0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AFPAFP

Długo wydawało się, że przy tak ograniczonej wolności mediów i rozbudowanej machinie ofensywy informacyjnej ze strony państwa na Węgrzech (partia rządząca, Fidesz, w ostatnich latach przejęła de facto kontrolę nad 80 proc. mediów w kraju poprzez reorganizację rynku i przejęcia), nie ma nic co Viktor Orbán mógłby zrobić lub powiedzieć, co przełożyłoby się na spadki poparcia dla jego partii.

„Orbán od lat buduje na Węgrzech system, w którym faktyczne rezultaty działania władzy mają nie mieć znaczenia, bo działa kontrola narracji, podporządkowanie instytucji, ograniczanie swobód obywatelskich i rządzenie dekretami – wszystko to, co stanowi fundament >>demokracji nieliberalnej<<. Tym razem może być jednak inaczej” – mówi OKO.press Istvan Hegedus, doktor socjologii i analityk polityczny z Hungarian Europe Society.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Kłopoty Orbána, czyli jeden sondaż to nie wszystko

Notowania Fideszu w lipcu spadły o 12 pkt. proc. – wynika z sondażu węgierskiej firmy badawczej Publicus. Tak gwałtownych spadków partia Orbána nie doświadczyła jeszcze nigdy. To na pewno ogromny znak ostrzegawczy dla węgierskiego przywódcy. Ale warto zrobić tu dwa istotne zastrzeżenia. Po pierwsze, większość wyborców, którzy odwrócili się od Fideszu, przeszła do grupy niezdecydowanych, którzy w opisywanym sondażu stanowią astronomiczny odsetek 46 proc. ankietowanych. Po drugie, wyniki badań pracowni Publicus zwykle faworyzują opozycję: np. tuż przed kwietniowymi wyborami pokazywała remis, w rzeczywistości Fidesz wygrał o 19,6 pkt. proc. Wcześniejszy o tydzień sondaż Instytutu Nézőpont daje Fideszowi stabilne poparcie w okolicach wyniku wyborczego, czyli 54 proc.

Ale kłopoty węgierskiego obozu władzy zwiastuje nie tylko jeden bardzo niekorzystny sondaż. Niezadowolenie społecznie rośnie przede wszystkim z powodu wymuszonych stanem finansów publicznych cięć flagowego programu dopłat do rachunków za prąd i gaz. Dopłaty od 2010 roku pomagają Orbánowi wygrywać kolejne wybory i stanowią absolutny fundament „orbanizmu” – populistycznego stylu uprawiania polityki i sprawowania władzy przez premiera Węgier.

Zmiany w systemie regulacji cen dla gospodarstw domowych spowodują znaczny wzrost rachunków za prąd i gaz.

To niejedyne cięcia, na które musiał zdecydować się Orbán. Likwidacji poddana zostanie także część zwolnień podatkowych dla małych i średnich przedsiębiorstw, co ma przynieść oszczędności dla budżetu rzędu 750 mln euro w ciągu roku. Te cięcia, w połączeniu z coraz wyższą inflacją (11,5 proc. w czerwcu) oraz wzrostem stóp procentowych (z 2 proc. jesienią do 10,75 proc. teraz), a co za tym idzie oprocentowania kredytów sprawiło, że ludzie wyszli na ulice: na początku lipca przez Węgry przetoczyła się fala protestów.

„Orbán rozczarował swoich najwierniejszych wyborców. Cięcia wywołały oburzenie szczególnie wśród elektoratu Fideszu, bo to na tego rodzaju programach socjalnych opierała się umowa między Orbánem a jego wyborcami. Orbán obwinia o tę sytuację Komisję Europejską, która nie tylko wstrzymuje wypłatę środków dla Węgier z Funduszu Odbudowy, ale i forsuje kolejne sankcje na Rosję, które – jak twierdzi węgierski premier – szkodzą tylko i wyłącznie Unii” – tłumaczy Istvan Hegedus.

W związku z niewypełnieniem przez Węgry zobowiązań w zakresie naprawy praworządności, Komisja Europejska wciąż nie odblokowała wypłaty 7,2 miliardów euro z Funduszu Odbudowy.

Aby otrzymać środki, Węgry muszą odwrócić część zmian legislacyjnych, które osłabiają niezależność sądownictwa, mediów i organizacji pozarządowych oraz wprowadzić poprawki do ustawy o zamówieniach publicznych. Chodzi o to, by wyeliminować postępowania, w których pojawia się tylko jeden oferent.

