Rząd Donalda Tuska miał „pogonić zło” i rozliczyć afery PiS-u. Dziś sam mierzy się z oskarżeniami o patologie w kręgach władzy. To trzeci punkt zwrotny w 2,5-letniej historii Koalicji 15 października. W dwóch przypadkach w centrum znalazł się Rafał Trzaskowski. A może – paradoskalnie – to prezydent Warszawy uratuje ten rząd?
„Jeszcze tylko ta jedna afera i wakacje!” – żartowali warszawscy radni przed tygodniem, 25 czerwca, w kuluarach nadzwyczajnej sesji rady Warszawy poświęconej wydarzeniom w Szpitalu Południowym. Tyle że „jedna afera” stała się ciągnącym od miesiąca serialem aferalnym i jakoś nie chce się kończyć.
W najnowszym odcinku zwrot akcji: dymisje. Dymisje, których miało nie być. Gdy kilka dni temu w koalicji dominowała strategia „przeczekać” lub „przekierować uwagę”, dziś słychać wyrzuty: „Czemu reakcja przyszła tak późno?”
„To najgorsza afera, odkąd jesteśmy w rządzie. Straszny temat” – komentuje osoba z zaplecza rządu.
„Chyba nie najgorsza, tylko pierwsza afera. Pamięta pani jakieś inne?” – kontruje wiceminister z KO. Zaś Marcin Kierwiński przekonywał w czwartek Karolinę Lewicką w TOK FM, że jakaś narracja „przykleja tę aferę do polityki”.
Jednak ogłoszone w piątek 3 lipca przez Rafała Trzaskowskiego dymisje wiceprezydentek Warszawy, Renaty Kaznowskiej i Aldony Machnowskiej-Góry, a także zapowiedź Donalda Tuska wyciągania konsekwencji personalnych w rządzie, pokazują, że sprawa jest jak najbardziej polityczna. Zagraża całej koalicji rządzącej i może zmienić układ sił w Warszawie.
Przed tygodniem rozmawiałyśmy z Agatą Kołodziej w „Programie Politycznym” o tym, czego Donald Tusk nie widzi w sprawie Szpitala Południowego. Wygląda na to, że jednak aferę dostrzegł i ruszył do działania. Czy za późno? I czy zapowiadając kolejne kroki w nadchodzącym tygodniu, sam Tusk nie przedłużył życia tej afery? I wreszcie: co z Rafałem Trzaskowskim? Obronił się czy nie?
Czy mają rację ci, którzy mówią, że po latach zdecydował się pójść na otwarty konflikt z Marcinem Kierwińskim?
„Trzęsienie ziemi w ratuszu” – takimi słowami politycy KO komentowali w rozmowach z dziennikarzami to, co wydarzyło się w piątek 3 lipca 2026 r. Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski ogłosił, że dwie wiceprezydentki złożyły dymisje. Renata Kaznowska pracowała w ratuszu od 30 lat, jeszcze za Hanny Gronkiewicz-Waltz i powszechnie jest uznana za pracowitą „ogarniaczkę”. Była też jednak oskarżana o sprzyjanie developerom i przedkładanie ich interesów nad interesy mieszkańców i miasta. A Aldona Machnowska-Góra stała się najbardziej zaufaną współpracowniczką prezydenta Warszawy.
Jaki jest ich udział w wydarzeniach w Szpitalu Południowym? Machnowska-Góra była członkinią rady nadzorczej, która jak się okazało, niczego nie nadzorowała. Kaznowska odpowiadała za obszar zdrowia, miała też bronić Dawida Kacprzyka w konflikcie z byłym ordynatorem Emilem Jędrzejewskim.
Kiedy na radzie miasta politycy PiS wzywali obie wiceprezydentki do dymisji, Trzaskowski je bronił, mówiąc, że „podejmuje decyzje w oparciu o fakty”. Zapewniał, że jeśli takie fakty się pojawią, nie będzie się wahał z podjęciem decyzji. Tyle że żadne nowe fakty, które by bezpośrednio obciążały Kaznowską lub Machnowską-Górę, się nie pojawiły.
Skąd więc decyzja o dymisjach? Może faktów nie zna opinia publiczna, ale zna je Trzaskowski? Przy czym oczywiście Trzaskowski nie mógł nikogo dymisjonować w odpowiedzi na wezwania opozycji.
Przed tygodniem ważny parlamentarzysta KO z Warszawy mówił mi, że obie wiceprezydentki są za mało znane ogólnopolskiej publiczności, by dymisja którejś z nich mogła zostać odebrana jako załatwienie sprawy. Co prawda Kaznowska została „gwiazdą” platform społecznościowych, gdy podczas rady miasta przez 50 minut „czytała internet”, zamiast odnieść się wprost do pytań o Szpital Południowy. Jednak trudno to uznać za ugruntowaną rozpoznawalność.
„Co dwie dymisje, to nie jedna” – słyszę teraz. Ciężar tego, że „lecą głowy”, a nie jedna głowa, miałby zrekompensować niską rozpoznawalność tychże głów.
