Prawa autorskie: Adrianna Bochenek / Agencja GazetaAdrianna Bochenek / Agencja Gazeta
08 października 2020

„Pandemia pokazała, że polski system edukacji jest kompletnie bez sensu”

"Dla rządu szkoła jest po to, by przeprowadzać egzaminy i wystawiać oceny". "Po co w zasadzie spędzać tam 12 lat życia?" - nauczyciele i eksperci rozmawiają o tym, czego w pandemii dowiedzieliśmy o systemie edukacji

Polska szkoła od lat jest w poważnym kryzysie, a pandemia tylko ten kryzys pogłębia. Wiemy, że z systemu zniknęły tysiące uczniów. Wiemy, że nie wszyscy mieli dostęp do komputera i internetu. Innym w nauce przeszkadzały warunki lokalowe lub atmosfera w domach.

Majętniejsi rodzice zatrudniali asystentów nauczania zdalnego. W tym samym czasie część dzieci była zostawiona sama sobie.

Na pogorszenie jakości nauczania wskazują też wyniki tegorocznych matur, oblanych przez 1/4 uczniów i uczennic.

Ten jednoznacznie negatywny obraz polskiej szkoły i jej roli w wyrównywaniu szans był punktem wyjścia do debaty o epidemii nierówności zorganizowanej przez Fundację im. Stefana Batorego. W rozmowie, która odbyła się 7 października 2020, uczestniczyli:

  • Anna Blumsztajn, nauczycielka w Wielokulturowym Liceum Humanistycznym im. Jacka Kuronia, Instytut Pedagogiczny Uniwersytetu Gdańskiego;
  • Małgorzata Sikorska, Wydział Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego;
  • Przemysław Staroń, nauczyciel roku 2018, uczy w II LO im. Bolesława Chrobrego w Sopocie, Wydział Psychologii SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego w Sopocie;
  • Marta Zahorska, Instytut Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego;
  • Paweł Marczewski, forum Idei Fundacji im. Stefana Batorego.

OKO.press przedstawia główne wnioski z debaty.

"Nauka zdalna nie została przygotowana"

Czy ostatnie miesiące są tylko straconą szansą czy może wydarzyło się coś dobrego? Według Marty Zahorskiej niewątpliwym plusem kryzysu wywołanego epidemią było pogłębienie umiejętności komunikowania się online, a także konsolidacja rozbitych po nauczycielskim strajku zespołów pedagogicznych.

Chwilową korzyścią stało się też rozładowanie szkół licealnych, które w 2019 roku przyjęły podwójny rocznik. "To, co obserwowałam przed pandemią to był koszmar. Ogromna rozpiętość wieku między uczniami. Lekcje zaczynające się o 7:00 a kończące się o 18:00. Przerażający tłok na korytarzach i kolejki do ubikacji" — mówiła Zahorska.

Anna Blumsztajn zwracała uwagę na inne korzyści. "Młodzież podkreślała, że ten czas pomógł im w nauce pracy samodzielnej. W trybie szkolnym trudno się tego nauczyć, bo co do zasady jest on kontrolujący" — tłumaczyła nauczycielka.

"Nauka zdalna nie jest czymś strasznym, ona po prostu nie została w Polsce przygotowana"

— zwracał uwagę Przemek Staroń. I opowiadał, że z perspektywy uczniów dało się znaleźć plusy. "Mówili, że nie musieli tracić dwóch godzin dziennie na dojazdy, w końcu mogli lepiej planować swój dzień, umawiać się ze znajomymi, jak chcieli".

Małgorzata Sikorska wśród plusów wymieniła rozkwit lekcji online prowadzonych przez wybitnych nauczycieli. Ale jednocześnie jako niewykorzystaną szansę uznała zmianę paradygmatu edukacji. "Ujawniło się inne, urozmaicone spojrzenie na system edukacji. Mogliśmy nauczyć młodych ludzi, że w sieci można znaleźć wiele niepotrzebnych, ale także równie dużo wartościowych treści. Mam wrażenie, że to się jednak nie stało".

"Czy szkoła jest tylko po to, by nauczyć podstawy?"

Według prof. Zahorskiej na pandemii najbardziej stracili uczniowie techników. "Na wsiach, czy wszędzie tam gdzie są szkoły zawodowe, młodzież w ogóle nie uczestniczyła w zajęciach. Wszystkie przedmioty ogólne, które mogły być realizowane, zostały zignorowane. One w ogóle w systemie wartości tych szkół są nisko, bo uczniowie chcą praktycznych zajęć.

Ale teraz po prostu poszli do pracy i zarabiali, zamiast się uczyć".

Drugą grupą, w której najmocniej widać zróżnicowanie, to dzieci młodsze. "W rodzinach inteligenckich, tam, gdzie był czas i środki, rodzice stawali na rzęsach, żeby pomóc swoim dzieciom. Ale nie wszyscy mogli lub wiedzieli jak to robić" — mówiła socjolożka.

