„Niezależnie od tego, jaki paszport ktoś ma w kieszeni, to te dzieci współtworzą to społeczeństwo. Żyją, uczą się i dorastają. A państwo ma obowiązek je chronić. Dziś ta ochrona jest po prostu niewystarczająca” – mówi Maciej Mandelt ze Stowarzyszenia Nomada.
Agresywne komentarze, zaczepki, niszczenie mienia, mówienie o „Upadlinie” i wyzwiska – z taką codziennością coraz częściej spotykają się dziś obywatele Ukrainy. Z przemocą spotkała się niedawno uczennica elitarnego liceum w Warszawie, córka znanego siatkarza Jurija Gładyra. Po śmierci 11-latki w Jeleniej Górze pojawiły się spiskowe teorie, które sugerowały, że dziewczynka zginęła z rąk ukraińskiej koleżanki.
Co się stało z otwartością Polaków wobec swoich wschodnich sąsiadów, którą było widać na początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 roku?
Dlaczego antyukraińskie nastroje w Polsce narastają? O tym rozmawiamy Maciejem Mandeltem, działaczem na rzecz praw człowieka z wrocławskiego Stowarzyszenia Nomada, wspierającego osoby, które z różnych powodów musiały opuścić swój kraj pochodzenia.
Natalia Sawka, OKO.press: Grupa nastolatków z warszawskiej szkoły wysyła obraźliwe nagrania swojej koleżance – Darii, córki siatkarza z Ukrainy, który ma polskie obywatelstwo. Padają wulgaryzmy. Jej koledzy szydzą z wyglądu dziewczyny, ale też słychać obraźliwe uwagi o jej narodowości, w tle słychać śmiech koleżanek. W którym momencie szkolny hejt zamienia się w lincz i dlaczego ani szkoła, ani rodzice nie potrafią go wtedy zatrzymać?
Maciej Mandelt, Stowarzyszenie Nomada*: Przede wszystkim ta historia pokazuje, że przemoc motywowana uprzedzeniami, w tym rasizm i różnego rodzaju niechęć, może dotknąć każdego, niezależnie od uprzywilejowania, statusu materialnego czy uczęszczania do prestiżowej szkoły.
Co więcej, niezależnie od środowiska, w którym dochodzi do takiej przemocy, reakcja instytucji i dorosłych bywa zaskakująco nieadekwatna do skali problemu.
Ważne jest też to, że ta licealistka zareagowała i powiedziała o tym, co ją spotyka. To pokazuje, że miała w domu przestrzeń do rozmowy. Mogła liczyć na wsparcie najbliższych dorosłych. Nie każdy może liczyć na takie wsparcie. Tu pojawiła się pomoc psychologiczna, wsparcie prawne i zainteresowanie mediów. Tymczasem dla wielu dzieci taka pomoc pozostaje poza zasięgiem.
Wyobraźmy sobie sytuację, że dziecko z ukraińskiej, uchodźczej rodziny jest wychowywane przez samotną matkę, z rodzeństwem, w bardzo trudnych warunkach. Matka pracuje na jeden albo kilka etatów, żeby związać koniec z końcem. Często takie osoby mieszkają w ośrodku zbiorowego zakwaterowania, żyją w ciągłym napięciu i niepewności.
W takiej rzeczywistości nie tylko brakuje czasu i zasobów, ale pojawia się też strach. Wiele osób, zwłaszcza po doświadczeniach przemocy czy dyskryminacji, obawia się zgłaszania przestępstw motywowanych uprzedzeniami. I to sprawia, że ogromna część takich historii nigdy nie wychodzi na jaw.
Dzieci chodzą do szkoły prywatnej, gdzie miesięczne czesne wynosi 5 tys. zł. Placówka chwali się, że w szkole “można być sobą i być z tego dumnym” oraz że “każdy jest wyjątkowy, bez wyjątków”. Jak wynika z relacji rodziców, liceum zaoferowało ofierze jedną wizytę u psychologa, zaś jeden z nauczycieli powiedział dziewczynie, by sama rozwiązała ten konflikt i się pogodziła ze swoimi oprawcami. Dlaczego szkoła nie potępiła wprost ataku rówieśników na dziewczynkę?
