0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 07.05.2025 Warszawa , Kancelaria Prezesa Rady Ministrow . Premier Donald Tusk (P) oraz kanclerz Niemiec Friedrich Merz (L) podczas powitania przed spotkaniem w KPRM . Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl07.05.2025 Warszawa ...

Wzajemne relacje Polski i Niemiec są trudne i asymetryczne: naznaczone nie tylko niespotykaną skalą przemocy wobec polskich obywateli i polskich Żydów w czasie II wojny światowej, ale też przez pruski imperializm, który wraz z zachłannością austriackich Habsburgów oraz carycy Katarzyny Wielkiej (w końcu także Niemki) poskutkował rozbiorami pierwszej Rzeczpospolitej.

Lęk i opór przed zachodnim sąsiadem zakorzenione są głęboko w polskiej kulturze i literaturze, zarówno tej narodowowyzwoleńczej, pozytywistycznej z XIX wieku, jak i całej literaturze wojennej. Tym bardziej potrzebna była próba unormowania relacji dwustronnych w czasach współczesnych.

Po wojnie sytuacja znacząco się zmieniła.

Pokonane Niemcy zostały podzielone na cztery strefy wpływów przez zwycięskich aliantów: „trizonię” pod zarządem amerykańsko-brytyjsko-francuskim i sektor radziecki. W miarę eskalowania zimnej wojny strefy okupacyjne zostały podzielone między dwa państwa. W 1949 roku z trzech zachodnich stref powstała Republika Federalna Niemiec, z tymczasową stolicą w Bonn (w 1957 roku do RFN dołączył jeszcze Kraj Saary).

Z radzieckiej strefy okupacyjnej utworzono natomiast Niemiecką Republikę Demokratyczną, której władze miały siedzibę w Berlinie Wschodnim. Sam Berlin był podzielony od końca wojny, a w 1961 roku budowa Muru Berlińskiego utrwaliła ten podział i uczyniła miasto jednym z najważniejszych symboli powojennego losu Niemiec.

Przeczytaj także:

45 lat geopolitycznej prowizorki

Tymczasem Polska przesunęła się na zachód, tracąc Kresy, w zamian otrzymując żyzne, zindustrializowane ziemie należące przed wojną do Niemiec: Śląsk, Pomorze, Prusy Wschodnie. W wyniku zmiany granic uciekło lub zostało wysiedlonych nawet 10 milionów Niemców, na miejsce których sprowadzili się Polacy z innych zrujnowanych wojną polskich ziem – oraz z ziem utraconych na rzecz sąsiednich republik radzieckich: litewskiej, białoruskiej i ukraińskiej.

Ten nowy powojenny ład nie tylko na nowo rozrysował mapę Europy, ale także był powodem wielu kontrowersji, szczególnie po stronie niemieckiej, gdzie towarzystwa ziomkowskie (Landsmannschaften) działały nie tylko na niwie kultury pamięci, ale także próbowały wywierać presję polityczną, dążąc do rewizji powojennych granic.

Relacje z Niemcami były też utrudnione przez faktyczne funkcjonowanie dwóch niemieckich państw. NRD była krajem satelickim Moskwy. W ramach Bloku Wschodniego i Układu Warszawskiego utrzymywała przynajmniej formalnie przyjazne relacje z PRL od podpisania Układu Zgorzeleckiego w 1950 roku, uznającego granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Problemem pozostawały relacje z Niemcami Zachodnimi. Przez 25 lat po wojnie trwał impas. Dopiero reorientacja polityki ZSRR oraz słynna Ostpolitik socjaldemokratycznego kanclerza Willy Brandta, zmierzająca do odprężenia i normalizacji sytuacji w Europie na rzecz pokojowych stosunków w zastanej sytuacji, przełamała ten bezruch.

Układ PRL-RFN podpisany został w Warszawie w grudniu 1970 roku przez premiera Józefa Cyrankiewicza i Brandta oraz ministrów spraw zagranicznych obu państw, a ratyfikowany dwa lata później w Bonn wraz z układem ZSRR-RFN. Zakładał on nie tylko uznanie przez RFN nowych granic Polski, ale także był zaczynem dla współpracy gospodarczej i kulturalnej obu państw.

Brandt zapłacił za to wysoką cenę polityczną w kraju.

Za ostateczne wyrzeczenie się niemieckich ziem, ale także przez symboliczny gest w czasie tej wizyty, gdy padł na kolana przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie (choć sam w czasie wojny działał w ruchu oporu i był ścigany przez nazistów), przez niektóre środowiska (i opozycję) uznany został za zdrajcę.

Jednak wszystkie te dokumenty były rozwiązaniami tymczasowymi. Wiadomo bowiem było, że podział Niemiec na wschód i zachód to geopolityczna prowizorka, która faktycznie zakończyła się w 1989 roku, kiedy skończył się w Europie komunizm.

Wyczekany Traktat o dobrym sąsiedztwie

Koniec zimnej wojny i w konsekwencji zjednoczenie Niemiec oraz powstanie III RP doprowadziły do powstania zupełnie nowej dynamiki w Europie. Bardzo szybko rządy obydwu krajów odczuły potrzebę ułożenia dwustronnych stosunków na nowo. Jeszcze w 1989 roku, w Krzyżowej, doszło do symbolicznego polsko-niemieckiego pojednania z udziałem kanclerza Helmuta Kohla i premiera Tadeusza Mazowieckiego.

