0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Bartosz Banka / Agencja Wyborcza.plFot. Bartosz Banka /...

Pod Bydgoszczą odnaleziono rosyjski pocisk zdolny przenosić głowice jądrowe. W lesie w miejscowości Zamość leży on od 16 grudnia, ale wiadomości o nim dostały do publicznej wiadomości dopiero pod koniec kwietnia. Wtedy radio RMF FM podało informację o kilkumetrowym "znalezisku". Dziennikarze, powołując się na własne źródła, na początku przypuszczali, że pocisk może należeć do polskiej armii. W końcu okazało się, że wystrzelony został najprawdopodobniej z terenu Białorusi i najpewniej należy do rosyjskich sił zbrojnych. Rządzący i wojskowi, zamiast wspólnie badać sprawę i próbować wyciągnąć z niej wnioski, przerzucają się odpowiedzialnością za chaos panujący wokół niej.

W czwartek wicepremier i szef Ministerstwa Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak powiedział dziennikarzom, że procedury w tej sytuacji zadziałały poprawnie do poziomu Dowódcy Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych, generała Tomasza Piotrowskiego. Ten jednak według Błaszczaka miał nie poinformować o zdarzeniu Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.

"Zgodnie z ustaleniami kontroli Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych zaniechał swoich instrukcyjnych obowiązków, nie informując mnie o obiekcie, który pojawił się w polskiej przestrzeni powietrznej" - mówił Błaszczak. Podobną treść miało oficjalne oświadczenie, opublikowane na stronie resortu.

Przeczytaj także:

Pocisk pod Bydgoszczą: wojskowi odpierają zarzuty

Wojskowi temu przeczą. W czwartek (11 maja) gen. Rajmund Andrzejczak w rozmowie z reporterką RMF FM powiedział, że dowództwo poinformowało o sprawie MON bez zbędnej zwłoki.

W piątek głos zabrał sam Dowódca Operacyjny. W oświadczeniu wideo nie odniósł się bezpośrednio do oskarżeń Błaszczaka. Zaapelował jedynie o spokój.

"Mówię do państwa, bo chciałem zwrócić się z apelem o rozsądek. O to, abyśmy w nadchodzących dniach bardzo ważyli emocje, abyśmy byli rozsądni w tym, co robimy" - mówił gen. Piotrowski.

Konflikt pomiędzy MON a wojskowym dowództwem trwa, jednak decyzje personalne w armii może podejmować jedynie jej zwierzchnik, prezydent Andrzej Duda. Głowa państwa nie traci zaufania do generałów - wynika z wypowiedzi Pawła Szrota z Kancelarii Prezydenta. Urzędnik w porannej rozmowie Radia Zet stwierdził, że prezydent nie miał do tej pory żadnych zastrzeżeń dotyczących pracy obu wojskowych wypowiadających się w sprawie. Jednocześnie przyznał, że nie wie, kiedy prezydent dowiedział się o tym, że pod Bydgoszczą spadł pocisk - a nawet, gdyby wiedział, byłaby to wiedza tajna. W piątkowe popołudnie Biuro Bezpieczeństwa Narodowego ujawniło, że żadnych dymisji w armii nie będzie. "Informacje, w posiadaniu których jest aktualnie Prezydent RP, nie uzasadniają podjęcia decyzji personalnych dotyczących najwyższej kadry dowódczej Wojska Polskiego, a ponadto Prezydentowi RP nie przedstawiono żadnego wniosku w tej sprawie" - czytamy w komunikacie.

Procedury są. Czy zadziałały?

Gdyby wersja wydarzeń przedstawiona przez szefa MON potwierdziła się, mielibyśmy do czynienia z potężnym chaosem - ocenia w rozmowie z OKO.press prof. Bogusław Pacek, generał dywizji Wojska Polskiego w stanie spoczynku.

OKO.press: Co powinno się stać, kiedy taki obiekt spada na polską ziemię, jakie powinny być procedury i co mogło zawieść?

