Za nami pierwsze czytanie projektu ustawy o statusie osoby najbliższej w Sejmie. Obejrzeliśmy obrady, żebyście wy nie musieli. I tak w dyskusji pojawili się papież Jan Paweł II, Konstytucja oraz flaga Magdaleny Biejat z wyborów prezydenckich. Jeden z posłów PiS nazwał osoby LGBT „bezproduktywnymi zachciankami”
"Gdyby stwórca chciał, żebyśmy umieli latać, to byśmy mieli skrzydła. Gdyby dziecko miało powstawać w związkach innych niż kobiety i mężczyzny, to byśmy się rozmnażali przez pączkowanie. Dlatego ludzie wynaleźli samoloty i konstytucyjną ochronę małżeństwa” – grzmiał z sejmowej mównicy Grzegorz Lorek, poseł PiS.
Lorkowi, absolwentowi administracji na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, odpowiedziała Katarzyna Kotula, ministra w rządzie Donalda Tuska odpowiadająca za sprawy równości: „Myślę sobie panie pośle, że gdyby ten stwórca osób LGBT nie chciał, to by ich po prostu nie stwarzał”.
Za nami czterogodzinna historyczna dyskusja poświęcona rządowemu projektowi regulującemu podstawowe elementy funkcjonowania par pozostających w związkach nieformalnych.
Debata nad ustawą o osobie najbliższej pokazała dwie rzeczy: że koalicja rządząca mówi jednym głosem, a prawicy kończą się argumenty, by nie popierać ustawy. PiS i Konfederacja w kółko bowiem powoływali się na art. 18 Konstytucji mówiący o ochronie małżeństwa, a zamiast o meritum, co chwila pytali o obecność ambasadorów krajów skandynawskich i Niemiec, którzy przysłuchiwali się dyskusji na sali sejmowej.
To historyczny moment. Pierwszy projekt ustawy o związkach partnerskich pojawił się w polskim parlamencie w 2003 roku, tuż przed akcesją do Unii Europejskiej. Po 23 latach bicia głową w mur i rytualnych dyskusjach o zamachu na rodzinę i wrażliwych sumieniach posłów i posłanek, niepozwalających im zagłosować za równouprawnieniem osób LGBT+, postępowa Lewica i konserwatywny PSL zaproponowały znalezienie większości dla mniej ambitnego sposobu uregulowania związków nieformalnych. Mniej ambitnego w treści, ale z poparciem rządu i wypracowanego w politycznym dialogu.
Chodzi o projekt ustawy o statusie osoby najbliższej i umowy o wspólnym pożyciu. Pod tą skomplikowaną nazwą nie kryją się związki partnerskie, obiecywane przez rząd jeszcze na początku tej kadencji, tylko umowa cywilnoprawna zawierana u notariusza, która reguluje podstawowe kwestie:
12 lutego, podczas pierwszego czytania projektu ustawy w Sejmie, ministra Katarzyna Kotula podkreślała, że państwo ma obowiązek zrobić wszystko, żeby obywatele czuli się bezpiecznie.
„Ta ustawa niczego nie zabiera, nie narzuca, ale wielu osobom daje poczucie godności i podstawowe bezpieczeństwo” – mówiła Kotula. Swoje wystąpienie zaczęła od prawdziwej historii pary mężczyzn po 40-tce, którzy przez lata tworzyli rodzinę. Gdy w maju 2023 jeden z nich umarł, do domu zapukała rodzina zmarłego. Zapytała o testament, a gdy okazało się, że go nie ma, potraktowała wieloletniego partnera jak dzikiego lokatora – wyrzuciła go na bruk. Nie pozwoliła mu też uczestniczyć w pogrzebie i decydować o pochówku.
Kotula podkreślała, że prawo nie dotyczy abstrakcyjnych paragrafów, tylko ludzi. „Głosując za tym projektem, każdy z nas będzie musiał podjąć prostą decyzję, czy chcemy, żeby w sytuacji granicznej, śmierci lub wypadku, państwo stanęło po stronie obywateli, czy chcemy, żeby państwo odwracało wzrok, zasłaniając się luką w przepisach?” – mówiła polityczka Lewicy.
I dodała, że choć to nie jest projekt jej marzeń, to jest to jedyne rozwiązanie, które w tych warunkach politycznych może dać obywatelom podstawową ochronę. „To nie jest rewolucja obyczajowa, zamach na rodzinę, tylko wypełnienie zobowiązań, które nakłada na nas polska Konstytucja i wyroki europejskich trybunałów” – mówiła, zwracając się do prawej strony sceny politycznej.