W tej historii mamy do czynienia z wyjątkowo jaskrawym przykładem. Odnosi się wrażenie, że ze względu na prestiż szkoły albo zabrakło wiedzy, albo zabrakło realnej woli, żeby zająć się sprawą w odpowiedni sposób.
Zamiast tego odpowiedzialność została przerzucona na samą dziewczynę.
Komunikat w stylu „idź i się tym zajmij” jest dodatkowo krzywdzący i naraża dziecko na ogromny stres. W efekcie w tej szkole doszło do wielu krzywd, których doświadczyła uczennica: od szykan po obojętność nauczycieli, którzy powinni byli stanąć po jej stronie.
Szczególnie uderzające jest to, że mówimy o warszawskiej, prywatnej szkole, od której można by oczekiwać wysokich standardów reakcji i wsparcia.
Ale niestety dużym problemem jest system. System nie dba o to, żeby kadry były odpowiednio przygotowane do reagowania na przemoc motywowaną uprzedzeniami.
Co masz na myśli?
W Nomadzie pracujemy zarówno ze szkołami publicznymi i prywatnymi. Nie tylko reagujemy na przemoc i wspieramy osoby poszkodowane. Prowadzimy też w szkołach tzw. działania profilaktyczne – różne warsztaty antydyskryminacyjne, zajęcia edukacyjne oraz programy skierowane do dzieci uchodźczych i migranckich. Pracujemy m.in. z nastolatkami ukraińsko-, białorusko- i rosyjskojęzycznymi, ale także z rodzicami tych dzieci.
Obserwujemy wyraźny brak bezpiecznych przestrzeni w szkołach. I nie chodzi tylko o przestrzeń fizyczną, ale o taką sytuację, w której dziecko może bezpiecznie powiedzieć, czego doświadcza i mieć poczucie, że zostanie potraktowane poważnie.
Dlaczego, gdy dochodzi do przemocy, zarówno uczniowie, jak i dorośli czują się sparaliżowani i nie wiedzą, jak zareagować?
Oczywiście w szkołach są pedagodzy i psychologowie szkolni, ale być może potrzebna jest też jasno wyznaczona osoba lub funkcja odpowiedzialna właśnie za przyjmowanie zgłoszeń dotyczących przemocy, hejtu czy dyskryminacji.
Szkoły powinny mieć spójną politykę zgłaszania i reagowania na takie zachowania. Część placówek próbuje to robić na własną rękę, ale dużo lepiej byłoby, gdyby istniały odgórne, jednolite procedury obowiązujące we wszystkich szkołach. Chodzi o to, żeby reagować wcześnie, zanim dojdzie do realnej krzywdy: zanim ktoś kogoś skrzywdzi fizycznie albo zanim osoba doświadczająca przemocy zacznie zagrażać własnemu zdrowiu czy życiu.
Taki system powinien działać automatycznie. Jeśli w szkole dochodzi do niepokojącej sytuacji, uruchamiają się konkretne procedury. I nie chodzi o to, żeby od razu każdą sprawę zgłaszać na policję. Wiele sytuacji można jeszcze rozwiązać na poziomie szkoły i jej społeczności, korzystając z dostępnych narzędzi wsparcia oraz interwencji.
Zgłoszenie na policję powinno być ostatecznością, bo masowe przerzucanie wszystkich spraw na służby też nie jest rozwiązaniem.
Problem polega na tym, że dziś takich jasnych mechanizmów po prostu brakuje: na poziomie szkoły, samorządu i państwa. I bez nich reagujemy dopiero wtedy, gdy jest już za późno.
Dane policji pokazują, że w ciągu dwóch lat o ponad połowę wzrosły w Polsce przestępstwa wobec osób, które przyjechały do nas z Ukrainy. Co to mówi o naszym społeczeństwie, które na początku agresji Rosji na Kijów witało uchodźców otwartymi rękoma?
