W dzień pogrzebu atmosfera jest już inna. Jak mówiła żona prezydenta, "Pawle, to będzie dla nas trudne. Musimy się nauczyć żyć bez ciebie. Powoli, dzień po dniu". Chłopaki noszą "Adamowicza" pisanego solidarycą. Gdy abp Gądecki ogłasza, że wszystko, co dobre w Pawle było z chrztu, kobieta obok nie wytrzymuje: "A Stefan W. to nie był ochrzczony?"

Kolejka do Bazyliki Mariackiej ciągnie się w sobotni (19 stycznia) poranek aż do rogu Piwnej i Kołodziejskiej i zakręca w ulicę Tkacką. Ludzie stoją, ale coraz częściej słyszę „I tak nie wejdziemy”. Uświadamiam sobie, że mija właśnie tydzień od ataku na ich prezydenta, a teraz trochę naszego, całej Polski. Bardzo długi tydzień.

Elegancko ubrana kobieta po czterdziestce: „Stałam, wie pani, we wszystkich kolejkach. Najlepiej było przed ECS [Europejskim Centrum Solidarności – nasz tekst o tym tutaj], gorąca herbata, żeby ludzie nie zmarzli, dobrze zorganizowane, zadbali o nas. Wczoraj po mszy już tak nie było. Wpuszczali do trumny po 10 osób, trzy godziny staliśmy  na mrozie przed kościołem. Bez sensu. Poszłam nawet do księdza i mówię, że ludzie marzną, ale oni jakoś nie bardzo”.

Mówi o trumnie wystawionej po raz drugi w Bazylice Mariackiej. I o mszy wieńczącej żałobny przemarsz z ECS do bazyliki. Wydaje mi się, że to właśnie wtedy gdańszczanie tak naprawdę pożegnali prezydenta – w kondukcie szło dosłownie całe miasto. Marszowi towarzyszyło bicie dzwonu, szliśmy w rytm tego bicia. Dużo ludzi płakało. Może dlatego, że ESC to było takie Jego, prezydenta, miejsce i że tam było jakoś intymnie.

Dużo młodych ludzi. Uderzające, że mają żałobne naklejki z nazwiskiem Adamowicz, ale pisanym „solidarycą”, z czarno-białą flagą wyrastającą z ostatniego ramienia litery „W”. Mają pewnie niewiele więcej lat niż Paweł Adamowicz w Sierpniu który w listopadzie 1980 obchodził 15 urodziny.

Widząc tych młodych prezydent Gdańska byłby szczęśliwy, bo dla niego „Solidarność” była żywym przeżyciem, źródłem.

W skupieniu przeszkadza głośny akumulator, który ogrzewa namiot, gdzie obsługa kontroluje gości przed wejściem do bazyliki. Obecność premiera i prezydenta a także przewodniczącego Rady UE sprawia, że kontrola jest drobiazgowa.

Obok mnie młoda para. Mężczyzna: „Bez sensu to ustawili przy samym wejściu, ludzie przyszli się modlić, a to tak hałasuje. Chodź, i tak przyszliśmy symbolicznie, żeby się pożegnać”.

Ludzie są zmęczeni. Dla wielu z nich to kolejny dzień, kolejne pożegnanie. Ile można żyć w takim napięciu?

Przygotowania do pogrzebu straciły trochę z piątkowej atmosfery, choć tłum jest równie wielki. Część osób rezygnuje z kolejki do bazyliki i staje przy barierkach odgradzających wejście, żeby tylko być bliżej kościoła. „Widział ludzi według tego, jaki sam był. Nie krzywdził nikogo, więc jemu też nie przyszło do głowy, że ktoś może tak go potraktować”, tłumaczy rodzinie starszy pan.

Zaczyna się msza.

Ludzie cały czas chodzą, także w czasie hymnu. Ci bliżej telebimu pilnują swych pozycji, inni szukają lepszego miejsca, zwłaszcza, że telebimy są za nisko i niewiele na nich widać. Niektórzy twardo trzymają portrety prezydenta. Obok mnie kobieta puszcza sobie na komórce transmisję z pogrzebu w TVN 24.

Słychać słowa abp Gądeckiego: „Wszystko, co było dobrego w jego myśleniu, w jego słowach, w jego działaniu, wszystko to wzięło się z chrztu”. Kobieta stojąca za mną nie wytrzymuje: „A Stefan W. to co? Nie był ochrzczony?”

Głos arcybiskupa Głódźa niesie się po całej ulicy: „Dźwięk tego dzwonu wzywa nas do odbudowy polskiej wspólnoty wedle miary miłości, zaufania, szacunku. Do definitywnego zakończenia recydywy swoistej walki klas. W nowym przebraniu i propagandowym instrumentarium. Pamiętanej dobrze przez starsze pokolenie. Przynosiła opłakane owoce społecznych krzywd, konfliktów, destabilizację polskiej wspólnoty. To dotyczy także wypłukiwania z przestrzeni publicznej roli Kościoła, jego zadań i posłannictwa”.

Ciekawe kto uprawia tę recydywę? Ulubiony przeciwnik Głódźa, czyli liberalne elity? Bo chyba nie prawica u władzy, która raczej „wpłukuje Kościół”?

Część osób rezygnuje ze słuchania mszy, stoi pośrodku ulicy i rozmawia. W oknach sklepów portrety Adamowicza. Obok mnie trzylatek wyciąga rękę i wskazuje portret: „Oooo, to jest perzy…pred…perydent!”. „Tak, to jest nasz prezydent”, poprawia go ojciec.

Uwagę przykuwa dopiero przemówienie żony prezydenta. Magdalena  Adamowicz mówi momentami jak do przyjaciół: „Nadchodzi trudny czas, by się pozbierać, by na nowo uporządkować opustoszały świat, odnaleźć się w nim, oswoić osierocone miejsce przy stole, biurko, przy którym ręcznie pisałeś swoją książę i wszystkie myśli, pusty fotel” . To jest ten jeden jedyny moment, gdy łamie się jej głos.

„Pawle, wiem, że to będzie dla nas trudne. Bo jak odnaleźć się w świecie, gdy nie można już ufnie przytulić się do twojego dużego ramienia? Poczuć ciepło twoich dłoni, usłyszeć twojego dobrego głosu? Wspomóc się serdecznym słowem, radą, troską? Musimy się nauczyć żyć bez ciebie. Powoli, krok po kroku, dzień po dniu”.

Chyba właśnie obserwuję początek tej nauki.

Przy słowach o. Ludwika Wiśniewskiego, który z Adamowiczem konspirował przeciw komunie, tłum się ożywia. Dominikanin mówi jak natchniony, z uniesioną ręką, drżącym z emocji głosem to, co wielu z nas myśli:  „Człowiek posługujący się językiem nienawiści, budujący karierę na kłamstwie, nie może pełnić wysokich funkcji w naszym kraju”. A potem dodaje, że „trucizna nienawiści (…) panoszy się także w Kościele”. Owacja!

Oklaski towarzyszą też Aleksandrze Dulkiewicz, p.o. prezydenta Gdańska. To jedna z tych młodych osób, dzięki których pracy, czasem niewidocznej, Adamowicz miał tyle czasu na rozmowy z setkami, tysiącami ludzi, organizacji. Niedługo przed śmiercią prezydenta oficjalnie została jego pierwszą zastępczynią.

Pod koniec nabożeństwa ruszam do świetlicy Krytyki Politycznej w Gdańsku, by porozmawiać o tym, jakim prezydentem był Adamowicz. Dowiem się, że najpierw bywało różnie, ale w kolejnych latach lepszym, coraz lepszym, wrażliwym, strasznie fajnym facetem (Rozmowa z Lidią Makowską, feministką z gdańskich ruchów miejskich, już niedługo w OKO.press).

Na świetlicę Krytyki Politycznej w Gdańsku namawiał prezydenta Sławomir Sierakowski. W końcu Adamowicz się zgodził i zapytał, czy w związku z tym mógłby zjeść kolację ze Slavojem Žižkiem, który miał przyjechać na otwarcie świetlicy. Adamowicz był ciekaw lewicowego filozofa, bo on był ciekaw całego świata i dużo o nim czytał, bo czytał bardzo dużo.

Gorąca zupa pomidorowa w Krytyce ratuje mi życie po kilku godzinach na mrozie. Podnoszę głowę znad miski i dopiero widzę, co tu się dzieje. Wokół stołu siedzą działacze i zaproszeni goście, pomiędzy chlebem i ciastem leży telefon komórkowy z włączoną transmisją pogrzebu.

W kwaterze gdańskiej lewicy donośnie brzmi pieśń religijna.

„Słuchaliśmy przemówienia Magdaleny Adamowicz”, wyjaśnia mi jedna z działaczek. I potem już nikt telefonu nie wyłączył.

Agata Kubis, fotografka OKO.press zwraca mi uwagę na mężczyznę, któremu chwilę wcześniej zrobiła zdjęcie. Na stopniach renesansowej kamienicy siedzi pogrążony w smutku i tuli czarnego psa. Czarna wstążka, nalepka z Adamowiczem solidarycą.

Zobaczcie to i inne zdjęcia Agaty Kubis:

 

 

 


Kontrolujemy władzę. Prowokujemy opozycję.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Sekretarz redakcji OKO.press. Socjolożka i antropolożka po ISNS UW, tworzyła i koordynowała projekty społeczne w organizacjach pozarządowych (m.in. Humanity in Action Polska), prowadziła warsztaty dla młodzieży i edukatorów/ek (m.in. PAH, CEO, Amnesty International), publikowała w „Res Publice Nowej”. W OKO.press pisze o prawach kobiet i Kościele katolickim.


Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!