Na stole negocjacyjnym leży też kwestia przystąpienia Węgier do europejskiej prokuratury, która zajmuje się ochroną interesu finansowego UE, pomimo że ta kwestia jeszcze do niedawna była dla Orbána nienegocjowalna.

Premier Węgier, który jeszcze dwa miesiące temu butnie stwierdzał, że Węgry poradzą sobie bez pieniędzy z Funduszu Odbudowy, bo będą je pożyczać na rynkach finansowych, ma coraz większy problem z ich pozyskiwaniem: oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji skarbowych węgierskiego rządu wzrosło z 3 proc. na początku roku do około 9 proc. w lipcu 2022 roku – donosi Financial Times.

Od początku roku węgierska waluta straciła 7 proc. wartości, a wydatki publiczne w pierwszej połowie roku wygenerowały deficyt na poziomie 7,2 mld euro, czyli zaledwie o 0,9 mld euro mniej niż deficyt zaplanowany na cały rok.

Sytuacja Orbana jeszcze nigdy nie była tak trudna.

„Orbán jest wściekły, bo musi iść na ustępstwa wobec Komisji Europejskiej, a to jest coś, czego nie znosi. Do tego po rozpadzie sojuszu wyszehradzkiego, który miał tworzyć przeciwwagę dla »zgniłego Zachodu« i jego »niszczących polityk«, na polu ideologicznej walki z »dyktatem Brukseli« Orban został niejako sam, bo od początku wojny z Ukrainą nie ma wsparcia ani ze strony Polski, ani Czech i Słowacji.

Pogarszający się stan finansów publicznych zmusza go do uległości, a on nie cierpi się podporządkowywać”

– podkreśla Hegedus.

Rasistowska retoryka, bajania o post-Zachodzie

Zdaniem Istvana Hegedusa to właśnie tą wściekłość dało się usłyszeć w przemówieniu wygłoszonym w sobotę 23 lipca w Băile Tuşnad w Rumunii, w trakcie którego padły szokujące słowa o upadku zachodniej cywilizacji oraz szczególnej degeneracji Europy Zachodniej wynikającej z „mieszania się ras”.

To w tej małej rumuńskiej miejscowości licznie zamieszkanej przez mniejszość węgierską, premier Węgier wygłasza co roku najbardziej fundamentalne dla swojej politycznej wizji przemówienia. W 2014 roku ogłosił tu plan wprowadzenia na Węgrzech demokracji nieliberalnej, w 2015 swoje obawy o „islamizację Europy”, w 2016 poparcie dla Donalda Trumpa, a w 2018 miażdżącą krytykę Unii Europejskiej, która jego zdaniem „odbiera krajom członkowskim suwerenność”.

Zręby politycznej narracji o świecie Orbána od lat wpisują się w typową wizję "końca Zachodu", obwieszczaną m.in. przez amerykańską prawicę spod znaku Donalda Trumpa lub tzw. paleokonserwatystów, czyli krytycznych wobec neokonserwatyzmu polityków pokroju np. Patricka Buchanana (Buchanan napisał książkę o tym, jak to "wymierające populacje i inwazje imigrantów zagrażają naszemu krajowi i naszej cywilizacji").

Wizja świata Orbána jest też w wielu miejscach bliska wizjom Kremla.

W tych koncepcjach największym zmartwieniem naszej cywilizacji nie jest stan planety, wyczerpywanie się zasobów naturalnych, czy toczące się wojny, lecz kryzys demograficzny, migracja, gender oraz kondycja intelektualna i moralna liberalnych elit. I o ile Orbán niejednokrotnie używał już skrajnie prawicowego języka, to jego przemówienie w sobotę było jednak ekstremalne, nawet jak na jego standardy.

W przemówieniu w sobotę 23 lipca w rumuńskim Băile Tuşnad Orbán stwierdził:

„My (…) nie jesteśmy rasą mieszaną (…) i nie chcemy się taką stać. (…) Zachód został podzielony. Jedna połowa to świat, w którym żyją razem narody europejskie i nieeuropejskie. Te kraje nie są już narodami (…). Druga połowa to my (…)”.
"Wypowiedź Orbána o rasie mieszanej to stek bzdur. Nie ma czegoś takiego jak »rasa mieszana«, a mówienie na temat rasy w odniesieniu do człowieka, jest już kompletnym idiotyzmem" - Prof. dr hab. Jacek Kubiak, biolog
23 lipca 2022

Przeczytaj także:

Ten stan „mieszania się ras” prowadzi zdaniem Orbána do "całkowitej degeneracji intelektualnej Zachodu". To dlatego – twierdzi Orbán – Zachód jest teraz tutaj, w Europie Środkowo-Wschodniej, a tam na zachodzie, jest „post-Zachód”. Zdaniem premiera Węgier "toczy się walka między tymi dwoma połówkami Europy", a polega na tym, że „Bruksela, ze swoimi oddziałami Sorosa, chce nam po prostu narzucić imigrantów” – to nic nowego, ale ta retoryka nieustannie zadziwia. (Link do tłumaczenia całości tekstu można znaleźć na Twitterze Katalin Cseh, węgierskiej polityczki z opozycyjnego ugrupowania Momentum, która bardzo skrytykowała Orbána za te wypowiedzi).

Orbán po raz kolejny zaprezentował odbiorcom wizję upadku Zachodu, któremu winne są „liberalne elity”, „internacjonalistyczna lewica”, a jego bezpośrednią przyczyną będzie „islamizacja Europy”. Przytacza też skrajnie prawicową spiskową teorię tzw. "wielkiej wymiany", która twierdzi, że istnieje spisek mający na celu zniszczenie białych populacji USA i krajów europejskich poprzez imigrację. Poza tym tłumaczy, że to jeszcze nie naszemu pokoleniu przyjdzie radzić sobie z "najazdem cywilizacji islamskiej na Europę", lecz "naszym dzieciom". Dlatego – mówi – musimy upewnić się, że „nie wyhodujemy ludzi słabych, by słabi ludzie nie sprowadzili na nasz naród złych czasów”.

„Przemówienie godne Goebbelsa”

Hodowla ludzi, mieszanie się ras, utrzymanie biologiczne gatunku – nic dziwnego, że przemówienie Orbana wzbudziło wielkie kontrowersje i wywołało falę krytyki różnych środowisk na Węgrzech, także wewnątrz partii Orbána.

W odpowiedzi na przemówienie premiera rezygnację ze stanowiska doradcy złożyła wieloletnia współpracowniczka i przyjaciółka premiera, socjolożka Zsuzsa Hegedüs. W liście opublikowanym na łamach portalu hvg.hu określiła wystąpienie Orbana mianem „godnego Goebbelsa”.

Słowa Orbána to jej zdaniem ewidentny przejaw „dyskursu nienawiści na tle rasowym”, który jest nie tylko dyskryminujący, lecz także „absolutnie nie do przyjęcia”.

Zsuzsa Hegedüs jest Żydówką, duża część jej rodziny zginęła w trakcie Holokaustu. Zna premiera od 2002 roku, jednak w swoim liście rezygnacyjnym napisała, że już od dłuższego czasu coraz bardziej niepokoi się „nieliberalnym zwrotem” Orbána w ostatnich latach.

W odpowiedzi na jej list Orbán wyparł się takich interpretacji. "Wiesz lepiej niż ktokolwiek inny, że mój rząd stosuje politykę zerowej tolerancji zarówno wobec antysemityzmu, jak i rasizmu" – napisał do Hegedüs. Jego rzecznik Zoltan Kovacs stwierdził, że media bezzasadnie rozdmuchały "kilka stwierdzeń z przemówienia". Kilka dni później w sztandarowym węgierskim dzienniku rządowym Magyar Nemzet ukazał się artykuł chwalący Orbána za obronę idei narodowości przed próbami zmieszania wszystkich narodów "w szarą, jednolitą masę".

Słowa Orbána wywołały protesty intelektualistów, polityków opozycji oraz przedstawicieli węgierskich gmin żydowskich oraz Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego (MKO). MKO napisał w oświadczeniu, że wypowiedzi Orbána „są absurdalne i niebezpieczne” oraz że przypominają osobom ocalałym z Holocaustu ciężkie czasy prześladowań.

Minister spraw zagranicznych Rumunii powiedział, że uwagi Orbána są nie do przyjęcia i szkoda, że zostały wypowiedziane na terytorium Rumunii.

Orbán tłumaczył się też już ze swoich słów podczas spotkań za granicą. Po tym jak został wygwizdany przez tłum po spotkaniu z austriackim kanclerzem Karlem Nehammerem w czwartek 28 lipca powiedział, że "czasem zdarza mu się powiedzieć coś, co zostanie źle zrozumiane" – donosi Euobserver.

Suchej nitki na wypowiedzi Orbana nie zostawia też w Polsce profesor Jacek Kubiak, biolog zajmujący się genetyką i biologią rozwoju. „Wypowiedź Orbána o rasie mieszanej to jeden wielki stek bzdur” – mówi Sławomirowi Zagórskiemu na łamach OKO.press. "Nie ma czegoś takiego jak „rasa mieszana”, a poza tym zgodnie z współczesną nauką mówienie dziś na temat rasy w odniesieniu do człowieka jest „kompletnym idiotyzmem”, bo „czegoś takiego po prostu nie ma”.

Profesor Kubiak tłumaczy, że przez lata mówiło się wprawdzie o rasach wśród ludzi, a tradycyjnym kryterium podziału był kolor skóry, ale cały tej podział nie był podziałem biologicznym, lecz pseudo antropologicznym. Na dodatek pochodzi on z XVII-XVIII wieku. „To wszystko jest już mocno przestarzałe” – podkreśla Kubiak.

Doktor Istvan Hegedus zwraca uwagę na to, że Orban w ostatnim czasie „wyraźnie podkręca swoją retorykę”.

„To nie jest pierwszy raz, gdy mówi o upadku Zachodu, czy o potrzebie etnicznej homogeniczności społeczeństw jako pewnej wartości i gwaranta utrzymania istnienia narodu. Ale pierwszy raz tak mocno sięga do wątków rasistowskich i tak zajadle atakuje Unię Europejską" – podkreśla Hegedus.

Zdaniem analityka, to wyraz frustracji związanej z negocjacjami z Komisją Europejską, bo "bez funduszy unijnych Orban jest przyparty do muru". "Ale to też prowokacja, która przenosi go w stronę skrajnej prawicy. Kolejny skandal wywołany tak szokującą wypowiedzią sprawia, że obserwatorom trudniej jest dostrzec, jak Orbán zmieniał się przez lata i jak staje się coraz bardziej niebezpieczną postacią” - tłumaczy badacz.

Zapanować nad historią

Zdaniem naszego rozmówcy sobotnie przemówienie Viktora Orbána zostało negatywnie odebrane przede wszystkim w środowiskach wobec niego opozycyjnych i raczej nie zaalarmuje jego wyborców. Wręcz przeciwnie. Celem Orbána było postawienie obecnej trudnej sytuacji ekonomicznej Węgier w szerszym kontekście i pozbycie się odpowiedzialności za stan gospodarki.

Przemówienie Orbána było pełne twierdzeń stanowiących główne wątki rosyjskiej propagandy wojennej – Orbán konsekwentnie wspiera i umacnia w Europie narracje Rosji. Jego zdaniem wspierając Ukrainę, "Zachód tylko przedłuża wojnę", a ewentualne negocjacje w sprawie jej zakończenia powinny się toczyć między USA a Rosją, bo to są strony tego konfliktu. „UE powinna stać między Ukrainą a Rosją”, a nie „opowiadać się za Ukrainą”. „Celem powinno być nie wygranie wojny, ale wynegocjowanie pokoju”.

"Zachód tylko przedłuża wojnę [na Ukrainie]. Negocjacje pokojowe powinny się toczyć między USA a Rosją, bo to są strony tego konfliktu".
Pomoc w samoobronie udzielana przez inne państwa na prośbę ofiary napaści zbrojnej pochodząca od prawowitego rządu napadniętego państwa jest legalna na gruncie prawa międzynarodowego i nie czyni państwa pomagającego stroną konfliktu.
doroczne przemówienie premiera Węgier w Băile Tuşnad,23 lipca 2022

Perorował też o tym, jak to swoją reakcją na wojnę w Ukrainie i wprowadzeniem sankcji, Unia Europejska sama strzela w stopę. "Kto zarabia na wojnie?" – pyta. "Ci, którzy mają surowce energetyczne" – "Rosja i amerykańskie koncerny paliwowe". Europie wytykał absolutny brak zdolności do trafnej oceny sytuacji międzynarodowej w związku z wojną.

Przekonywał też, że Unia Europejska jest słaba, pozbawiona wizji i powolna. Węgry muszą się wyzwalać z jej dyktatu, by nie dać się pociągnąć na dno. Rządy w Europie upadają "jak domino", ceny energii gwałtownie wzrosły i potrzebna jest nowa strategia.