Sikorska zauważała, że oprócz najłatwiej mierzalnych różnic w szansach edukacyjnych, takich jak dostęp do laptopów, internetu, czy warunków lokalowych, równie istotne jest zróżnicowanie w podejściu do uczniów. "Tam gdzie relacje między uczniami i nauczycielami już wcześniej były zbudowane na zaufaniu i autorytecie, tam trudna sytuacja nic nie popsuła. Ale jeśli już wcześniej było źle, to komunikacja przez maila czy Librusa, tony wymagań i zadań do odrobienia, tylko potęgowały trudności".

Także Anna Blumsztajn uważa, że okres pandemiczny tylko postawił przed oczami problemy, które istniały wcześniej. "Kwestia znikających uczniów, to problem, z którym mierzyliśmy się też wcześniej. Za ekranami, a w zasadzie ich brakiem, zniknęli ci, którzy już wcześniej nie przychodzili i miały wiele nierozwiązanych problemów. I choć nierówności edukacyjne są moim konikiem, nie chciałabym wszystkiego sprowadzać do tego.

Kwestia dobrych relacji nie jest związana tylko ze społecznym rozkładem szkoły. Wręcz bywa odwrotnie — dobre szkoły, rywalizujące o wyniki, często budują bardzo złe relacje"

— tłumaczyła nauczycielka.

I zwróciła uwagę, że uczniowie mogli zastanowić się, czym w zasadzie jest szkoła. "Czy to tylko miejsce, w którym ode mnie czegoś się chce, jest uciążliwością? A może chodzi o wymianę myśli, relacje z rówieśnikami? (...) Wydaje mi się, że najpełniej pandemia ujawniła, że nie mamy pomysłu na to, czym ma być edukacja? I to niewykorzystana szansa po stronie rządu, by odpowiedzieć na pytanie po co w zasadzie spędzać tam 12 lat życia? Czy tylko po to, by nauczyć się podstawy programowej?".

"Ta sytuacja ujawniła też jak szkoła jest traktowana przez władzę. Niby wszyscy to widzieliśmy, ale teraz to kłuje po oczach. Szkoła jest po to, by przeprowadzać egzaminy i wystawiać oceny. (...) Cały system jest transmisją porcji wiedzy: »przeczytaj«, »zrób ćwiczenie«, »zapamiętaj«. To widać było w kuriozalnych przykładach zadań domowych z w-fu, gdy uczniowie byli proszeni, żeby opisać rolę mięśni gładkich. I najważniejsze, w podejściu rządu w ogóle nie widać dzieci" — mówiła Sikorska.

"Król jest nagi" — komentował Przemek Staroń. "Polski system edukacji jest dla mnie kompletnie bez sensu, a ten kryzys tylko to uwidocznił.

Świat zmienia się nieustannie, a my w podstawie uczymy dzieci, świata, którego nie ma; który dawno się skończył. To paranoja.

I zgadzam się, że tylko utrwaliliśmy nierówności".

"Nie ma prostych i szybkich sposobów na zmianę"

Czy więc szkoła po tych wszystkich perturbacjach ma jeszcze zdolność wyrównywania szans życiowych? A jeśli nie, to co musi się stać, żeby to się zmieniło?

Prof. Zahorska uważa, że dziś szkoła jest do tego zadania kompletnie nieprzygotowana. "Jedyne, co nauczyciele mają robić, to realizować podstawę programową, która jest absurdalna, anachroniczna, przeładowana. A zmiany są bardzo trudne do wprowadzenia, bo szkoła jest uwikłana społecznie. Gdy czytałam ostatnio o reformach w różnych państwach, to widać było, że gdy nie zostały gdzieś porządnie wytłumaczone, to po 10-15 latach, tak jak u nas, zostały wycofane".

"Cały czas dziwię się polskiemu systemowi edukacji, który łączy mechanizmy hiperrynkowe, takie jak egzaminy zewnętrzne, testy, z konserwatyzmem i tradycją. Mamy więc hybrydę, która nie pasuje do rzeczywistości, a z tego nowego świata bierze same najgorsze elementy"

— mówiła Blumsztajn. "Wprowadzenie gruntownej zmiany, zwłaszcza z rządem, który traktuje ją instrumentalnie, wydaje się bardzo trudne. Wydaje mi się, że jeśli nastąpi jakaś zmiana, to tylko oddolnie. Nie wierzę w reformę, wierzę w zmianę nauczycieli, sposobu ich kształcenia".

"Nie ma prostych i szybkich sposobów na reformę edukacji" — dodawała Sikorska. "Kluczem jest społeczny wizerunek nauczycieli, pomysł na to, czego w ogóle mamy uczyć, co chcemy dać uczniom, ale takiego myślenia dziś nie ma, więc ciężko wprowadzić jakiekolwiek zmiany".

"Ludzie patrzą na Finlandię i chcieliby skopiować efekt" — mówił Staroń. "Ale halo, gdzie droga?

Wszyscy dyskutują o przestawianiu klocków, ale nie rozmawiamy, my w sensie systemu, o tym, jakie kompetencje są potrzebne dzieciom.

Wydaje mi się, że pytanie »oddolnie czy odgórnie« to nie jest dobre pytanie. Musimy zastanowić się, co możemy zrobić oddolnie, a co bez odgórnej zmiany po prostu nie ruszy".

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne