Budowanie kampanii PiS na straszeniu gejami i lesbijkami może się wydawać absurdalne. Jak wynika z sondaży, m.in. OKO.press, Polacy są dużo bardziej tolerancyjni niż sądzą politycy. Ale pomysł PiS jest bardziej sprytny, niż się na pierwszy rzut oka wydaje

Nie ma wątpliwości: politykom PiS i prorządowym mediom będzie znacznie trudniej straszyć Polaków gejami i lesbijkami demoralizującymi dzieci, niż napływem muzułmańskich uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki. Uchodźcy byli nieznanym, obcym zagrożeniem płynącym z zewnątrz. Gejów i lesbijki mamy własnych i – jak wynika z sondaży – Polacy nie tylko ich znają w najbliższym otoczeniu, ale także w większości są bardziej tolerancyjni, niż się wydaje politykom.

Sondaże pokazują, że w ostatnich latach polskie społeczeństwo mocno zliberalizowało się pod względem obyczajowym. Według sondażu IPSOS dla OKO.press z lutego 2019 aż 56 proc. wszystkich pytanych popiera jednopłciowe związki partnerskie. Nawet wśród wyborców PiS prawie jedna trzecia (28 proc.) jest za.

W sondażach CBOS widać wyraźnie jak postawy Polaków wobec osób LGBT zmieniały się w ostatnich latach. Raport z grudnia 2017 roku pokazuje, że coraz więcej Polaków akceptuje związki partnerskie, a homoseksualizm traktuje jako coś normalnego.

Mimo to PiS się zdecydował na taką właśnie strategię wyborczą. Podczas konwencji w Rzeszowie w sobotę 9 marca Jarosław Kaczyński straszył, że opozycja i osoby LGBT+ są groźne dla polskich dzieci (opisywaliśmy to obszernie). 

Czy szczucie polskiego wyborcy gejem i lesbijką zadziała czy nie? Rozważmy dwa scenariusze.

Scenariusz 1: Błąd poznawczy

Jest oczywiście możliwe, że za wyborem PiS nie stoi żadna wyrafinowana strategia, ale intuicja podyktowana uprzedzeniami szefów partii. Wszyscy przy tym jesteśmy podatni na błędy poznawcze: jeżeli my sami i nasi znajomi mamy podobne poglądy na jakiś temat, np. uważamy, że przyzwolenie na związki jednopłciowe doprowadzą do upadku cywilizacji — to wówczas myślimy, że podobnie może myśleć wielu innych ludzi. 

Zazwyczaj mamy skłonność do uogólniania poglądów własnej społecznej „bańki”. Jest to źródłem wielu frustracji i rozczarowań — dlatego np. ludzie występujący w obronie sądów byli często rozgoryczeni, że demonstracje są mniejsze niż by chcieli. Nie byli w stanie zrozumieć, że postawy ich samych oraz ich znajomych nie muszą być podzielane przez większość.

PiS robi więc w praktyce pewien zakład dotyczący konserwatyzmu Polaków — zakłada, że jest on większy, niż wynika z badań (albo że można go wzbudzić). Zobaczymy, czy na nim wygra.

Scenariusz 2: Plan PiS

Wiele wskazuje jednak, że nie tylko uprzedzenia stały za wyborem strategii PiS.

W styczniu 2019 roku prof. Waldemar Paruch, politolog, członek Rady Programowej PiS oraz p.o. szefa Centrum Analiz Strategicznych, udzielił wywiadu w poranku rozgłośni katolickich „Siódma9” na temat strategii PiS na następne wybory. Zacytujmy kluczowy fragment:

„Nie ma żadnego zwrotu ku centrum. Rozumowanie w kategoriach lewica-centrum-prawica doprowadza do porażek. Centrum jest mityczne, to ok. 7 proc. wyborców, którzy czekają na ofertę z lewej czy prawej strony, oni zresztą są zagospodarowani. Rzecz jest o wiele bardziej skomplikowana – o wynikach wyborów parlamentarnych w Polsce, o tym, kto wygra wybory i w jakiej skali, zdecyduje 10 proc. Polaków czynnych wyborczo. Oni żyją własnym życiem codziennym, a ich wybory polityczne determinowane są sytuacją, społecznym kontekstem wyborów, oczekiwaniami, a nawet elementami irracjonalnymi. O wynikach decydują emocje – i to jest pytanie, kto i jakie emocje wyzwoli w roku wyborczym”.

Podsumujmy więc:

* gra toczy się o 10 proc. wyborców, którzy przeważą szalę;

* ci wyborcy nie są w centrum — nie muszą mieć umiarkowanych poglądów;

* głosują pod wpływem emocji.

Jest to typowa recepta wyborcza na wygrywanie w społeczeństwach silnie podzielonych (niemal dokładnie 50:50). Wykorzystał ją z powodzeniem w USA Donald Trump w 2016 oraz PiS w 2015 roku. Przyniosła także sukces zwolennikom Brexitu w Wielkiej Brytanii. 

Większość Polaków może więc być obojętna lub życzliwie nastawiona do praw gejów i lesbijek. To nie o nich jednak toczy się gra — tylko o zmobilizowanie kilku procent konserwatywnego elektoratu, który PiS da zwycięstwo. Polaryzacja zaś zapewnia, że nie trzeba „przesuwać się do centrum”. Ci, którzy chcieli głosować na PiS, i tak na niego zagłosują.

