0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Wladyslaw Czulak / Agencja Wyborcza.plFot. Wladyslaw Czula...

Od 5 marca 2026 roku, kiedy weszła w życie ustawa wygaszająca pomoc obywatelom Ukrainy, część Ukraińców mieszkających w Polsce została pozbawiona prawa do bezpłatnej opieki zdrowotnej.

To ci, którzy nie pracują, a więc nie są ubezpieczeni. A jednocześnie pracować nie mogą, bo to głównie osoby starsze, schorowane i z niepełnosprawnościami. Szacuje się, że to od kilku do kilkunastu tysięcy osób.

Specustawa przyjęta 12 marca 2022 roku zapewniała przez prawie cztery lata finansowanie z budżetu państwa na leczenie tych osób w Polsce. Ale rząd uznał, że obecnie „sytuacja jest stabilniejsza – większość uchodźców pracuje, a ich dzieci uczęszczają do szkół”, dlatego nie ma już potrzeby wykładać pieniędzy na ich leczenie ze specjalnej sakiewki.

O tym, jak dramatyczne konsekwencje tej decyzji ponosi dziś wielu ukraińskich uchodźców, piszemy w OKO.press nieustannie. Tysiące najsłabszych i najbardziej potrzebujących opieki zdrowotnej ludzi zostało na lodzie.

Przeczytaj także:

Tymczasem rzeczywiście – w pewnym sensie – rząd wcale nie musi wykładać pieniędzy na leczenie tych najsłabszych.

Analiza twardych danych jasno pokazuje: pracujący Ukraińcy wkładają do polskiego systemu ochrony zdrowia znacznie więcej pieniędzy, niż z niego wyjmują w postaci świadczeń zdrowotnych. Wszyscy Ukraińcy – i ubezpieczeni i nieubezpieczeni, którym teraz zabrano możliwość leczenia.

To ukraińskie pieniądze leczą Polaków, nie odwrotnie

Jak wynika z danych ZUS, w 2025 roku obywatele Ukrainy wpłacili z tytułu składki zdrowotnej co najmniej 3,7 mld zł, a tymczasem koszty świadczeń medycznych na rzecz wszystkich obywateli Ukrainy w 2025 roku to 2,57 mld zł.

Jak na dłoni widać, że w systemie ochrony zdrowia pozostało 1,13 mld zł. To były ukraińskie pieniądze, które zostały wydane na leczenie Polaków. Zostały w systemie, więc można było je wykorzystać.

Ale bez problemu można było równie dobrze cofnąć dotację z budżetu państwa na pokrycie kosztów leczenia nieubezpieczonych obywateli Ukrainy (co zrobiono 5 marca 2026 roku), ale nie odbierać im prawa do nieodpłatnego dostępu do systemu ochrony zdrowia. Bo jego koszt zostałby pokryty ze składek wpłacanych przez pracujących w Polsce ich rodaków.

Z danych NFZ wynika, że w 2025 roku koszt świadczeń zdrowotnych udzielonych nieubezpieczonym Ukraińcom na podstawie specustawy to 723,41 mln zł – nadal mniej niż zostało ze składek wpłaconych do NFZ przez pracujących i ubezpieczonych Ukraińców.

Szczegółowe dane NFZ za 2025 rok wyglądają tak:

  • 2,57 mld zł – koszt świadczeń medycznych na rzecz wszystkich obywateli Ukrainy;
  • 1,85 mld zł – koszt świadczeń na rzecz tych, którzy są ubezpieczeni, więc sami płacą sobie składkę zdrowotną;
  • 723,41 mln – koszt leczenia nieubezpieczonych, którym specustawa gwarantowała do 5 marca 2026 roku dostęp do leczenia.

Tymczasem z tytułu składki zdrowotnej do kasy NFZ Ukraińcy wpłacili co najmniej 3,7 mld zł. Piszę „co najmniej”, ponieważ ZUS nie ma jeszcze pełnych danych na temat składki zdrowotnej pobranej od przedsiębiorców. Wiemy jednak, że w 2025 roku:

  • ukraińscy pracownicy etatowi wpłacili do kasy NFZ 2,7 mld zł – aż o 17 proc. więcej niż rok wcześniej;
  • osoby wykonujące pracę na podstawie umowy zlecenia lub umowy agencyjnej – 1 mld zł, a to o 10 proc. więcej niż rok wcześniej.

Już mamy 3,7 mld zł, a gdyby dodać do tego jeszcze to, co z tytułu składki zdrowotnej na polską ochronę zdrowia płacą przedsiębiorcy (jednoosobowe działalności gospodarcze), kwota wzrosłaby do ok. 4,1 mld zł.

To estymacja, i to ostrożna, na podstawie tego, że w 2024 roku ukraińscy przedsiębiorcy wpłacili do NFZ 0,4 mld zł. Skoro wpłaty pozostałych kategorii ubezpieczonych do NFZ w 2025 roku wzrosły (o 17 proc. i 10 proc.), można oczekiwać, że i wpływ ze składki zdrowotnej od przedsiębiorców będzie większy niż 0,4 mld zł. Ostatecznie do kasy NFZ wpłynie więc prawdopodobnie kwota wyższa niż 4,1 mld zł.

Ukraińcy to pacjenci, ale też lekarze

Ale nie tylko o pieniądze tu chodzi. Drugim problem są kolejki do lekarzy. Te się wydłużają – bezsprzecznie. Ale czy z powodu Ukraińców, jak twierdzi prawica wespół z internetowymi trollami, próbując straszyć i podburzać Polaków? Nie.

Z powodu pełnoskalowej wojny w Ukrainie przybyło w Polsce Ukraińców, ale przecież w tym nie tylko pacjentów (rzeczywistych i potencjalnych), ale również lekarzy i pielęgniarek. Jak bardzo? Sprawdziliśmy.

Dane Naczelnej Izby Lekarskiej mówią, że

w Polsce pracuje 7852 lekarzy z Ukrainy.

Łączna liczba lekarzy w Polsce to 165 284, a więc ci pochodzenia ukraińskiego stanowią prawie 5 proc. wszystkich lekarzy w Polsce (dokładnie 4,7 proc.).

Jednocześnie obecnie mamy 975 tys. obywateli Ukrainy, którzy przybyli po 24 lutego 2022 roku i pozostali (to ci mający nadany numer PESEL ze statusem UKR). Biorąc pod uwagę, że zgodnie z danymi GUS liczba ludności w Polsce wynosi 37,281 mln, Ukraińcy stanowią 2,6 proc.

A więc dzięki obywatelom Ukrainy przybyło nam proporcjonalnie więcej lekarzy niż potencjalnych pacjentów.

To porównanie może zostać uznane za pewną manipulację. Uwzględnia liczbę wszystkich ukraińskich lekarzy pracujących w Polsce, natomiast potencjalnych pacjentów – jedynie tych, którzy przyjechali do Polski dopiero po 24 lutego 2022 roku.

Ujęliśmy to w ten sposób, bo antyukraińska narracja o tym, że pacjenci z Ukrainy zabierają Polakom miejsce u lekarza i wydłużają kolejki w ochronie zdrowia, zaczęła się właśnie wtedy.

Jednak porównajmy liczby zgodnie ze sztuką:

skoro bierzemy pod uwagę wszystkich pracujących w Polsce lekarzy z Ukrainy, należałoby uwzględnić też wszystkich Ukraińców żyjących w Polsce. Nie tylko tych, którzy przyjechali po 2022 roku.

Bardzo precyzyjnych danych na ten temat nie ma, ale szacuje się, że jest ich 1,5-1,6 mln. Nawet biorąc pod uwagę górną granicę tego przedziału, okaże się, że Ukraińcy stanowią 4,3 proc. ludności żyjącej w Polsce. A – jeszcze raz – lekarze z Ukrainy stanowią 4,7 proc. wszystkich lekarzy pracujących w Polsce.

Takie ujęcie również świadczy na korzyść Ukraińców. Albo, mówiąc inaczej, pokazuje, że polscy pacjenci na obecności Ukraińców w naszym kraju zyskują, nie tracą. Nie oznacza to, że jeszcze więcej ukraińskich lekarzy mogłoby zupełnie kolejki w Polsce zlikwidować. Nie, bo problemem jest nie tylko mała liczba lekarzy, szczególnie w niektórych specjalnościach. To również kwestia dziury w NFZ. Ale jednak przeczy to prawicowej narracji, że ukraińscy uchodźcy są tym kolejkom winni.

Pielęgniarki do Polski nie ciągną

Warto spojrzeć również na dane dotyczące pielęgniarek, bowiem w zawodzie tym mamy poważny kryzys. O ile w zawodzie lekarza w ostatnich latach mamy wzrost, a średnia wieku lekarza to 48 lat i spada, o tyle średnia wieku pielęgniarki to 55 lat i rośnie.

Według Centralnego Rejestru Pielęgniarek i Położnych, mamy w Polsce 243 743 pracujących pielęgniarek, w tym 3510 Ukrainek. Pielęgniarki (i pielęgniarze) z Ukrainy stanowią zatem 1,5 proc. wszystkich pracujących w tym zawodzie.

Skoro Ukraińcy stanowią 4,3 proc. ludności żyjącej w Polsce, jasne jest, że obecność Ukraińców na tym akurat froncie nie poprawia sytuacji pacjentów.

Ale gdyby przeanalizować, co stało się jedynie po 24 lutego 2022 roku, sytuacja wygląda nieco lepiej. To od tamtego czasu do Polski przyjechała większa część pracujących obecnie w Polsce ukraińskich pielęgniarek – 2600 z 3500.

A zatem, pielęgniarki, które przyjechały z Ukrainy po wybuchu pełnoskalowej wojny, to 1 proc. wszystkich pracujących obecnie w Polsce pielęgniarek. A potencjalni pacjenci, którzy przyjechali po 24 lutego (975 tys. osób z nadanym numerem PESEL ze statusem UKR), to 2,6 proc. całej ludności mieszkającej w Polsce.

Agata Kołodziej

Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.

Komentarze