Gen. Bogusław Pacek: Z doniesień medialnych i oficjalnych komunikatów wynika, że na pierwszym etapie działania wojska zostały przeprowadzone właściwie. Zauważony przez służby rozpoznawcze, które obserwują przestrzeń powietrzną, obcy obiekt naruszający terytorium Polski najpierw był monitorowany. Jeśli nie ma możliwości jego zestrzelenia - jak rozumiem, w tym wypadku jej nie było - można podnieść parę dyżurnych samolotów, wykorzystać środki naziemne, powiadomić sojuszników. Oni także ze względu na wojnę w Ukrainie mają na naszym terytorium środki rozpoznawcze jak samoloty wczesnego ostrzegania AWACS. Może się zdarzyć, że takiego obiektu nie uda się przechwycić i unieszkodliwić. Wówczas trzeba go odnaleźć tam, gdzie uderzył.

Jeśli znane jest miejsce, gdzie obiekt spadł, to oczywiste jest natychmiastowe jego zabezpieczenie.

To powinno być działanie w celu procesowym - należy powiadomić policję, żandarmerię, prokuraturę i ewentualnie inne służby.

Równolegle, w zależności od tego, kto był sprawcą takiego zdarzenia i jaka była przyczyna wtargnięcia w przestrzeń powietrzną, podejmuje się działania związane z państwem i instytucją, za sprawą którego doszło do tego zdarzenia. Rozumiem, że nie rozpatrujemy tego wydarzenia w kategoriach rozpoczęcia wojny, ale nawet w takiej sytuacji możemy zareagować dyplomatycznie i politycznie, jak również militarnie - na przykład wystawiając dodatkowe siły, spodziewając się, że na polskie terytorium mogłyby dostać się kolejne takie środki.

A jeśli nie wiadomo, gdzie rakieta spadła?

Często zdarza się, że nie wiadomo, gdzie taki obiekt się znalazł. Wtedy podejmuje się działania na podstawie środków monitorujących pozostawiających możliwy do odtworzenia obraz pomocy w poszukiwaniach. Następnie należy rozpocząć poszukiwania na podstawie dostępnych obrazów, informacji, relacji świadków, ale i to nie zawsze daje szybki efekt.

Może zdarzyć się, że pocisk wpadł do bagna, jeziora, że ktoś go przywłaszczył, zakopał.

Pocisk pod Bydgoszczą: dlaczego tak długo nie wiadomo było, gdzie jest?

Działania, by odszukać pocisk pod Bydgoszczą, były wystarczające? Laikowi może się wydawać trochę dziwne, że taki obiekt, i to pokaźny, leżał w lesie niezauważony przez tak długi czas.

Na podstawie tego, co wiemy z przekazu medialnego, komunikatów wojska i resortu obrony, można powiedzieć, że wszystkie działania zostały przeprowadzone prawidłowo - przynajmniej do momentu, kiedy je przerwano. Po ostatnim komunikacie resortu obrony wiemy, że wiadomość o wtargnięciu pocisku do polskiej przestrzeni powietrznej była jasna od samego początku. A więcej należało też podjąć działania wyjaśniające co do sprawcy wystrzelenia rakiety i państwa, z którego tego dokonano.

Nie wiemy jednak wszystkiego. Pojawia się na przykład pytanie o to, czy NATO zostało poinformowane o tym zdarzeniu.

Na terenie Polski działa w tej chwili kilku sojuszników. Według mnie oni także powinni być powiadomieni o takim incydencie. Nie mamy żadnych informacji na temat dalszych reakcji władz państwowych i wojska.

By przyjrzeć się temu zdarzeniu z bliska, musielibyśmy zyskać dostęp do wielu informacji - nie tylko o procesie poszukiwań rakiety, ale i reakcji w momencie naruszenia przestrzeni powietrznej Polski z terytorium innego państwa. Być może takie działania podjęto, ale nie ujawniano.

Liczy się spójny przekaz, którego na razie nie ma

Jak ocenia pan reakcję ministra obrony, obwiniającego dowództwo wojskowe o niewłaściwą reakcję?

Zastanawia sprzeczność informacji płynących od dwóch osób: ministra obrony narodowej i szefa sztabu generalnego. Dowódca operacyjny też nie posypuje głowy popiołem. Mówi, że wierzy w sprawiedliwość i demokrację.

Szef sztabu generalnego, dzień przed ukazaniem się komunikatu resortu, w wywiadzie dla RMF FM podał, że poinformował o sprawie przełożonych w odpowiednim czasie i wywiązał się ze swoich obowiązków. To stoi w sprzeczności z wypowiedziami ministra Błaszczaka, który twierdzi, że nie dostał takiej informacji. Są dwa warianty: albo wypowiedź ministra, albo wypowiedź szefa sztabu generalnego jest niewiarygodna. Nie chcę rozstrzygać, komu bardziej wierzę. To bardzo dziwna sytuacja, ale liczą się fakty.

Jak je ustalić?

W tej sytuacji najszybciej powinni wypowiedzieć się szefowie Sztabu Generalnego i Dowództwa Operacyjnego. Oni powinni jasno przekazać, jakie podjęli działania. Nie chcę pójść w retorykę totalnej negacji tego, o czym mówił minister obrony, nie wiedząc, co do powiedzenia mają generałowie Piotrowski i Andrzejczak. Może się okazać, że spotkamy się z przyznaniem się do błędu czy niedopełnienia obowiązków, choć na obecnym etapie nic na to nie wskazuje.

Generałowie Piotrkowski i Andrzejczak? "Oceniam ich wysoko"

A gdyby się okazało, że dowództwo zlekceważyło ministra obrony i nie poinformowało go o sprawie?

Wtedy mielibyśmy do czynienia ze strasznym bałaganem. To byłaby fatalna informacja dla polskiego wojska i polskiego państwa. Źle świadczyłaby o stanie naszego systemu dowodzenia i kierowania siłami zbrojnymi.

Osobiście, patrząc z boku, oceniam generała Piotrowskiego bardzo wysoko jako dowódcę i generała. To samo dotyczy szefa Dowództwa Sztabu Generalnego, genrała Kukuły i szefa Sztabu Generalnego, generała Andrzejczaka. Nie mieli wcześniejszych wpadek. Komunikat o tym, że obcy obiekt został zauważony i monitorowany, uznaję za wiarygodny. Każde takie działanie uruchamia cały system meldunkowy, system powiadamiania. Naprawdę trudno uwierzyć, że ktoś z dowódców zachowałby to w tajemnicy przed ministrem.

Nie jest tak, że dowódca operacyjny znikąd bierze kilkuset żołnierzy do poszukiwania rakiety - o ich przydziale decyduje Dowódca Generalny i jego podwładni, dowódcy jednostek. Nie wiem, czy w działania została włączona Żandarmeria Wojskowa. Jeśli tak, to poinformowany został komendant główny tej służby. W przestrzeni publicznej nie padły takie informacje, ale z pewnością poinformowana powinna być Służba Kontrwywiadu Wojskowego i Wywiadu Wojskowego. Trudno więc to wszystko ukryć.

Gdyby się okazało, że działania zlecono jedynie małej liczbie żołnierzy, nikogo wyżej nie powiadamiając, mielibyśmy do czynienia z dużym błędem. Wierzę jednak, że wojsko zadziałało profesjonalnie i adekwatnie do tej sytuacji.

Zabrakło elementu dalszych poszukiwań, z użyciem na przykład Policji, Straży Pożarnej.

Chyba większym niż szybkie nieodnalezienie rakiety dramatem staje się dziś publiczna debata na temat niedociągnięć naszego systemu i wyraźna rozbieżność stanowisk pomiędzy dowództwem wojska a szefem resortu obrony. Tak nie powinno się dziać w żadnym państwie.

Kontekst Ukrainy kluczowy

Teraz trzeba przede wszystkim poszukać przyczyn i ukarać winnych?

Sytuacja jest bardzo zła, obok naszego państwa trwa wojna, powinniśmy wszyscy być zainteresowani jak najszybszym wyjaśnieniem tej sytuacji. Następnie powinniśmy mieć do czynienia z surowymi karami wobec sprawców tego, co widzimy. Mam nadzieję, że poznamy odpowiedzi na kluczowe pytania: o to, w jakim celu wystrzelona została ta rakieta, kto robił oględziny pod Bydgoszczą, w jaki sposób zdjęcia z miejsca zdarzenia znalazły się w prasie. Cała ta sprawa nie może być rozpatrywana bez związku z tym, co dzieje się w Ukrainie i z tym, że pocisk wystrzelono z terenu Białorusi.

;

Udostępnij:

Marcel Wandas

Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska i Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl.

Komentarze