Kotula nie znalazła zrozumienia w ławach PiS. Marcin Warchoł stwierdził, że Lewica chce zniszczyć polski naród i zaprzeczyć prawom natury. „Dziecko rodzi się ze związku kobiety i mężczyzny, a nie jednej kobiety i drugiej kobiety, której się wydaje, że jest mężczyzną lub na odwrót” – pokrzykiwał Warchoł. „Degradujecie podstawową tkankę rodziny, tworzycie fikcję rodziny”.
Poseł PiS zarzucał rządowi, że chce honorować „bezproduktywne, ideologiczne zachcianki” obywateli. „Jak powiedział Jan Paweł II, trzeba wychowania do dojrzałości wolności, ale nie można stwarzać fikcji wolności, która rzekomo człowieka wyzwala, ale znieprawia” – podsumował Warchoł.
Odpowiedziała mu posłanka Monika Rosa z Koalicji Obywatelskiej. Na mównicę weszła z tęczową flagą. „Jest hańbą nazywanie par jednopłciowych bezproduktywną zachcianką. Obraża pan miliony osób, które tworzą społeczeństwo, naród i rodziny” – mówiła Rosa. Dodała, że niektórzy czekają całe życie, żeby państwo zaczęło ich traktować jak równoprawnych obywateli.
„Państwo nie jest od tego, żeby pouczać, kogo mamy kochać, z kim możemy żyć, ma zapewniać bezpieczeństwo” – mówiła posłanka Dorota Łoboda (KO), która na mównicę weszła w tęczowych kolczykach. „Państwo nie ma mówić, które dzieci są legalne, a które nie; nie ma lepszych i gorszych obywateli, a my, posłowie i posłanki, jesteśmy od tego, żeby wszystkim zapewnić równe prawa” – dodała, podkreślając, że cały klub KO popiera projekt ustawy o statusie osoby najbliższej.
Posłanka Urszula Pasławska, która współtworzyła projekt z ramienia PSL, oceniła z kolei, że skoro historia ustawy o związkach partnerskich ma w Polsce 20 lat, to szaleństwem byłoby robienie tego samego i oczekiwanie nowych rezultatów. „Dlatego wspólnie zaproponowaliśmy nowe otwarcie, nową filozofię tych regulacji, które w żaden sposób nie naruszają instytucji małżeństwa” – mówiła Pasławska.
W tonie koncyliacyjnym zwróciła się do prawej strony ław sejmowych. „Nie wiem, jaka miałaby być ta ustawa, żebyście otworzyli głowy i wsłuchali się w głosy Polaków, którzy tak żyją. Świat się zmienia, państwo nie może stać w miejscu” – tłumaczyła posłanka PSL.
Pasławska przestrzegała też przed zbijaniem kapitału politycznego na tak wrażliwym projekcie i deklarowała, że jest gotowa rozmawiać z każdym, żeby ustawa została uchwalona.
PSL zaproponowało, by projekt skierować do drugiego czytania do komisji nadzwyczajnej – i tam, pracując z różnymi środowiskami politycznymi, opracować jego finalne założenia i przedstawić w Sejmie do trzeciego czytania.
Z poparciem dla ustawy wystąpiły też posłanki Polski 2050, które opowiadały, że podobnie jak 2 mln Polek i Polaków, same żyją w związkach nieformalnych. „Ta ustawa nikomu nic nie odbiera, a daje tak wiele” – mówiła Aleksandra Leo. Politykom prawicy zarzuciła hipokryzję, przypominając opisywane w mediach historie ich rozwodów i tworzenia związków nieformalnych. „Zagrożeniem dla małżeństwa jest brak stabilności, brak odpowiedzialności i brak wsparcia państwa dla relacji międzyludzkich” – mówiła Leo.
Anna Maria Żukowska z Lewicy przypomniała, że w Danii i Wielkiej Brytanii to konserwatywne rządy wprowadzały związki partnerskie lub równość małżeńską. Gdy mówiła o homofobicznym ścieku polskiej prawicy, z ław sejmowych posypały się hasła o „ideologii LGBT”. Żukowska, która nie ukrywa, że sama należy do społeczności LGBT+, odpowiedziała: „Serce mi bije, krwiobieg działa, nie jestem ideologią, jestem człowiekiem”.
Dalej żartowała z argumentów prawicy. „Mówicie dużo o naturze. Czy pan, panie Warchoł, żyje w 100 proc. w zgodzie z naturą? Ma pan wadę wzroku, to po co nosi pan okulary, jeśli natura tak chciała? Macie zakute... argumenty” – dodała po chwili wahania Żukowska.