Strategia mobilizacji „swoich” jest tym bardziej uzasadniona, że jak wynika z badań CBOS elektorat PiS tylko w 68 proc. deklaruje, że weźmie udział w eurowyborach, rzadziej niż zwolennicy PO (78 proc.) czy Wiosny (72 proc.). Gorąca narracja homofobiczna pod hasłem „opozycja deprawuje nasze dzieci” może popchnąć do urn zwłaszcza silniej wierzących wyborców PiS.

PiS może sobie na taką strategię pozwolić dlatego, że ma własne media, w tym zwłaszcza „media narodowe”, czyli obsadzone przez lojalnych wykonawców poleceń Polskie Radio i TVP. To na media spadnie lwia część budzenia negatywnych emocji wobec gejów i lesbijek. Możemy więc przygotować się na zalew materiałów w „Wiadomościach” o złych gejach deprawujących dzieci. W USA Trumpa podobną rolę odegrał FOX News, sieć konserwatywnych stacji radiowych oraz bardzo sprawnie poprowadzona — możliwe, że z rosyjską pomocą — kampania w mediach społecznościowych.

W takim scenariuszu nie ma również znaczenia, że wielu Polaków będzie odrzucać homofobiczną propagandę. To jej kierowników nie obchodzi. Nie do takich ludzi są adresowane ich materiały. Fakt, że będą budziły wściekłość mediów bliższych liberalnemu centrum — to tylko zaleta, ponieważ ten wyborca, o którego chodzi, i tak „liberalnych mediów” nie słucha i nie szanuje.

Co jeszcze zyskuje PiS?

Dzięki kampanii zbudowanej na atakowaniu gejów i lesbijek w obronie rzekomo zagrożonych „wartości rodzinnych” PiS załatwia jeszcze trzy mniej ważne — ale też ważne — sprawy:

1. Narzuca nowy temat debaty. Opozycja będzie teraz mówić o gejach i rodzinie zamiast skupić się na korupcji w rządach PiS, licznych skandalach krajowych i międzynarodowych czy wreszcie długiej liście niedotrzymanych obietnic wyborczych. 

Prawa LGBT nie są żadnym tematem zastępczym tylko ważnym elementem publicznej debaty. Przeniesienie dyskusji na sferę obyczajową i rozpoczęcie „wojny kulturowej” może być wygodne dla PiS. Bo manipulacja PiS nie ogranicza się do skojarzenia opozycja – LGBT – seksualizacja dzieci, ale sięga głęboko do narracji o tradycyjnej polskiej rodzinie i jej zagrożeniu przez rozwiązły Zachód.

2. Spycha opozycję „na lewo”. PO staje się zmuszona do obrony praw gejów i lesbijek, na co partia dotąd nigdy nie miała ochoty. PO jest koalicją rozmaitych elektoratów, w części o konserwatywnych poglądach. Kiedy była u władzy, konsekwentnie uniemożliwiała liberalizację prawa aborcyjnego i nie dopuściła (mimo rozmaitych politycznych manewrów) do legalizacji związków partnerskich. Elektorat w Polsce w ogóle jest raczej konserwatywny niż lewicowy: więcej głosów jest do wzięcia po prawej niż po lewej stronie (pisaliśmy o tym obszernie tutaj). Bardziej lewicowa PO, co więcej — bardziej lewicowa wbrew woli własnych liderów — będzie słabszym przeciwnikiem.

Tak przynajmniej myślą liderzy PO, kiedyś Donald Tusk, dziś Grzegorz Schetyna. Nie jest jednak wykluczone, że przesunięcie postaw w kierunku liberalnym (82 proc. elektoratu PO i 89 proc. elektoratu Wiosny popiera związki partnerskie) otwiera tu przestrzeń – także dla Platformy – na odważniejszą politykę. Zwłaszcza, że moralny autorytet Kościoła słabnie.

Homofobia partii rządzącej powinna dać szansę partii Roberta Biedronia, który może dołożyć paliwa do ataku na PiS.

3. Dzieli liderów opozycji. Polscy politycy są często dużo bardziej konserwatywni niż polski elektorat. Hanna Gronkiewicz-Waltz, była prezydent Warszawy i do niedawna wiceprzewodnicząca PO, już odcięła się od podpisu pod deklaracją praw LGBT złożoną przez jej następcę, Rafała Trzaskowskiego. Wiele zależy tu od opozycji: czy potrafi — pozostając konserwatystami — uznać prawa LGBT, czy będzie kluczyć, lawirować i mówić w tej sprawie wieloma głosami. Jak można będąc konserwatystą walczyć o równość pokazał w Gdańsku zamordowany w styczniu 2019 r prezydent Paweł Adamowicz.

Strategia wyborcza PiS jest naturalnie ryzykowna: być może Polacy już tak bardzo oswoili się z postulatami ruchów LGBT+, że nie uważają ich za nic nienaturalnego i trudno będzie w nich wzbudzić odruch oburzenia, dzięki któremu PiS chce wygrać wybory. Zwłaszcza jeśli Platforma – i cała Koalicja Europejska – potrafią odpowiednio mocno zareagować.

Nie wspomnieliśmy także, że opieranie kampanii na hejcie wobec jednej grupy — czy to uchodźców, czy to gejów — jest obrzydliwe i niemoralne. Ale obrzydliwymi i niemoralnymi technikami także można wygrać wybory.


Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017). W OKO.press pisze o polityce i historii.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym