"Wdrożymy dyrektywę o prawach autorskich tak, by zachować wolność w internecie" - obiecują politycy PiS. Swobody we wprowadzaniu w życie jest jednak niewiele, a dyrektywa ma też sporo pozytywnych stron. Partii Kaczyńskiego nie chodzi o merytoryczną dyskusję. Z nośnych haseł tworzy doskonałe paliwo wyborcze

Podczas sobotniej (30 marca 2019) konwencji PiS w Gdańsku Jarosław Kaczyński zamienił „piątkę PiS” w „piątkę plus”, tłumacząc, że plus oznacza „wolność”. Jaką? Chodzi o wolność w internecie, którą Polakom odebrali europosłowie PO, głosujący w Parlamencie Europejskim za „ACTA2” – tłumaczył premier Morawiecki.

Echa gdańskiej konwencji niosą się w mediach, a kolejni politycy PiS chwalą się pomysłami na przywrócenie w Polsce „swobody korzystania z internetu”. 1 kwietnia na antenie RMF.FM głos zabrał szef kancelarii premiera Michał Dworczyk.

„[Trzeba będzie] przygotować ustawę taką, która wprowadzi dyrektywę unijną w Polsce w życie. My będziemy starali się w taki sposób skonstruować to obowiązujące w Polsce prawo, aby nie ograniczyło korzystania i dostępu do internetu” – stwierdził.

Słowa Kaczyńskiego, Morawieckiego, Dworczyka i wielu innych polityków PiS to puste obietnice i przedwyborcza manipulacja. Z kilku powodów:

  • dyrektywa nie ma na celu ograniczania „wolności internetu”, choć nie jest wolna od zagrożeń dla użytkownika;
  • państwa członkowskie mają pewną swobodę przy wdrażaniu dyrektywy, ale muszą realizować jej zasadnicze cele;
  • PiS traktuje „wolność internetu” instrumentalnie – celowo ignoruje pozytywne strony nowego europejskiego prawa, bo wie, że z obietnic „wolności” ciężko będzie go rozliczyć.

Dyrektywa posłużyła już do ataku na opozycję (która była w tej sprawie podzielona), ma jeszcze przyciągnąć „młodych” i dodać kolorytu niezbyt wyrazistej europejskiej agendzie PiS.

Przypominamy, co kryje się w uchwalonych przez PE przepisach i sprawdzamy, jakimi narzędziami przy ich wdrażaniu dysponują politycy. Demaskujemy też wykorzystanie dyrektywy przez PiS do celów walki wyborczej.

„Zniewolony internet”


Artykuł 11. i 13. przyjętych przepisów dają możliwość wprowadzania prewencyjnej cenzury.

Michał Dworczyk, RMF.fm - 01/04/2019

16.01.2018 Warszawa , Kancelaria Prezesa Rady Ministrow . Szef Kancelarii Premiera , minister Michal Dworczyk podczas konferencji o powolaniu polsko- wegierskiego Instytutu im Waclawa Felczaka . Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta


półprawda. Półprawda. Zagrożenie dla wolności internetu wynika przede wszystkim z artykułu 13, nie chodzi jednak o celową "cenzurę".


Czy dyrektywa rzeczywiście doprowadzi do cenzury w internecie? Jak pisaliśmy w OKO.press, niekoniecznie. Przypomnijmy, czego dotyczą dwa kontrowersyjne artykuły:

  • Artykuł 11 (po zmianach 15) ma na celu objęcie wydawców prasowych prawami pośrednimi. Wydawcy zyskają narzędzie, by zmusić duże platformy internetowe pokroju Google News do dzielenia się zyskami ze sprzedaży reklam. Indywidualni użytkownicy nadal będą mogli linkować do artykułów i obszernie je cytować. Pojawiają się jednak obawy, że dyrektywa ograniczy dostęp do artykułów z rzetelnych źródeł, które zostaną wyparte przez swobodnie krążące po sieci fake news.
  • Artykuł 13 (po zmianach 17) nakłada na platformy pokroju Facebooka i YouTube’a odpowiedzialność za zamieszczane na nich treści. Ma to pomóc lepiej chronić prawa autorskie przysługujące twórcom. By uniknąć kar, platformy będą zmuszone proaktywnie filtrować treści, co może skutkować prewencyjnym ich odsiewaniem. To tutaj obserwatorzy dostrzegają zagrożenie dla wolności internetu – nie będzie to jednak celowa „cenzura”.

Komisja Europejska i Parlament Europejski podkreślają, że artykuły 11 i 13 sformułowano tak, by chronić indywidualnych użytkowników sieci. I zachować maksymalną swobodę korzystania z jej zasobów. Z dyrektywy wyłączono memy i GIF-y, a także np. Wikipedię.

Co zrobić, by nie dopuścić, aby obawy użytkowników internetu się nie zrealizowały? W rozmowie z OKO.press Michał Boni, europoseł z ramienia PO i przeciwnik artykułu 13, przedstawił pomysł na debatę na poziomie europejskim. Bo rozwiązania w pojedynczych państwach członkowskich – takie, jakie proponują politycy PiS – w przypadku internetu mogą okazać się nieskuteczne.

„Potrzebne będą rozwiązania elastyczne, może wręcz europejski okrągły stół. Żeby porozmawiać o artykule 13, zastanowić się, jak bez nadmiernych szkód realizować główne przesłania tego prawa, zapobiec masowej prewencji. Na podstawie wyników takiego okrągłego stołu można by przekazać rekomendacje dla państw członkowskich” – mówił Boni.

Czy PiS może zrobić z dyrektywą, co chce?

Dyrektywa to akt prawny UE, który wymaga przystosowania do prawa krajowego we wszystkich państwach członkowskich. Tym właśnie różni się od

  • rozporządzenia, które obowiązuje w całej Unii bezpośrednio,
  • i od decyzji, która dotyczy pojedynczych krajów.

Ile swobody mają państwa członkowskie przy wdrażaniu unijnych dyrektyw? Nie tak dużo, jak twierdzą politycy PiS.

Artykuł 288 Traktatu o Funkcjonowaniu UE wskazuje, że dyrektywy wiążą państwa członkowskie, w odniesieniu do rezultatu, który ma być osiągnięty. Pozostawiają im natomiast „swobodę wyboru formy i środków”.

Polski rząd będzie mógł wybrać ministerstwo, które zajmie się przystosowaniem dyrektywy, formę aktu prawnego i rodzaj procedury prawodawczej. Wybrane organy i procedury będą jednak musiały realizować zasadnicze cele dyrektywy, także te zawarte w kontestowanych artykułach 11 i 13.

Proces wdrażania dyrektywy jest zresztą mocno sformalizowany. Państwa członkowskie są zobowiązane do regularnego informowania Komisji Europejskiej o postępach. Każdego roku KE publikuje raport ze stosowania i wdrażania w państwach członkowskich unijnego prawa.

W przypadku błędów lub opóźnień Komisja może zaskarżyć dane państwo do Trybunału Sprawiedliwości UE na podstawie znanego już dobrze w Polsce art. 258 TFUE. To na jego mocy w 2017 roku Komisja wystąpiła do TSUE o zbadanie wycinki Puszczy Białowieskiej i „reformy” sądownictwa PiS. Zgodnie z art. 260 TFUE, jeżeli Trybunał orzeknie, że doszło do „uchybienia obowiązkom państwa członkowskiego”, może nałożyć na dany kraj kary finansowe.

Obietnice bez pokrycia


Jeżeli nie zostanie wprowadzona dobra implementacja w Polsce, to może się okazać, że treści w internecie będą filtrowane, to znaczy, że będzie ograniczony dostęp do treści w internecie.

Michał Dworczyk, RMF.fm - 01/04/2019

fot. Polsat News


półprawda. Polski rząd będzie miał niewielkie pole do popisu przy wdrażaniu dyrektywy. Nad całym procesem czuwać będzie Komisja Europejska.


Zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej ministerstwo odpowiedzialne za transpozycję przygotowuje „tabelę korelacji”. Wskazuje w niej, jak poszczególne przepisy danej dyrektywy zostaną przeniesione na grunt prawa krajowego.

KE zaleca także, by przy transpozycji dany kraj powstrzymał się od dodawania przepisów uzupełniających, które nie są niezbędne do realizacji celów dyrektywy. Jeżeli władze upierają się na dodatkowe zapisy, muszą uzasadnić dlaczego są one konieczne. I zapewnić, że ich dodanie nie spowoduje opóźnień.

Wystarczającym sposobem na wdrożenie unijnych przepisów będzie nowelizacja dwóch ustaw: o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Oba akty prawne funkcjonują dziś w polskim prawie, trzeba będzie jedynie zmienić niektóre z ich zapisów bądź dodać zapisy nowe.

Mówiąc o nieograniczonym „korzystaniu z i dostępie do internetu”, minister Dworczyk ma zapewne na myśli artykuł 13. By z powodzeniem wprowadzić go do polskiego prawa wystarczy zmienić artykuł 12 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, który zwalnia platformy internetowe z odpowiedzialności za naruszenia praw autorskich przez użytkowników. O tym, że trzeba jedynie usunąć z niego słowo „nie” (ze sformułowania „nie ponoszą odpowiedzialności”), pisała na swoim blogu Ewa Siedlecka.

Korekta kursu

Dyrektywę czeka jeszcze ostateczne głosowanie w Radzie UE. Zdaniem ekspertów będzie to czysta formalność, Rada bowiem już raz zaakceptowała tekst przyjęty przez Parlament. Po opublikowaniu dyrektywy w unijnym dzienniku urzędowym państwa członkowskie będą miały dwa lata na jej wdrożenie.

Dwa lata w roku wyborczym to odległa przyszłość, co z upodobaniem wykorzystują politycy PiS. Dostrzegli bowiem szansę na ofertę „dla młodych”, której w ich programie dotąd boleśnie brakowało. A z której nie trzeba będzie drobiazgowo się rozliczać. Ulgi podatkowe dla osób poniżej 26. roku życia to za mało, by przyciągnąć niepracującą młodzież. Co innego wolny internet.

Według sondażu Kantar MB dla „Wyborczej” z 5-11 marca 2019, w grupie wiekowej 18-34 lata poparcie dla PiS wyniosło tylko 16 proc. Partia rządząca przegrała tu z Koalicją Europejską (27 proc.) i Wiosną (26 proc.), wygrywając o włos z koalicją Lewica Razem (14 proc.).

„W ciągu dwóch lat pracy w PE nad tą dyrektywą nie widziałem żadnego posła PiS, który byłby aktywny” – mówił w rozmowie z OKO.press Michał Boni, europoseł z ramienia PO.

Miłość PiS do wolnego internetu jest platoniczna. Widać to wyraźnie, gdy przyjrzymy się dotychczasowym postulatom na wybory do PE. „Europy Cyfrowej Wolności” zabrakło choćby wśród 12 punktów Deklaracji Europejskiej PiS, ogłoszonej 9 marca. Na liście znalazły się za to tematy organicznie bliższe politykom partii Kaczyńskiego: „Europa Wartości”, „Europa Rodziny” i „STOP nielegalnej imigracji”.

Podobnie jest w przypadku zamiany „piątki PiS” na „piątkę plus”, co nie wygląda na zaplanowany element kampanii. Raczej na korektę kursu, by skorzystać z nadarzającej się okazji.


Absolwentka ILS UW oraz College of Europe. Zdobywała doświadczenie m.in. w Komisji Europejskiej i na Uniwersytecie Narodów Zjednoczonych w Tokio, a wcześniej w Polskim Instytucie Dyplomacji. W OKO.press pisze o prawie, Unii Europejskiej i polityce zagranicznej.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press