To podejście „za mało znane na dymisję” nie bierze pod uwagę, że w sytuacji, gdy poszkodowani są ludzie (tu: pacjenci szpitala i wszyscy podatnicy, którzy, jak się okazało, sfinansowali Porsche Dawida Kacprzyka), dymisja polityka nie ma charakteru wyłącznie PR-owego.
Po prostu za czyny lub zaniechania ponosi się polityczną odpowiedzialność. To oczekiwanie podstawowej sprawiedliwości, którego władze miasta nie zaspokajały.
Nie zaspokajał go też Tusk i na razie wciąż tego nie robi, przenosząc odpowiedzialność za skandaliczne wydarzenia na lekarzy.
I tu wracamy do tytułowego twierdzenia.
„PO zaczęła śmierdzieć PiS-em” – takim zdaniem kwituje osoba z zaplecza rządu konsekwencje afery w Południowym. Ujawniane przez dziennikarzy zdarzenia, uderzają w czuły punkt rządu Donalda Tuska. Koalicja 15 października dochodziła do władzy, obiecując, że „pogoni zło”.
„Platforma nie była postrzegana jako partia blisko ludzi, była elitarna, ale pokazywała: my nie kradniemy. Oni kradną, a my nie” – mówi osoba z zaplecza rządu. Na marginesie: Platforma Obywatelska już nie istnieje (zastąpiona przez Koalicję Obywatelską), ale wiele osób, również polityków wciąż posługuje się tą nazwą — zwłaszcza w sytuacjach, gdy chcą się zdystansować od partii Tuska.
Po ośmiu latach rządów PiS miał na karku tyle afer, że część osób poszła do wyborów, żeby pogonić „Obajtków” i „tych od willi plus”. Mój rozmówca martwi się, że właśnie te osoby, które nie należą do twardych wyborców KO, teraz się zniechęcą.
„W kwestii praw kobiet nic się nie wydarzyło, rozliczeń nie ma, za to uwidoczniła się patologia władzy” – mówi.
„Niedocenianym elementem jest Porsche. Porsche wyjątkowo ludzi irytuje” – dodaje doświadczony były polityk. To właśnie ten wątek wybił już 11 czerwca „Fakt”: „W oświadczeniu za 2024 r. Dawid Kacprzyk wykazywał BMW 320 Diesel G20 z 2019 r. W dokumencie za rok 2025 po marce BMW nie ma już śladu. Zastąpiło je fabrycznie nowe, luksusowe Porsche Panamera 4 (rok produkcji 2025)”.
„To, co ludzi wkurza najbardziej to limuzyny. A omijanie kolejek, salonik VIP to limuzyny tej władzy”.
„Kasa plus układy na SOR-ze” – załamuje ręce rozmówca z rządu. Według niego efekt sondażowy tej sprawy może nie być od razu widoczny, ale będzie się odkładać. To samo słyszę od osoby współtworzącej kilka ogólnopolskich strategii wyborczych.
Jeszcze inna osoba, były polityk: „Po latach afer PiS-u wydawało się, że druga strona jest kryształowa. Ludzie myśleli: może nie będzie wielkiego reformowania Polski, ale przynajmniej nie będzie uwłaszczania się na państwie”.
W wyborach w 2023 roku partie tworzące dziś koalicję rządzącą wygrały dzięki nadzwyczajnej mobilizacji. Ciągnąca się afera szpitalna może zniechęcić ludzi nawet nie do KO i koalicjantów, lecz w ogóle do partii i polityki. I może chodzić wcale nie osoby młode, lecz o osoby w wieku średnim, 50-latków, którzy głosowali na Trzecią Drogę, licząc na wyższe standardy w polityce.
Pierwszy moment zwątpienia przyszedł, gdy obóz rządzący nie przegłosował ustawy liberalizującej prawo aborcyjne. Drugi — gdy Karol Nawrocki wygrał wybory prezydenckie. Teraz jest trzeci.
„Prawica nabiera masy, a my tę masę tracimy” – słyszę.
Odpowiada wiceminister z KO: „Wszystkie osoby, które miały udział w tej aferze, traciły stanowiska. Dla Rafała Trzaskowskiego i Donalda Tuska to są nieakceptowalne sytuacje, nikt nie ma chęci ich usprawiedliwić”.
Zaznacza, że inaczej niż w przypadku PiS-u tutaj nie ma systemu, który zostałby stworzony przez rząd tak jak w przypadku PiS-u. „Tutaj mówimy o pojedynczej osobie. Nie ma systemu otwierania opcji dla jakichś radnych. To jest nieporównywalne z tym, co robił PiS”.
Uważa też, że jakieś afery są nieuniknione.
„Jak się bierze odpowiedzialność za tak dużo obszarów państwa, to się coś zdarzy. Rafał Trzaskowski zarządza wielką strukturą, musi zakładać, że w jakimś urzędzie się coś wydarzy. Tak już jest w tej polityce”.
Mój rozmówca nie zgadza się z przewidywaniem, że ludzie zaczną postrzegać obóz rządzący jako podobny do poprzedników. „U nas jest brak przyzwolenia na takie rzeczy. Za PiS-u ci dostali kasę, tamci spółki, a jak prawo nie pasowało, to prawo zmieniali”.
Broni się też przed zarzutem, że rząd nie spełnił obietnicy o rozliczeniach: „Toczy się ponad 300 śledztw, 50 aktów oskarżenia”.
Gdy zwracam uwagę, że w symbolicznej dla wielu osób sprawie „dwóch wież Kaczyńskiego” zarzutów nie będzie, słyszę: „Nie zawsze prokuratura ma taki materiał, żeby postawić zarzuty”.
W piątek Donald Tusk zorganizował konferencję prasową tuż po Rafale Trzaskowskim. Premier dymisji nie ogłosił, ale postawił dziwne ultimatum. Ministra zdrowia i szef NFZ mają do wtorku przedstawić propozycje rozwiązań dotyczących trzech problemów: „saloników VIP”, „zeszytów” i skracania kolejek po znajomości oraz zarobków lekarzy. Jeśli Tusk nie będzie zadowolony, to w środę ogłosi konsekwencje personalne.
Wygląda to, jak zlecenie misji niemożliwej: przedstawcie plan naprawy całego systemu opieki zdrowotnej. W trzy dni.
Co charakterystyczne, Tusk po raz kolejny stara się skupić uwagę opinii publicznej na lekarzach jako odpowiedzialnych za dysfunkcje systemu. Trudno sympatyzować dziś np. z prezesem Naczelnej Izby Lekarskiej zapowiadającym walkę z ustawą, która ma być krokiem w kierunku jawności zarobków lekarzy. Ale trudno też nie dostrzec próby poszukiwania odpowiedzialnych poza kręgami politycznymi i wyznaczania winnych zamiast proponowania rozwiązań.
Jeden z rozmówców jest zaskoczony jeszcze innym aspektem wystąpienia Tuska. Dlaczego zamiast przeciąć kryzys już w piątek, premier zapowiada jakieś decyzje w przyszłym tygodniu. Co oznacza, że przedłuży kryzys, sam będzie podtrzymywał zainteresowanie.
Dlaczego? Tusk zapewne czeka na badania opinii publicznej. Nie zrzucił od razu bomby (decyzje z poziomu rządowego), tylko wspólnie z Trzaskowskim ograniczyli polityczne straty do poziomu Warszawy. Dymisje wiceprezydentek są przez weekend tematem w mediach i w rozmowach ludzi. Po weekendzie powstaną badania, których wyniki Tusk pozna we wtorek. Może zresztą nie będą to niegdyś zamawiane fokusy, tylko dziś lubiane przez polityków „badania sentymentu w sieci” dostarczane przez kolektyw Res Futura.
Można też zadać pytanie, czy na taki ciągnący się kryzys w ogóle można było odpowiedzieć jednym zdecydowanym ruchem?
Dziennikarz Patryk Słowik z Kanału Zero już zapowiedział kolejny tekst. Z czysto PR-owego punktu widzenia ryzykowne jest ogłaszanie jakiejś dymisji o dużym ciężarze, gdy za dwa dni może się okazać, że sprawa kolejną i jeszcze bardziej kłopotliwą odsłonę.
Inne ultimatum postawił Rafał Trzaskowski. „Osoby zasiadające w spółkach mają czas do końca lipca, by zdecydować: albo praca dla Warszawy, albo członkostwo w partii politycznej” – zapowiedział prezydent Warszawy.
To ruch, którego wielu chciało, a raczej nikt się nie spodziewał.
Po tym, jak przed dziesięcioma dniami ogłosił, że usuwa polityków z miejskich spółek medycznych, opozycja słusznie punktowała: a dlaczego nie ze wszystkich? Trzeba czekać na kolejną aferę?
Warszawski radny zwraca uwagę, że gdyby Trzaskowski faktycznie chciał przeprowadzić jakieś szerokie czystki w stołecznych spółkach, wejdzie w konflikt z Marcinem Kierwińskim. Bo to przede wszystkim jego ludzie od lat obsadzają te instytucje. Jeśli rzucą legitymacjami, to warszawska KO straci iluś prominentnych członków. To z kolei – przewiduje mój rozmówca – może spowodować złość wśród radnych KO, którzy częściej zaczną głosować wbrew Trzaskowskiemu.
„Rafał się czasem budzi z letargu” – żartuje wiceminister. „Będzie umiał wykorzystać tę sytuację na swoją korzyść”.
Dziennikarka polityczna OKO.press. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. W radiu TOK FM prowadzi audycję „Jest temat!“, a w OKO.press podcast „Program Polityczny”.
Dziennikarka polityczna OKO.press. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. W radiu TOK FM prowadzi audycję „Jest temat!“, a w OKO.press podcast „Program Polityczny”.
Komentarze