Czy poseł Marcin Józefaciuk odkrył już, że kobiety karmiące piersią mogą pracować godzinę krócej, a pensję otrzymują za pełny dzień pracy? Przecież to dyskryminacja ojców. I dlaczego 14 tygodni urlopu przysługuje kobiecie, a ojcu sześć? Mam dla niego 4 krótkie lekcje
„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.
„Walczę z tym, że państwowa instytucja publiczna stworzyła system, w którym jedna grupa pracowników może dostać dodatkowy, pełnopłatny dzień wolny co miesiąc, a druga grupa nie dostaje nic” – napisał we wtorek 9 czerwca 2026 na Facebooku Marcin Józefaciuk, obecnie poseł niezależny.
Kilka godzin później wołał z mównicy w Sejmie, że państwowa jednostka publiczna dyskryminuje mężczyzn.
O co chodzi?
Poseł Marcin Józefaciuk udał się z kontrolą do Ochotniczych Hufców Pracy. I odkrył, że te oferują swoim pracownicom urlop menstruacyjny, czyli jeden dzień w miesiącu wolny wtedy, gdy ból miesiączkowy utrudnia normalne funkcjonowanie i pracę.
Urlopy menstruacyjne są znane na całym świecie, stosuje go kilka prywatnych firm w Polsce (od znanego CD Projekt Red przez stowarzyszenie Ashoka Poland, po agencje marketingowe jak Digitalk czy Suasio).
Poseł uznał jednak, że to przywilej dla kobiet i dyskryminacja dla mężczyzn. Z mównicy sejmowej wezwał ministrę rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk do złożenia pilnych wyjaśnień, zapowiedział, że sprawę skieruje do Rzecznika Praw Obywatelskich i Urzędu Ochrony Danych Osobowych.
Poseł złożył też wniosek formalny w sprawie OHP, zamierza analizować ich dane finansowe, bo przecież ktoś za te urlopy musiał zapłacić.
Jego słowa już podchwyciły grupy i stowarzyszenia działające na rzecz mężczyzn. Pojawiły się komentarze o terrorze feministek, rychłym haraczu z powodu urodzenia się mężczyzną, hasła o systemowej dyskryminacji spod znaku różnego wieku emerytalnego i transfobiczne żarty w stylu: „chyba zacznę identyfikować się jako kobieta”.
Marcin Józefaciuk jest nauczycielem, do Sejmu wszedł z list KO, ale kiedy partia zawiesiła go po tym, jak na posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Ochrony Dzieci w Procesie Rozstania Rodziców zaprosił osobę skazaną za przestępstwa seksualne wobec własnego dziecka, zrezygnował z członkostwa w Koalicji Obywatelskiej.
Przygotowałam więc dla posła cztery krótkie lekcje – licząc, że niczym jego uczniowie, wyciągnie odpowiednią wiedzę ze swojego nieroztropnego działania.
Poseł (celowo lub nie) urlopy menstruacyjne w OHP owiał aurą tajemnicy, sekretu skrywanego przez lewicowe Ministerstwo Pracy, któremu podporządkowane są Hufce.
Józefaciuk twierdzi, że informację tę odkrył w trakcie kontroli poselskiej. Tworzy narrację, zgodnie z którą resort dawałby osobom miesiączkującym tajne dni wolne, jakby nie do końca w zgodzie z prawem. Problem w tym, że
bezpłatny urlop menstruacyjny w Ochotniczych Hufcach Pracy działa od 1 grudnia 2024 roku. A więc półtora roku.
Informacja ta była szeroko komunikowana w mediach społecznościowych, komendant główny OHP Jerzy Budzyn zapowiadał ją też w radiu RDC.
W przestrzeni publicznej istnieją nawet dane wskazujące, że w miesiącu, w którym wystartował projekt, dzień wolny wzięło ledwie 14 procent kobiet. Rok później – już ok. 40 procent.
OHP chwali się projektem, czego poseł nie sprawdził lub sprawdzić nie chciał. Czyżby dlatego, że informacja o projekcie trwającym 1,5 roku, i to z powodzeniem, bez masowych zwolnień czy strajków pracujących w OHP mężczyzn, nie polaryzowałaby tak bardzo i nie zebrała internetowego poklasku?
Urlopy menstruacyjne nie są na świecie niczym nowym. W 1947 wprowadziła je Japonia. Szeroko stosują je kraje azjatyckie, takie jak Korea Południowa, Wietnam czy Tajwan.
Trzy lata temu Hiszpania wpisała je do swojego kodeksu pracy, zezwalając na wzięcie 3-5 dni wolnych w roku. Podobny projekt próbowały wprowadzić w 2017 roku Włochy, ale większość parlamentarna odrzuciła go, argumentując, że pogłębi nierówności płacowe i zniechęci pracodawców do zatrudniania kobiet – do czego dziś (świadomie lub nie) przyczynia się poseł Marcin Józefaciuk.
Nadia Oleszczuk-Zygmuntowska, działaczka społeczna związana z Polską Siecią Ekonomii, przypomina, że urlopy menstruacyjne jako pierwszy na świecie wprowadził... Związek Radziecki już w latach 20. „Rozwiązania skierowane były do kobiet pracujących w fabrykach. Miały one chronić zdrowie pracownic, by mogły wypełniać swoje funkcje reprodukcyjne oraz macierzyńskie i odzwierciedlały radziecką politykę pronatalistyczną” – podnosi Oleszczuk.
Skutki były jednak opłakane: „Wdrożenie urlopów stało się podstawą do dyskryminacji pracownic przez pracodawców, którzy zaczęli faworyzować mężczyzn jako lepszych, chętniej zatrudnianych pracowników. Pracownice postulowały więc o zniesienie urlopów menstruacyjnych, do czego ostatecznie doszło”.
Zdawałoby się, że sto lat później nasza świadomość i wiedza są dalej. A jako 20. gospodarka świata, jesteśmy w stanie dostosować styl i warunki pracy do naszych potrzeb.
Powiem więcej – w kraju, w którym problem niskiej dzietności odmieniany jest przez wszystkie przypadki obowiązkiem pracodawców, a przede wszystkim rządu, który kreuje politykę również w obszarze pracy, jest tworzenie systemu prospołecznego i prorodzinnego.
Tymczasem wybucha histeria z powodu jednego wolnego dnia dla tej części społeczeństwa, którą natura obdarzyła comiesięcznym bólem, nie tylko utrudniającym wstanie z łóżka, ale i wywołującym problemy logistyczne czy generującym koszty – w skali całego okresu trwania menstruacji u kobiet sięgającego nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.
„To jest systemowa nierówność. To jest nierówna polityka kadrowa ubrana w język empatii. To jest przykład tego, jak państwo potrafi zauważyć jedną grupę, a drugiej powiedzieć: wasz problem nas nie interesuje” – pisze poseł Józefaciuk. Tyle tylko, że znowu – przekłamuje.
Bo dziś osoby, które cierpią z powodu silnych dolegliwości menstruacyjnych czy objawów menopauzy, korzystają z urlopu na żądanie – dostępnego dla wszystkich. Albo decydują się na zwolnienie lekarskie, które nie jest przecież pełnopłatne i negatywnie wpływa na ich wynagrodzenie.
Menstruacja to nie sytuacja losowa, efekt wypadku. To nie złamanie nogi czy ręki, tylko pojawiająca się co miesiąc sytuacja, której nie sposób uniknąć lub złagodzić jej skutki.
Równość? OK, ale nie wydaje mi się, by mężczyźni borykali się z taką samą lub podobną sytuacją wynikającą z ich płci.
Poseł zapomniał, że równość nie oznacza, że każdy dostaje po równo.
Doskonale zobrazowała mi to kiedyś Anna Błaszczak-Banasiak, specjalistka w zakresie prawa antydyskryminacyjnego i praw człowieka.
Jeśli mamy trzy osoby, które oglądają wyścig, ale stoją w miejscach, w których trudno go w pełni dostrzec, to działaniem równościowym nie będzie wręczenie każdej z nich stołka o identycznych rozmiarach – tylko obranie takich rozwiązań, by każda z nich, niezależnie od wzrostu czy zajmowanego miejsca, miała szansę na pełne obejrzenie wyścigu.
Tu jest podobnie. Mężczyźni nie ponoszą konsekwencji menstruacji, tak samo, jak nie ponoszą konsekwencji ciąży i porodu. Nikt nie nazywa przywilejami czy benefitami rozwiązań, które polskie prawo przewiduje dla kobiet w ciąży i młodych matek. Chodzi o stworzenie takich warunków pracy, w których wszyscy będą mogli być w równym stopniu obecni i aktywni na rynku pracy.
Józefaciuk pisze, że: „Pracodawcy nie powinno interesować, co boli. Jak chce dać dzień wolny, to daje wszystkim”.
I taki właśnie sposób myślenia wypycha kobiety z rynku pracy. To one zachodzą w ciążę i wypadają z rynku na okres minimum roku – najczęściej w okolicach 30-, 40-tki, w piku swoich karier. To one najczęściej biorą wolne, gdy ich dziecko choruje.
Jeśli rynek pracy sprowadzimy do sytuacji, w której pracodawcy nie powinien interesować stan zdrowia kobiet, to znajdziemy się w kraju, w którym pracę otrzymują wyłącznie mężczyźni, nieobarczeni ryzykiem ciąży, urlopów, zwolnień czy opieki nad dzieckiem. Tego chcemy?
„Zdrowie mężczyzn nie jest żartem. Samobójstwa mężczyzn nie są żartem. Późna diagnostyka mężczyzn nie jest żartem. Systemowe pomijanie mężczyzn nie jest żartem” – pisze Marcin Józefaciuk. I ja się z panem posłem zgadzam.
Jednak zamiast organizowania internetowej histerii i nakręcania spirali nienawiści czy walki międzypłciowej, poseł mógłby realnie działać na rzecz zmiany prawa. Wszak on ma do tego społeczny mandat.
Poseł mógłby postulować wydłużenie urlopów ojcowskich. Powalczyć o taki system pracy, w którym każdy obywatel miałby prawo do dnia wolnego na profilaktyczne badania lekarskie. Stworzyć zespół roboczy czy przygotować projekt ustawy wspierający zdrowie psychiczne u chłopców i mężczyzn.
Urlopy menstruacyjne nie zamykają nikomu drogi do walki o lepsze warunki pracy, wręcz przeciwnie – mogą tę dyskusję ułatwić.
Panie pośle – do dzieła!
Kobiety
Polityka społeczna
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk
Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej
Sejm X kadencji
dyskryminacja
marcin jozefaciuk
menstruacja
ochotnicze hufce pracy
polityka
praca
Prawa kobiet
prawo pracy
urlop menstruacyjny
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Komentarze