Dziś widzimy konkretny obraz tego, że antyukraińskie nastroje stają się coraz silniejsze. Wcześniej podobnej przemocy doświadczały inne grupy: osoby migranckie, czy osoby o innym kolorze skóry, które były atakowane choćby w kontekście organizowanych przez Konfederację rasistowskich pochodów.
Przez lata bardzo dużo mówiliśmy o potrzebie reagowania: o tym, że społeczeństwo powinno reagować, że nauczyciele powinni reagować, że trzeba uczyć ludzi, jak wesprzeć osobę atakowaną, jak zgłaszać przemoc, jak działać, będąc świadkiem. Tak projektowaliśmy nasze działania edukacyjne i szkoleniowe, także wobec pracowników organizacji pozarządowych, pomocy społecznej czy placówek edukacyjnych.
Tylko że doszliśmy do momentu, w którym to po prostu nie działa tak, jak powinno. I z tej obserwacji rodzi się wniosek, że samo apelowanie o reakcję nie wystarcza. Naszym zdaniem osoby dopuszczające się przemocy muszą mieć jasną świadomość, że takie działania wiążą się z realnymi konsekwencjami i karą.
Od lat rozmawiamy o kampaniach społecznych i edukacji. Mówią o tym nie tylko organizacje migranckie i pracujące z uchodźcami, ale także organizacje LGBT+, czyli środowiska, które również w ogromnym stopniu doświadczają przemocy, a wciąż nie są odpowiednio chronione. W polskim prawie, choćby w kodeksie karnym, przemoc motywowana homofobią czy transfobią wciąż nie jest wprost penalizowana.
Jednocześnie powstał prokuratorski zespół do spraw przeciwdziałania mowie nienawiści i przestępstwom motywowanym uprzedzeniami. W marcu były minister sprawiedliwości Adam Bodnar wydał dla prokuratorów, których celem była poprawa jakości procedowania w tych sprawach. Tłumaczono wówczas, że postępowania te bywają traktowane jako sprawy drugiej kategorii. Teraz Waldemar Żurek chce skuteczniej ścigać za mowę nienawiści, w tym hejt na Ukraińców.
Z naszej analizy badań mediów społecznościowych z października 2025 roku wynika, że temat obecności Ukraińców w Polsce jest dziś jednym z najbardziej polaryzujących. Specjaliści analizujący dyskurs w infosferze podają, że spośród setek tysięcy wpisów o kilkuset milionowym zasięgu dwie trzecie miało antyukraiński wydźwięk.
Sporo.
W tych wpisach bardzo często pojawia się narracja „my kontra oni”. Wiele jest tam opowieści o rzekomym uprzywilejowaniu Ukraińców i o tym, że nadużywają systemu świadczeń. Tym samym raporty o dezinformacji pokazują, że w polskiej przestrzeni informacyjnej coraz mocniej utrwala się straszenie wrogiem wewnętrznym i zewnętrznym oraz obraz migrantów jako roszczeniowych albo wręcz niebezpiecznych. Dotyczy to także narracji o rzekomym zagrożeniu płynącym ze strony ośrodków i centrów dla cudzoziemców.
Monitoring wpisów o zabarwieniu antyukraińskim pokazuje, że takie przekazy systematycznie podkopują zaufanie nie tylko do uchodźców z Ukrainy, ale też do instytucji i organizacji, które niosą im pomoc. Organizacje społeczne wprost mówią dziś o narastającej fali nienawiści wobec migrantów i uchodźców i wiążą dehumanizujący język oraz kampanie dezinformacyjne z realnymi skutkami: zastraszaniem, tzw. spacerami obywatelskimi pod ośrodkami, a także z przemocą fizyczną.
Analizy z Niemiec i Hiszpanii pokazują, że wzrost nienawiści w internecie przekłada się na przemoc fizyczną.
Osoby z Ukrainy mówią, że już nie tylko spotykają się z agresją w mediach społecznościowych. To przenosi się do normalnie funkcjonującej rzeczywistości – gdzie zaatakować może nawet osoba ze starszego pokolenia.
Z przeprowadzonej przez nas diagnozy przemocy motywowanej uprzedzeniami we Wrocławiu późną jesienią 2025 roku wynika, że z przemocą słowną najczęściej spotykają się osoby pochodzące z Ukrainy. Słyszą one wezwania do powrotu do swojego kraju, wyjazdu na front, komentarze dotyczące wojny, wyzwiska o charakterze nacjonalistycznym. Jedna z osób na przykład usłyszała komentarze, że „ma spie*dalać na Ukrainę. Że wszystko psuje. Że ma iść na wojnę”. Są osoby, które się naśmiewają z wojny, które mówią, że okupanci są fajni i lepsi. Ukraińcy często słyszą życzenie, by ta „Upadlina już padła”. Pojawiają się też w ich stronę oskarżenia związane ze zbrodniami na Wołyniu.
W jakim stopniu takie akty agresji są faktycznie zgłaszane policji, a w jakim wygrywa strach, bariera językowa lub brak zaufania do instytucji?
Często wygląda to tak: ktoś zostaje pobity, zgłasza to na policję, ale kiedy dochodzi do kolejnego aktu agresji, po wcześniejszych doświadczeniach z funkcjonariuszami, rezygnuje. Zwykle wiele osób odpuszcza, bo uznaje, że to „niewielka sprawa” i po prostu zaczyna z tym żyć, tworząc własne strategie przetrwania w nieprzyjaznym środowisku. Inni nie zgłaszają, bo uważają, że nie mają dowodów – nie wiedzą, że to rola policji, by te dowody zabezpieczyć.
W praktyce bardzo często to my, jako organizacja, pomagamy w zabezpieczaniu dowodów. Były sytuacje, w których ktoś został zaatakowany w miejscu objętym monitoringiem, na przykład przy akademiku albo przy firmie mającej własne kamery. I to my kontaktowaliśmy się bezpośrednio z administracją, żeby jak najszybciej zabezpieczyć nagrania. Nie dlatego, że jesteśmy szybsi od policji, tylko dlatego, że działaliśmy natychmiast.
Do tego dochodzą realne problemy po stronie służb: braki kadrowe, niedostateczne szkolenia. Ale są też bariery po stronie samych poszkodowanych. Wiele osób się boi, że zgłoszenie przemocy może zagrozić ich statusowi pobytowemu. Są też osoby, które w ogóle nie zgłaszają takich zdarzeń, bo nie wiedzą, jak to zrobić albo nie ufają instytucjom.
I to nie jest zjawisko specyficzne tylko dla Polski. Badania prowadzone m.in. w Finlandii pokazują, że
im bardziej restrykcyjne jest prawo migracyjne, tym mniejsze jest zaufanie migrantów do instytucji państwa przyjmującego.
Dochodzi jeszcze jeden problem: brak informacji zwrotnej od służb po zgłoszeniu. Ludzie często nie wiedzą, co dalej dzieje się z ich sprawą. Ale są też przykłady bardzo empatycznego i profesjonalnego podejścia ze strony funkcjonariuszy.
Jak myślisz, dlaczego w Polsce, mimo że pojawiają się różne zapowiedzi i pomysły ze strony polityków rządzącej koalicji dotyczące ścigania hejtu, wciąż nie ma jednego, wyraźnego głosu, który jasno powiedziałby, że każda taka agresja – czy to w sieci, czy w realnym życiu, wobec Ukraińców i innych grup – będzie ścigana i karana?
Moim zdaniem to się nie dzieje dlatego, że antyukraińskie nastroje stały się politycznym paliwem. I to jest w tym wszystkim najgorsze. Te emocje są podsycane i wykorzystywane przez środowiska skrajne, faszyzujące, ale nie tylko. Widzieliśmy to chociażby przy okazji demonstracji Konfederacji pod Sejmem podczas wizyty prezydenta Zełenskiego, co było po prostu obrzydliwe. Ale problem nie kończy się na skrajnościach.
Także polityczny mainstream, wcześniej rządzący posłowie Prawa i Sprawiedliwości, a dziś rządząca koalicja, w mniejszym lub większym stopniu gra tymi nastrojami. W kampanii też się to pojawiało. Karol Nawrocki mówił o rzekomych „sygnałach”, że osoby przybyłe z Ukrainy powodują problemy w kolejkach do szpitali. Była to narracja wcześniej promowana przez środowiska Konfederacji. To jest niebezpieczne.
Prof. Przemysław Sadura uważa, że takie narracje świadczą przede wszystkim o słabości państwa. O tym, że obywatel zaczyna czuć się zagrożony nie przez system, który jest niewydolny, ale przez drugiego człowieka, w tym przypadku Ukraińca, który rzekomo ma mu zabrać miejsce w kolejce do lekarza.
No właśnie i taka dezinformacja, w dużej mierze inspirowana jest z Rosji. Oczywiście są boty, które produkują i wzmacniają przekazy w sieci, ale są też prawdziwi ludzie występujący pod imieniem i nazwiskiem. I tu wchodzi kolejny problem, czyli ogromne wykluczenie cyfrowe. Wystarczy spojrzeć na pokolenie naszych rodziców. Ludzi, którzy są zalewani treściami, a nie mają narzędzi, żeby odróżnić informacje od manipulacji, fake newsa czy deepfake’a. I bardzo łatwo coś udostępnić dalej.
Weźmy historię z Jeleniej Góry, kiedy to w mediach społecznościowych, pojawiła się nieprawdziwa informacja, że to ukraińska nastolatka zamordowała polską dziewczynę. Ten fałszywy przekaz bardzo szybko przeniósł się na platformę X i w krótkim czasie osiągnął setki tysięcy wyświetleń. Jak podkreślają eksperci, nawet późniejsze dementi nie jest w stanie już tego zatrzymać. Ta informacja zaczyna żyć własnym życiem, algorytmy ją podchwytują, wzmacniają i puszczają dalej.
Ludzie, którzy normalnie funkcjonują w swoim codziennym życiu, w internecie potrafią pisać skrajnie agresywne komentarze i często przy tym czują się bezkarni. To pokazuje, że jesteśmy dziś na etapie pilnej potrzeby wprowadzenia regulacji dotyczących internetu i całej infosfery. Takie przepisy powinny zostać wdrożone jak najszybciej.
Polska powinna już dawno wdrożyć unijny akt o usługach cyfrowych (DSA), którego celem jest ochrona przed mową nienawiści i dezinformacją. Projekt ustawy czeka na podpis prezydenta.
I pewnie Karol Nawrocki to zawetuje. A ochrona obywateli powinna wydarzyć się systemowo: władze muszą jasno i twardo komunikować, że za tego typu przestępstwa będą kary. W takiej sytuacji nigdy nie jest za późno na jasny sygnał. Ten sygnał powinien wybrzmieć wyraźnie i stanowczo, ze strony przywódców i liderów politycznych: na przemoc i nienawiść nie ma zgody. Bo to jest atak na bezpieczeństwo członków naszego społeczeństwa, naszych obywateli i obywatelek.
To się nie uda poprzez jednorazowe szkolenia. One powinny być cykliczne, powtarzalne i obowiązkowe tam, gdzie państwo ma realny wpływ. Równolegle w instytucjach publicznych powinny funkcjonować jasne polityki, które wprost zakazują rasistowskich uwag, gestów i wypowiedzi. Takie rozwiązania od lat działają w wielu krajach zachodnich.
Prawica zaraz powie, że to atak na wolność słowa.
Oczywiście można się z tym spierać, ale to jest po prostu nieprawda. Ta narracja jest często wykorzystywana instrumentalnie, a prawica sama wielokrotnie ograniczała wolność słowa, kiedy była u władzy.
Tylko że tu chodzi o bezpieczeństwo. O bezpieczeństwo ludzi, którzy tworzą nasze społeczeństwo. A to społeczeństwo jest zróżnicowane i będzie coraz bardziej różnorodne, niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy nie. To są naturalne procesy i rolą państwa jest tworzenie warunków do bezpiecznego życia razem.
Drugi element to zmiany systemowe w przepisach i ich egzekwowanie. Nawet jeśli mówimy o dzieciach i młodzieży, jak w przypadku tej szkolnej historii, istnieje prawo, które powinno być stosowane. Zamiast rozmywania odpowiedzialności czy przerzucania jej na osobę poszkodowaną, taka sprawa powinna być zgłoszona i potraktowana poważnie.
Mówisz o wsparciu i o tym, że nie każdy ma dostęp do pomocy psychologicznej. Państwo wciąż nie widzi tego problemu?
Pomoc psychologiczna i psychiatryczna dla dzieci w Polsce jest dziś w dramatycznym stanie. Mamy jeden z najwyższych wskaźników samobójstw wśród dzieci i młodzieży w Unii Europejskiej. I to nie jest problem, który da się „załatać” pojedynczymi rozwiązaniami. To jest kwestia systemowa, wymagająca rzeczywistej zmiany.
Dzieci i młodzież powinny mieć stały, łatwy dostęp do wsparcia psychologicznego.
Tymczasem my często patrzymy na to z perspektywy dużych miast, gdzie jednak jakieś zasoby istnieją. A co z małymi gminami, powiatami, uboższymi regionami? Tam też są dzieci, tam też są migranci, a często tam dostęp do pomocy bywa praktycznie zerowy.
Kilka miesięcy temu ukazał się raport dotyczący dzieci ukraińskich i migranckich w polskich szkołach, przygotowany m.in. przez Centrum Edukacji Obywatelskiej i International Rescue Committee. Pokazuje on bardzo wyraźnie, że szkoła stała się dziś głównym miejscem, w którym kształtuje się kulturowa różnorodność w Polsce. Przykładem jest Wrocław, gdzie aż około 80 proc. klas to klasy zróżnicowane kulturowo.
Niestety ta różnorodność często tworzy się w warunkach zastraszenia, przemocy i braku wsparcia. A to oznacza także utratę ogromnego potencjału. Dzieci, które doświadczają przemocy, bardzo często wycofują się, tracą wiarę w siebie i w przyszłość. A przecież mogłyby wnieść do społeczeństwa ogromną wartość.
Niezależnie od tego, jaki paszport ktoś ma w kieszeni, to te dzieci współtworzą to społeczeństwo.
Żyją, uczą się i dorastają. A państwo ma obowiązek je chronić. Dziś ta ochrona jest po prostu niewystarczająca.
Czy rządząca koalicja nie wysyła dziś sprzecznych sygnałów – z jednej strony mamy deklaracje rządu o równości i chęć walki z przemocą motywowaną nienawiścią, z drugiej mamy szereg działań, które świadczą o tym, że osoby z innym obywatelstwem nie są i nie będą u nas mile widziane.
Tak, władza deklaruje, że nie ma zgody na przemoc, a jednocześnie sama wprowadza rozwiązania, które mają charakter dyskryminujący.
Przykładem jest zawieszenie prawa do ochrony międzynarodowej na granicy polsko-białoruskiej. To rozwiązanie nie działa wyłącznie na samej granicy. Odmowę ochrony można dziś dostać nawet kilkaset kilometrów w głębi kraju – są tego konkretne przypadki, chociażby obywateli Sudanu, gdzie trwa wojna, która w niewyobrażalny sposób krzywdzi ludność cywilną.
Są też pokazowe deportacje jak te po koncercie Maxa Korzha w Warszawie. Do tego dochodzi sytuacja pracowników z Ameryki Łacińskiej m.in. z Kolumbii, którzy są wykorzystywani i oszukiwani przez agencje pracy. Popadają w nieudokumentowany pobyt albo podejmują się pracy nieformalnej, choć to nie jest ich wybór. I kiedy do zakładu wchodzi Straż Graniczna czy Inspekcja Pracy, setki osób dostaje decyzje o zobowiązaniu do powrotu. Problem w tym, że winne są agencje, nie pracownicy.
Tracą na tym wszyscy. Ci ludzie, ale też pracodawcy i cała gospodarka. Wyobraźmy sobie fabrykę, w której z dnia na dzień znika trzy czwarte załogi. To nie są wyłącznie koszty społeczne, to wymierne straty ekonomiczne.
