York Times'a, gdzie opisana jest historia Albagira z Sudanu. Napisała Pani, że pobiła go polska Straż Graniczna, tymczasem w tekście opisana jest przemoc ze strony białoruskich pograniczników.

Rzeczywiście, źle zinterpretowałam jeden z pierwszych akapitów tekstu, który mówi o wydarzeniach po przekroczeniu granicy. Zrozumiałam, że chodziło o bezpośrednio o zachowanie polskiej Straży Granicznej. Żeby wyjaśnić tę wątpliwość zwróciłam się o pomoc do aktywistki, która ma kontakt z Albagirem. Potwierdził, że dotkliwie pobili go Białorusini. Polska Straż Graniczna "tylko" zabrała my kartę SIM i wypchnęła do Białorusi. Publicznie przepraszam za tę pomyłkę.

Czy w takim razie nie uważa Pani, że pochopnie ocenia Pani niektóre sytuacje, używa za mocnych słów? I że takie podejście może bardziej szkodzić sprawie, niż jej pomagać?

To prawda, może zbyt mocno dociskam. Ale robię to z ważnego dla mnie powodu. Mam poczucie, że do społeczeństwa polskiego nie przebija się fakt, że na granicy białoruskiej też są uchodźcy, tacy sami ludzie jak na granicy ukraińskiej, tylko z innego kraju i o innym kolorze skóry. To jest mój alarm.

Mnie nie obchodzi straż białoruska, bo na to, co tam się dzieje, nie mam wpływu. Mnie obchodzi to, jakie decyzje są podejmowane w moim kraju. To za to jestem odpowiedzialna. Obchodzą mnie doniesienia o tym, jak zachowuje się polska Straż Graniczna. A przecież mamy świadectwa ich brutalnego zachowania, są przecież filmy, chociażby te, jak uchodźców szczuje się psami. Nikt nie reaguje. Mam poczucie, że to nikogo nie obchodzi oprócz garstki aktywistów, takich jak Grupa Granica. Używam mocnych słów, żeby ktoś zwrócił na to uwagę, żeby zrozumiał, że tak nie wolno traktować ludzi.

Co rząd powinien robić w przypadku uchodźców z Ukrainy?

Przede wszystkim powinien wdrożyć system, który koordynowałby pomoc, pozwalał na szybkie załatwianie formalności. Te osoby, które przyjęły pod swój dach ukraińskie rodziny powinny wiedzieć, co dalej. Jakie są plany rządu? Jaka jest perspektywa długoterminowych działań? Nie wiemy tego. Nic o planach w zakresie ochrony zdrowia, czy edukacji. Samo nadawanie numerów PESEL będzie trwało, ci ostatni dostaną je za trzy miesiące, czyli też otrzymają wtedy pieniądze. Z czego oni mają żyć? Pomysł, że to rodziny goszczące dostają pieniądze na utrzymanie uchodźców też jest bez sensu. Kobieta ma prosić rodzinę o kupno podpasek albo kredek dla dzieci? Zamieszka tu tydzień, tam dwa tygodnie. Jak tymi funduszami się podzielić? To jest poniżające dla uchodźców, pieniądze powinny iść za nimi.

Do tego plan zakwaterowania uchodźców. Chodzi nie tylko o organizowanie obiektów jak np. domy wczasowe, czy pustostany, ale też plany ich rozmieszczenia. Duże miasta są przeciążone. Tam powinny zostać osoby aktywne zawodowo, osoby starsze mogą mieszkać w mniejszych ośrodkach. Jeśli rząd wiedział o możliwości wybuchu wojny, to system PESEL powinien wystartować pierwszego dnia, gdy ludzie zaczęli przekraczać granicę. W normalnym kraju wolontariusze przechodzą szkolenia. A u nas wszystko jest ad hoc. To samo z koordynacją darów - strona rządowa www jest, ale jest niefunkcjonalna. Przepływ informacji odbywa się i tak oddolnie - poprzez inicjatywy osób prywatnych i NGO-sów.

"A co pani Ochojska robi dla Ukrainy?" - pyta prawica.

Oczywiście, że wolałabym być na granicy polsko-ukraińskiej, pojechać z konwojem do Kijowa, ale jest to niemożliwe ze względu na mój stan zdrowia. Nie chodzi nawet o chorobę, tylko o ograniczoną sprawność ruchową, poruszam się już na wózku. Nie pakuję paczek, nie noszę, ale pomagam inaczej - koordynując działania. Mam znajomości z czasów, kiedy intensywnie zajmowałam się pomocą humanitarną. Codziennie dzwonią do mnie ludzie z Polski i zagranicy. Na przykład uczelnie, które dostają od szpitala w Kijowie listy potrzebnych leków. Jak ich kontaktuję z osobami, które mogą te rzeczy dostarczyć.

W moim biurze poselskim we Wrocławiu mamy do dyspozycji ogromny hangar po zajezdni tramwajowej, który należy do organizacji Tratwa. To magazyn rzeczy przynoszonych przez ludzi. Moi pracownicy i wolontariusze obsługują dziennie ok. pięć tysięcy osób. Oprócz tego zajmujemy się afgańskimi rodzinami, które polski rząd sprowadził w zeszłym roku, a potem o nich zapomniał. Przyjęłam jedną z nich. Obecnie mieszkają w Gdyni w wynajętym mieszkaniu w ramach programu integracyjnego. Teraz przyjmujemy dwie rodziny z ośrodka w Grupie do nas do Wrocławia. Jedna rodzina jeszcze została umieszczona w Sopocie. Te rodziny tkwią w ośrodkach od września, a proszę mi wierzyć, że warunki tam są naprawdę bardzo złe, są przeludnione, jedzenie jest fatalne. Dostają 70 zł miesięcznie na głowę! Obiecywano im mieszkania, program integracyjny, ale on nie może się rozpocząć dopóki nie mają adresu. A jak mają sobie z tym sami poradzić, jeśli nie znają języka? Rząd w tej sprawie nic nie robi. Jeśli jacyś Afgańczycy znaleźli się w miejscu z adresem, weszli w program integracyjny, to stało się to dzięki osobom indywidualnym i dzięki organizacjom pozarządowym.

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Przeczytaj także:

Komentarze