Witold Tumanowicz z Konfederacji straszył, że ustawa ma niepozorną nazwę, ale jest wprowadzana pod dyktando aktywistów. „Te projekty są rażąco sprzeczne z art. 18 Konstytucji. Z tego wynikają określone przywileje nadane wyłącznie małżeństwom. To jest prawdziwy cel regulacji – żeby zacząć uznawać małżeństwa dokonywane za granicą” – mówił Tumanowicz. Wskazywał, że już dziś pary jednopłciowe mogą reprezentować się przed urzędami, otrzymać zasiłki, mieć wspólne konto i kredyt.
Według Konfederacji to legislacyjny podstęp i próba obejścia konstytucji tylnymi drzwiami, żeby ostatecznie doprowadzić do adopcji dzieci przez homoseksualistów. „Nie istnieje ani jedno państwo, które zatrzymało się na związkach partnerskich. I wy też nie. Dlatego ten walec trzeba zatrzymać już” – mówił Tumanowicz.
Krzysztof Mulawa, również poseł Konfederacji, zwrócił się do ambasadorów, którzy przysłuchiwali się debacie zaproszeni przez ministrę Katarzynę Kotulę. Ci od lat biorą udział w marszach równości w całej Polsce – jeszcze zanim zaczęli pojawiać się na nich tłumnie politycy koalicji rządzącej.
„W Polsce poradzimy sobie z ustanowieniem prawa. Jeśli chcecie promować dewiantów w swoich ambasadach, to proszę. My w Polsce poradzimy sobie sami” – mówił. I zarzucał posłankom rządzącej koalicji, że wymachują ideologiczną flagą, a tak naprawdę traktują ją instrumentalnie – bo przecież prawdziwe flagi traktuje się nabożnie, z szacunkiem.
Uwagę zwróciła mu prowadząca obrady marszałkini Monika Wielichowska (KO): „Za tą flagą są konkretni ludzie. Ich dzieci i ich bliscy. Nie trzeba wszystkiego rozumieć, wystarczy nie wykluczać”.
Roman Fritz z Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna również twierdził, że projekt rządu to „regulaminowa próba przemycenia ustawy o homozwiązkach”. Powołał się na prezydenta Karola Nawrockiego, który wskazywał, że nie zgodzi się na ideologiczne wrzutki i ustawy nie podpisze.
Jarosław Sachajko z Demokracji Bezpośredniej: „Komuś politycznie i ideologiczne zależy na zmiękczaniu instytucji małżeństwa. To polityka, która mówi, że małżeństwo to przeżytek, a my wam damy jej słodsze zastępstwo. Zamiast porządkować relacje, wkładacie nową minę prawną, która będzie wybuchać po śmierci”.
Projekt ustawy jako zbyt konserwatywny krytykowała z kolei partia Razem.
Marta Stożek stwierdziła, że sama nazwa ustawy jest tak trudna, że do notariusza trzeba będzie chodzić z kartką, żeby zapamiętać, jak nazywa się umowa, którą chce się sporządzić. „Czy zaprosilibyście rodzinę do kancelarii, żeby świętować usankcjonowanie związku?” – pytała. – „Jako koło Razem nie rozumiemy sensu tworzenia takiego potworka. To brak szacunku dla obywateli, oni zasługują na realną ochronę, nie na ochłapy” – dodała. I zapowiedziała, że Razem będzie składać poprawki do ustawy, zgodnie z informacjami OKO.press sprzed dwóch tygodni.
W kolejnych godzinach dyskusja nie traciła na tempie, choć polityków w ławach sejmowych było coraz mniej. Głos ochoczo zabierała prawica.
Filip Kaczyński z PiS mówił, że ustawa to krok do ataku na rodzinę pod przykrywką zadbania o sprawy opiekuńcze i majątkowe. Próbował też łączyć fakt, że ustawa była konsultowana z organizacjami prorównościowymi z tym, że jest ledwie przystawką na drodze do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe.
Jego partyjna koleżanka Lidia Czech twierdziła, że ustawa zachęci obywateli do masowych rezygnacji ze ślubów i będzie rozmywać definicję małżeństwa. Anna Cichocka (PiS) zżymała się na określenie „osoba najbliższa”, twierdząc, że od zarania dziejów jest nią matka, ojciec i dziecko. Wioletta Kulpa z PiS, jak wielu jej kolegów, powoływała się na art. 18 Konstytucji, mylnie wskazując, iż zakazuje on prawnej ochrony związków innych niż małżeństwo.