To jest rzeczywistość, w której żyjemy dzisiaj. Zastanawiam się, co będzie dalej.
Wyobraźmy sobie taką sytuację – wybiegnijmy trochę w przyszłość i pomyślmy o takim scenariuszu, że mamy zamrożenie konfliktu w Ukrainie.
Możemy znaleźć się w sytuacji, w której mężczyźni wracający z frontu w Ukrainie będą chcieli dołączyć do swoich mieszkających w Polsce rodzin. Jeśli wydarzy się to na większą skalę i ci ludzie, naznaczeni wojną oraz traumą, spotkają się z niechęcią i nienawiścią, skutki mogą być bardzo poważne.
Na razie słyszymy historie kobiet, które doświadczają agresji – zwykle sparaliżowane strachem, nie wiedzą, jak zareagować i pozostają bierne. Ale w takim scenariuszu możemy mieć do czynienia z innym rodzajem reakcji. Reakcją, która może być inną, niebezpieczną odpowiedzią na przemoc i upokorzenie.
To może prowadzić do eskalacji konfliktów, radykalizacji postaw po obu stronach i realnego zagrożenia dla bezpieczeństwa.
I paradoksalnie w takim chaosie władza zawsze zyskuje pretekst. Pretekst do zaostrzania prawa, ograniczania wolności i wprowadzania rozwiązań, które w dłuższej perspektywie nie uderzają tylko w migrantów, ale także w nas wszystkich. Bo historia pokazuje, że mechanizmy wprowadzane „na wyjątkowe sytuacje” bardzo szybko zaczynają dotyczyć całego społeczeństwa.
*Maciej Mandelt, obrońca praw człowieka, związany ze Stowarzyszeniem NOMADA od 2013 roku. Swoją działalność zaczynał jako asystent rodzin romskich pochodzących z Rumunii, wspierając je w dostępie do podstawowych usług i praw. Po zejściu z terenu współtworzył i realizował strategię fundraisingu organizacji, zapewniając jej stabilność finansową. W latach 2017-2023 pełnił funkcję członka zarządu i prezesa stowarzyszenia. Obecnie, jako specjalista ds. komunikacji i rzecznictwa, odpowiada za opracowywanie i realizację strategii rzeczniczych, prowadzenie kampanii społecznych oraz działań informacyjnych, a także współpracę z kluczowymi interesariuszami w obszarze polityki migracyjnej i praw człowieka.
Dziennikarka zespołu politycznego OKO.press. Wcześniej pracowała dla najstarszej światowej agencji informacyjnej Agence France-Presse (2019-2024), gdzie pisała artykuły z zakresu dezinformacji. Przed dołączeniem do AFP pisała dla „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Współpracuje z brytyjskim "Financial Times". Prowadzi warsztaty dla uczniów, studentów, nauczycieli i dziennikarzy z weryfikacji treści. Doświadczenie uzyskała dzięki licznym szkoleniom m.in. Bellingcat. Uczestniczka wizyty studyjnej „Journalistic Challenges and Practices” organizowanej przez Fulbright Poland. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie pisała magisterkę z teorii konfliktu Carla Schmitta. Obroniła także licencjat na filologii angielskiej w warszawskim SWPS.
Dziennikarka zespołu politycznego OKO.press. Wcześniej pracowała dla najstarszej światowej agencji informacyjnej Agence France-Presse (2019-2024), gdzie pisała artykuły z zakresu dezinformacji. Przed dołączeniem do AFP pisała dla „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Współpracuje z brytyjskim "Financial Times". Prowadzi warsztaty dla uczniów, studentów, nauczycieli i dziennikarzy z weryfikacji treści. Doświadczenie uzyskała dzięki licznym szkoleniom m.in. Bellingcat. Uczestniczka wizyty studyjnej „Journalistic Challenges and Practices” organizowanej przez Fulbright Poland. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie pisała magisterkę z teorii konfliktu Carla Schmitta. Obroniła także licencjat na filologii angielskiej w warszawskim SWPS.
Komentarze