Desperacja. Tak odczytuję zapędy prawicy, która ogryzkową ustawę o statusie osoby najbliższej uznaje za krok do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Projekt nie chroni nawet już istniejących tęczowych rodzin. Ale Nawrockiemu kończą się powody do weta
Media już przesądziły o prezydenckim wecie dla para-ustawy regulującej nieformalne związki w Polsce. I to jeszcze zanim projekt trafił pod głosowanie posłów i senatorów. Dzieje się to nie bez powodu – Nawrocki wielokrotnie zapowiedział swoje non possumus, jeszcze zanim ustawa trafiła na jego biurko.
Argumentacja? Kuriozalna, ale zdaje się dobrze przez prawicę przemyślana.
Ledwie dzień po tym, jak rząd przyjął projekt ustawy o osobie najbliższej, a ministra Katarzyna Kotula ogłosiła, że ma sejmową większość (czyli pewne poparcie PSL), poseł PiS Paweł Jabłoński w Radiu Zet grzmiał, że to tak naprawdę pierwszy krok, do „doprowadzenia do możliwości adopcji dzieci przez pary homoseksualne”.
Narrację tę przez miniony tydzień prawica powielała po wielokroć – choćby 7 stycznia 2026. Paweł Szefernaker, były poseł PiS, a obecnie szef gabinetu prezydenta RP, mówił w TV Republika: „Jeżeli to będą para-związki małżeńskie, para-małżeństwa, które będą w sumie prowadziły później do adopcji dzieci przez osoby homoseksualne, nie będzie na to zgody”.
Tyle że w projekcie nie ma słowa o adopcji. Nie ma tam nawet tzw. małej pieczy zastępczej, ułatwiającej życie tęczowym rodzinom, co mocno krytykowały prorównościowe organizacje pozarządowe. Nie ma mowy o łączeniu związku quasi-partnerskiego z małżeństwem – bo projekt oparto na przeciwstawianiu małżeństwu i uwypuklaniu różnic między nimi.
Nie mam wątpliwości, że prawica wie to od dawna. Jednak jakoś musi przygotować grunt pod prezydenckie weto. A kart w rękach Karol Nawrocki ma niewiele.
Polki i Polacy nie są przeciw związkom partnerskim. Sondaż Ipsos z czerwca 2025 roku jasno pokazał, że większość społeczeństwa (62 procent) uważa, że pary jednopłciowe powinny móc zawrzeć małżeństwo lub w jakikolwiek inny sposób zalegalizować swój związek.
Nawet na Podkarpaciu, uchodzącym za matecznik skrajnej prawicy, jest gotowość na te związki. Jakub Gawron, aktywista LGBT i jeden z inicjatorów „Atlasu Nienawiści” wyróżnionego nominacją do Nagrody im. Sacharowa, zapytał w Urzędach Stanu Cywilnego w województwie o to, czy będą respektować wyrok TSUE nakazujący Polsce transkrypcję zagranicznych aktów małżeństw zawartych przez jednopłciowe pary. Tylko 10 ze 146 twardo sprzeciwiło się wyrokowi i jak mówi Gawron, otwarcie się przeciw niemu buntuje.
Uważam, że w Polsce akceptację społeczną zyskałby nawet większy, odważniejszy projekt rządowy, który parom LGBT nadaje przynajmniej status związku partnerskiego, jak za granicą.
Takie prawodawstwo obiecywał zresztą parom jednopłciowym Donald Tusk przed wyborami parlamentarnymi. Z tym postulatem Koalicja 15 października weszła do Sejmu i Senatu, ale po protestach PSL-u uregulowanie kwestii związków par LGBT+ nie weszło do umowy koalicyjnej.
Pod koniec grudnia 2023 roku Tusk publicznie zapowiedział, że „jeszcze tej zimy będziemy procedować projekt [ustawy] o związkach partnerskich (...) Mowa o tygodniach, a nie o miesiącach”.
Co działo się później, obserwowaliśmy wszyscy: ministra Katarzyna Kotula i jej gabinet opracowali szeroki projekt ustawy o związkach partnerskich, który ostatecznie zgłoszono jako poselski. Bo PSL położył się Rejtanem, projektowi powiedział „nie” i właściwie zmusił Lewicę do napisania go od nowa, przy absolutnej bierności Koalicji Obywatelskiej. W międzyczasie Donald Tusk zlikwidował ministerstwo równości, Kotula straciła gabinet i została sekretarzem stanu w Kancelarii Premiera.
Premier Tusk jeszcze w tym tygodniu ma spotkać się z prezydentem Nawrockim. Ale o ustawie rozmawiać nie będą, bo premier uznał, że nie ma ku temu kompetencji.
Kiedy zapytano go o ogryzkową ustawę o osobie najbliższej premier nie był w stanie wymówić nawet określenia pary jednopłciowe czy LGBT.
Trudno o dobitniejszy wyraz tego, w jakim stopniu kwestie równościowe są dla premiera Tuska ważne. Na boku zostawię postawę ludowców, których celnie podsumowała Magdalena Chrzczonowicz w OKO.press: „PSL zachowuje się jak małoletni podwórkowy dręczyciel, który niepewny własnej pozycji (oraz ego) i mocno sfrustrowany rzuca kamieniami w skopanego już wcześniej wroga. Lub wymyśla kolejne tortury, chociaż przeciwnik już leży na łopatkach”.
Warstwa symboliczna ma tu znaczenie niebagatelne – bo to o nią toczy się cały spór, tak wewnątrz koalicji 15 października, jak i po stronie skrajnej prawicy.
Kiedy Kotula i jej współpracownicy zmieniali projekt ustawy, musieli go właściwie wykastrować. Wyrzucono zapisy regulujące tzw. małą pieczę zastępczą i do minimum sprowadzono regulacje w zakresie życia tęczowych rodzin.
A żeby udowodnić PSL-owi, prawicy i Karolowi Nawrockiemu, że projekt nie podważa statusu „chronionej instytucji małżeństwa”, ustawę oparto na przeciwstawieniu względem małżeństwa.
I tak można wymieniać dalej. Kotula mówi, że to ustawa godnościowa. W rzeczywistości parom tę godność odbiera. Nawet względem miejsca, w którym stosowny dokument będzie można podpisać.
Tak, żeby żadnemu wąsatemu politykowi nie kojarzyła się święta instytucja małżeństwa ze zwykłą „osobą najbliższą”, którą, jak definiował prezydent, może być przecież młoda osoba pomagająca kombatantowi. Niekoniecznie para, która w nieformalnym związku żyje od 10, 20 czy 40 lat.
Na to, by państwo dostrzegło jednopłciowe związki, jest społeczna zgoda – ale długo nie było woli politycznej. Kiedy więc Koalicja 15 października się dogadała i kompromis, tudzież ogryzek zwany ustawą o statusie osoby najbliższej przyjął rząd, i projekt lada moment trafi do Sejmu, prawica i prezydent musieli zmienić narrację.
Bo przecież Karol Nawrocki sam, jeszcze w kampanii wyborczej, zapowiadał podpisanie ustawy, która będzie pomagać ludziom poprzez regulowanie statusu osoby najbliższej tak, by pomóc w sprawach codziennych – w sprawie dostępu do informacji w urzędach, czy dostępu do informacji medycznej. A projekt rządowy właściwie niczego więcej nie oferuje.
Padło więc na adopcję. Dlaczego? Bo w tym aspekcie poparcie Polek i Polaków jest najmniejsze.
Badanie Ipsos z czerwca 2025 roku przytoczone wyżej pokazywało sprzeciw nawet 55 procent społeczeństwa. I opór ten rośnie. Dlatego też PiS i prawica będą celowo dezinformować i publicznie twierdzić, że ustawa jest pierwszym krokiem w stronę adopcji właśnie. Choć do tego w Polsce droga jeszcze (niestety!) bardzo daleka.
Otoczenie Nawrockiego próbuje wymóc na ekipie Kotuli, by wykreśliła z ustawy możliwość wspólnego rozliczania się. O to wcześniej (nieskutecznie) zabiegało też PSL, najpierw twierdząc, że ludzie dla niższego podatku będą podpisywać fałszywe umowy notarialne, potem podsuwając pomysł wprowadzenia ulgi dopiero rok po podpisaniu umowy.
Pomysły te nie znalazły wsparcia w rządzie. A dziś wraca do nich prawica, wskazując, że opcjonalna decyzja o wspólnym rozliczaniu się zbyt przypomina małżeństwo. Nie mam złudzeń, że to kolejna bitwa symboliczna i polityczne bicie piany.
W praktyce to sprawa marginalna: jak wyliczali autorzy ustawy, koszty niższego podatku z tytułu wspólnego rozliczenia mają sięgnąć 1,3 miliarda złotych w ciągu dekady. A nawet mniej, bo nie każda para z propozycji wspólnego rozliczania będzie chciała skorzystać i nie każdej będzie się to opłacać. Dla porównania: fikcyjne umowy B2B generują 2 miliardy złotych strat w podatku rocznie.
Ale przecież nie o kasę, a „wartości” tutaj chodzi. Prawica została przyciśnięta do ściany – bo z ogryzkowego projektu nie ma już czego wyrzucić, a czegoś przecież czepiać się trzeba. Przyjąć projekt bez słowa, po latach sporów? To prawicy się nie mieści w głowie.
Projekt, w wersji przyjętej przez rząd, ma trafić do Sejmu jeszcze w styczniu. Nie mam wątpliwości, że będzie to dyskusja trudna, podszyta homofobią.
Liczę jednak, że wyłącznie po stronie PiS-u i Konfederacji, bo toczenie sporów po stronie posłów i posłanek koalicji rządzącej byłoby PR-owym strzałem w kolano. I tylko umocniłoby opowieść o podzielonym rządzie, który tylko kłóci się i gada, nie robi. A przecież nie po to premier wydał 7,8 mln zł na kampanię billboardową „Robimy, nie gadamy”, by pokazywać, że jest zgoła inaczej.
Rozwiązania są więc dwa. Albo Marta Nawrocka, z którą zamierza rozmawiać Katarzyna Kotula, przekona męża-prezydenta do niewetowania ustawy (co wydaje się scenariuszem surrealistycznym). Albo – co ostrożnie sufluje Kancelaria Prezydenta – Karol Nawrocki projekt zawetuje (publicznie robi to właściwie już, w ciemno), i przygotuje własną propozycję. O takiej możliwości mówi i Paweł Szefernaker w TV Republika, i Adam Andruszkiewicz, wiceszef Kancelarii Prezydenta, w Polskim Radiu.
Pytanie, jak daleko prezydent w niej zabrnie w upokarzaniu ludzi oraz w imię jakich korzyści. Politycznego kapitału na kolejnym wecie raczej nie zbije. Związki partnerskie nie oburzają elektoratu PiS, w sondażach widać też, że elektorat Konfederacji, o który zdaje się zabiegać Nawrocki, popiera takie rozwiązania w ponad 50 procentach. A może chodzi o pokaz i politykę siły? Wetuję, bo... mogę?
Nawrocki ma do wyboru: albo podpisać ogryzkową ustawę o osobie najbliższej (zwłaszcza że czeka Polskę wykonanie wyroku TSUE, z którym rząd, a potem prezydent również będą musieli się niebawem zmierzyć) i zatrzymać w ten sposób powracającą dyskusję o związkach partnerskich, albo dalej pozostawać w ogonie Europy, przegrywać kolejne sprawy w Europejskim Trybunale Praw Człowieka i toczyć spór na gruncie unijnym. Z góry przegrany.
LGBT+
Prawa człowieka
Władysław Kosiniak - Kamysz
Katarzyna Kotula
Karol Nawrocki
Donald Tusk
Koalicja 15 października
Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej
równość
ustawa o osobie najbliższej
związki jednopłciowe
związki partnerskie
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Komentarze