Marek Subocz oraz Maria Koc wskazywali na niską dzietność w Polsce – twierdząc, że ustawa o osobie najbliższej – „Polsce dzieci nie da” i ma „wyłącznie ideologiczne podłoże”. Michał Wójcik (PiS) krzyczał, że ustawa to próba anarchii.
Konfederacja próbowała z kolei zbić polityczny kapitał na obecności ambasadorów. Na długo po tym, jak ci wyszli z Sejmu, próbowali snuć narrację o siłach z Zachodu, które kontrolują polskie prawodawstwo i patrzą politykom na ręce.
„Przez fobie prawicy rodziny żyją w próżni prawnej” – mówił Franciszek Sterczewski. Koalicja rządząca próbowała dawać odpór homofobii sączącej się z prawej strony sceny politycznej. Małgorzata Tracz nazwała ustawę „aktem przyzwoitości w wersji light”, którą trzeba przyjąć, by dać ludziom minimum bezpieczeństwa. Barbara Okuła z PO podnosiła, że politycy są od tego, by obywatelom ułatwiać życie, Iwona Maria Kozłowska wskazywała np. na wdowców i inne osoby heteroseksualne, które nie mogą wziąć ślubu, a chciałyby skorzystać z podstawowego pakietu ochrony swojego związku. Katarzyna Ueberhan z Lewicy przyznała, że męża mieć nie chciała, odkąd skończyła pięć lat. „Teraz mam 50, zdania nie zmieniłam. Ale z tej ustawy bardzo chętnie bym skorzystała”. Aleksandra Kot (KO) próbowała tłumaczyć, że ustawa niczego nikomu nie narzuca. „Nadal będzie można brać śluby. Albo i nie. Będzie można się rozwodzić, żyć jak się chce” – wskazywała. Marcin Józefaciuk, wyoutowany gej i poseł niezrzeszony dopytywał, kiedy w końcu będzie mógł wziąć w Polsce ślub ze swoim partnerem.
Dorota Olko z Lewicy wskazywała z kolei na sprzeczność deklarowanej chęci promocji rodziny przez PiS przy jednoczesnej próbie wymazywania tych rodzin, które już w Polsce istnieją. „Jeśli podniesiecie rękę za tą ustawą, to naprawdę, nic Wam nie ubędzie. Ona w Waszych życiach nie zmieni nic, a komuś może odmienić wszystko. Więc proszę, zamiast ścigać się z tymi, co biegają z gaśnicami, na większą wrogość i nienawiść, zagłosujcie za ustawą” – apelowała do pojedynczych polityków PiS, którzy zostali w Sejmie.
Daria Gosek-Popiołek przeprosiła za słowa polityków PiS i Konfederacji. „Mam męża, dzieci, szczęśliwą rodzinę. Ta ustawa niczego ani mi, ani im nie zabiera. Ona daje poczucie godności i bezpieczeństwa osobom, które z różnych względów nie chcą lub nie mogą być małżeństwem” – powiedziała, dodając, że „między moimi dziećmi a dziećmi wychowywanymi przez dwie mamy nie ma żadnej różnicy. I jedne, i drugie zasługują na te same prawa. Miłość i jednych, i drugich rodziców państwo powinno wreszcie uznać!” – wołała z mównicy.
Prawica próbowała węszyć spisek. Anita Czerwińska (PiS) jako pierwsza ogłosiła, że zna rzeczywiste plany koalicji. I że ci chcą tylnymi drzwiami pozwolić w Polsce na małżeństwa jednopłciowe i adopcję dzieci. „Wystarczy dać Wam mówić i wszystko wyśpiewacie. (...) Będzie normalizowanie aberracji i szaleństwa” – grzmiała.
Jej partyjny kolega Mariusz Krystian wtórował: „Lewaki, jacy jesteście do bólu przewidywalni! Zawsze ubieracie te swoje projekty w wymyślone, łzawe historie” – mówił wskazując na przytaczane przez polityków życiorysy par, które na różnych etapach związku napotykały trudności prawne. „Dajcie ludziom święty spokój!” – krzyczał.
W podobnym całkowicie absurdalnym tonie wypowiadała się Maria Kurowska z PiS, która ustawę nazwała tematem zastępczym i walką ideologiczną. Posłanka odniosła się również do liczby samobójstw wśród młodych osób LGBT. „Ludzie odchodzą z tego świata, bo mają dość życia w lewackim świecie, który im gotujecie” – powiedziała instrumentalizując tragedię rodzin ofiar i rzeczywiste powody odebrania sobie życia, z homo- i transfobią na czele.
Ministra Katarzyna Kotula cierpliwie tłumaczyła, że owszem, rodzina jest najważniejsza. „Tyle że rodziny są różne. Art. 18 Konstytucji nie definiuje rodziny, tylko małżeństwo” – przypomniała. „To nie jest koncert życzeń czy kwiaciarnia. Tu się nie wybiera, których artykułów Konstytucji się przestrzega, a których nie. A ta mówi jasno: wszyscy ludzie powinni być równi wobec prawa” – wskazała Kotula.
Miko Czerwiński, który kieruje Kampanią Przeciw Homofobii, w rozmowie z OKO.press zwrócił uwagę, że na przestrzeni tych przeszło dwóch dekad, kiedy toczy się dyskusja o związkach partnerskich, jej temperatura spada. „Oczywiście z mównicy sejmowej sączył się homofobiczny jad. Ale szczerze? Lata doświadczenia nakazywały mi przygotowanie na większe nieprzyjemności. Mogło być gorzej, co mnie osobiście cieszy” – przyznaje.
Zwraca jednak uwagę, że ustawa – zapowiadana jako „kontrowersyjna” i „trudna”, została przez część polityków odpuszczona, bowiem wielu w trakcie dyskusji po prostu opuściło Sejm.
Hubert Sobecki ze Stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza debaty nie oglądał. „Ostatni razem widziałem ten cyniczny teatr w 2013 roku. Wtedy na mównicę wyszła Krystyna Pawłowicz, która mówiła o jałowych związkach i obrażaniu poczucia estetyki Polaków. Na tej wypowiedzi zbudowała karierę polityczną, została dostrzeżona jako bulterierka prawicy. A ja do dziś pamiętam, że czułem się jakby ktoś mnie przeciągnął przez szambo” – mówi aktywista.
„Z tego, co słyszę, z perspektywy polskiej prawicy nie zmieniło się wiele. Nadal nie jesteśmy dla nich ludźmi, tylko abstrakcyjnym zjawiskiem, na którym można się powyżywać ku uciesze elektoratu. Jestem jednak wdzięczny posłankom i posłom, którzy zabierali głos w naszym imieniu, bo to właśnie znaczy być sojusznikiem – zabierać głos, gdy my go nie mamy” – komentuje Sobecki.
Aktywista zastrzega, że debata w Sejmie ma nie tylko aspekt PR-owy – trafienia z przekazem do własnych wyborców i nabiciu kilku punktów popularności kosztem społeczności LGBT+. „Chodzi przecież o zmiany w prawie. Rządowy projekt jest anachroniczny i zachowawczy z perspektywy regulacji, które są na świecie. To nie jest zmiana, o której marzyliśmy po wyborach. Gdy słyszę o kompromisie, to wiem, że to nie jest kompromis między rządem a nami tylko PSL-em i Lewicą. Kształt ustawy to też efekt graniczącej z obstrukcją obojętności premiera Donalda Tuska” – mówi Sobecki.
W piątek 13 lutego posłowie i posłanki zdecydują o wysłaniu projektu ustawy o statusie osoby najbliższej do Komisji Nadzwyczajnej, gdzie odbędzie się jej drugie czytanie. Dopiero potem wróci do Sejmu.
To nie będzie więc test na jedność i sprawczości koalicji, tylko kolejna próba generalna, która dla projektu regulacji związków nieformalnych trwa już ponad dwa lata. Dlaczego? Rząd, a szczególnie PSL, chce kontynuować prace nad projektem, tak żeby w Sejmie i Senacie na pewno znalazła się dla niego większość. A potem, żeby ustawa znalazła przychylność prezydenta Karola Nawrockiego.
Miko Czerwiński: „Mam ogromną nadzieję na szybkie przeprocedowanie tej ustawy. Dzisiaj zobaczyliśmy, że koalicja rządząca mówi jednym głosem i popiera projekt” – mówi. A pytany o Komisję Nadzwyczajną i ryzyko zrzucenia projektu do tzw. sejmowej zamrażarki, mówi: „Mam poczucie, że rządowi w końcu zależy na szybkim przeprocedowaniu tego projektu. Chciałbym się nie pomylić”.
„Nie spodziewamy się, żeby po poszukiwaniu kolejnych kompromisów w komisjach sejmowych z projektu zostało coś dobrego. Nie wierzymy też w podpis prezydenta – w odróżnieniu od Lewicy nie widzimy, żeby Karol Nawrocki miał w tym jakikolwiek interes polityczny” – komentuje Hubert Sobecki.
LGBT+
Prawa człowieka
Katarzyna Kotula
Karol Nawrocki
Koalicja 15 października
Sejm X kadencji
małżeństwa jednopłciowe
Sejm
ustawa o statusie osoby najbliższej
związki partnerskie
Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.
Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Komentarze