"Orbán ma nadzieję przekonać swoich oburzonych wyborców o tym, że to nie on i jego polityka, tylko naiwność i słabość intelektualna Brukseli powodują problemy ekonomiczne, od których Węgry dostają rykoszetem.

W interesie Rosji jest przekonywanie odbiorców na Zachodzie, że sankcje nie działają i szkodzą tylko nam. Orbán konsekwentnie realizuje agendę Rosji" – tłumaczy Istvan Hegedus.

Tym razem pierwszy raz też tak wyraźnie nawiązuje do nowej narracji na temat świata propagowanej przez Rosję i Chiny: oto z chaosu wyłania się nowy, wielobiegunowy świat i Węgry potrzebują „odnowienia umów” z Unią Europejską, Chinami i Rosją, co oznacza renegocjacje ram, na których oparte są dotychczasowe sojusze.

Hegedus: "Orbán po raz kolejny chce sprawić na swojej publice wrażenie, że doskonale rozumie, co się dzieje dookoła niego w świecie, jakich procesów historycznych jesteśmy świadkami i jak się wobec nich ustawić, by umocnić swoją pozycję. Orbán rozumie historię, która dzieje się na naszych oczach i wie, jak nad nią zapanować, jak wpisać się w te wielkie procesy dziejowe. On nie postrzega siebie jako lojalisty wobec Putina ani kogokolwiek innego. Widzi siebie jako polityka równego. To właśnie jego megalomania, hojne programy socjalne, a tle systemowe rozmontowywanie demokracji były jego receptą na polityczny sukces".

Co może wyniknąć z sytuacji, w której jeden z fundamentów władzy Viktora Orbána mocno się chwieje?

"Opozycja na Węgrzech po przegranych wyborach jest wciąż bardzo kiepskiej formie i na razie nie wie, co ze sobą zrobić. To konglomerat partii, który nie wyłonił jednego lidera, nie uspójnił wizerunku i nie stworzył jak dotąd żadnej kompleksowej oferty dla wyborców"

– mówi doktor Hegedus.

Dodaje, że pozycja Viktora Orbána w jego środowisku, pomimo odejścia doradczyni, jest bardzo mocna:

"To nie jest moment na żadne przetasowania. Fidesz dopiero co wygrał wybory i zdobył miażdżącą większość dwóch trzecich miejsc w parlamencie. Dwunastoprocentowe spadki na pewno drażnią premiera, ale na razie nie stanowią podstawy do kwestionowania jego przywództwa. Sytuacja jest trudna, wszyscy o tym wiedzą. Orbán będzie w najbliższym czasie robił wszystko, by przekonywać swoich wyborców do tego, że pogorszenie warunków ekonomicznych to wina wszystkich dookoła, ale nie jego. Jego sobotnie przemówienie pokazuje, że ta ofensywa komunikacyjna już się zaczęła".

Orbán na pewno liczy też na to, że we włoskich wyborach we wrześniu powróci prawicowa koalicja, a także kibicuje powrotowi Donalda Trumpa do Białego Domu w 2024 roku. Niewykluczone, że ma też nadzieję na poprawę relacji z Polską. W swoim przemówieniu wyjaśnił, że problemem w polsko-węgierskich relacjach jest w tej chwili "serce", czyli kwestia emocjonalnego zaangażowania Polaków po stronie Ukrainy i w tej sprawie "nie możemy dojść do porozumienia". Dlatego "musimy użyć rozumu, aby uratować wszystko, co się da z przyjaźni polsko-węgierskiej i naszego strategicznego sojuszu na czasy powojenne".

Orbán potrzebuje sojuszników, bo na razie w Europie ma do czynienia z kompletną izolacją.

;
Wyłączną odpowiedzialność za wszelkie treści wspierane przez Europejski Fundusz Mediów i Informacji (European Media and Information Fund, EMIF) ponoszą autorzy/autorki i nie muszą one odzwierciedlać stanowiska EMIF i partnerów funduszu, Fundacji Calouste Gulbenkian i Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (European University Institute).

Udostępnij:

Paulina Pacuła

Pracowała w telewizji Polsat News, portalu Money.pl, jako korespondentka publikowała m.in. w portalu Euobserver, Tygodniku Powszechnym, Business Insiderze. Obecnie studiuje nauki polityczne i stosunki międzynarodowe w Instytucie Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas przygotowując się do doktoratu. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i relacjach w Unii Europejskiej.

Komentarze