W listopadzie 1990 roku podpisany został traktat potwierdzający kształt polsko-niemieckiej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, oznaczający także ostateczną rezygnację z roszczeń terytorialnych wobec Polski ze strony Niemiec. Było to jednym z warunków zjednoczenia Niemiec. Rok później, 17 czerwca 1991 roku, przez premierów i ministrów spraw zagranicznych obu państw podpisany został Traktat o dobrym sąsiedztwie oraz przyjaznej współpracy. W przyszłym tygodniu przypada więc 35. rocznica tego wydarzenia.

To w zasadzie najważniejszy dwustronny dokument regulujący relacje pomiędzy obydwoma państwami do dziś. W dużej mierze treść Traktatu potwierdzała wolę rozpoczęcia nowego rozdziału w relacjach dwustronnych na zasadach bardziej partnerskich i ponad historycznymi podziałami.

Wiele zapisów traktatu ma charakter społeczno-kulturalny. Na przykład traktat gwarantuje prawa mniejszości niemieckiej w Polsce oraz Polakom mieszkającym w Niemczech do kultywowania swojej kultury. Należy pamiętać, że po wojnie nie wszystkie osoby niemieckiego pochodzenia chciały – lub mogły! – wyjechać z Polski. Na Śląsku pozostała mniejszość niemiecka (szacowana na między 130 000 do nawet 300 000 osób). W Niemczech natomiast żyje dziś około 2 milionów osób pochodzenia polskiego lub Polaków, co jest świadectwem wieloletniej migracji zarobkowej ze wschodu na zachód, szczególnie w ramach Prus oraz w czasach powojennych, np. w stanie wojennym i po wejściu Polski do UE.

W Traktacie zapisano także wsparcie dla współpracy młodzieży oraz innych formatów promujących dialog i wymianę kulturalną i naukową. Zagwarantowano także opiekę nad miejscami spoczynku ofiar wojennych na terenie obydwu krajów.

Unijne win-win

Najważniejszy był jednak wymiar geopolityczny dokumentu. Strona niemiecka wyraziła zrozumienie dla polskich planów integracji ze strukturami zachodnimi: z Unią Europejską i NATO. Co więcej, zobowiązała się wspierać te ambicje. W późniejszych latach Niemcy wspierały integrację Polski ze strukturami UE, lobbując za rozszerzeniem i oferując doradztwo instytucjonalne przy spełnianiu unijnych wymogów.

Wejście Polski do UE leżało w żywotnym interesie Niemiec: otwarcia rynków oraz normalizacji migracji zarobkowej (nierzadko wówczas nielegalnej) z Polski.

Nie zmienia to jednak faktu, że skorzystały na tym obydwa kraje. Niemcy są najważniejszym partnerem gospodarczym Polski, a z kolei Polska jest 4. najważniejszym partnerem gospodarczym Niemiec.

Niemcy stanowią jedną z najliczniejszych grup turystów w Polsce, a Polacy – w Niemczech. Dzięki Fundacji na Rzecz Współpracy Polsko-Niemieckiej, Polsko-Niemieckiej Współpracy Młodzieży, czy Polsko-Niemieckiej Fundacji na Rzecz Nauki relacje oddolne mają się dobrze. Z kolei Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie była próbą zadośćuczynienia za wojenną przemoc. Niemniej, przez 35 lat wiele się zmieniło, zarówno w obydwu krajach, jak i na świecie. Nowe czasy wymagają nowych form współpracy.

Nowa rzeczywistość

Rzeczywistość bardzo się zmieniła od roku 1991. Przede wszystkim Polska przeszła transformację zarówno ustrojową, jak i polityczno-społeczną oraz gospodarczą. Widać to szczególnie dziś, kiedy w Niemczech trwa od 2022 roku stagnacja, a Polska ciągle cieszy się gospodarczym wzrostem. To także częściowo zasługa dwóch dekad hojnych funduszy europejskich, których głównym beneficjentem była Polska, a głównym płatnikiem – Niemcy. Wiele miejsc pracy w Polsce powstało dzięki zagranicznym – w tym niemieckim – inwestycjom w przemysł i produkcję. W miarę integracji ze strukturami zachodnimi Polska stopniowo stała się dla Niemiec partnerem także w ramach Unii Europejskiej i NATO. Tak pojawiły się nowe płaszczyzny współpracy.

Dziś obydwa kraje mierzą się także z dramatycznym zwrotem na arenie międzynarodowej. Globalna równowaga sił osiągnięta po 1989 roku przestaje istnieć, zastąpiona ostrą rywalizacją supermocarstw oraz nieprzewidywalnością Stanów Zjednoczonych, od których Europa kompletnie uzależniła się w kwestiach bezpieczeństwa. Trwająca w Ukrainie wojna stworzyła jeszcze jedną przestrzeń do dialogu.

Zbliżająca się 35. rocznica Traktatu o dobrym sąsiedztwie byłaby dobrą okazją do odświeżenia dwustronnych relacji.

Niemiecka strona rozpoznała tę potrzebę już kilka lat temu. W lipcu 2024 roku, jeszcze za czasów rządu Olafa Scholza, powstał międzyrządowy plan na rzecz poprawy relacji polsko-niemieckich. W kampanii wyborczej kandydat CDU i dzisiejszy kanclerz, Friedrich Merz obiecywał, że jeśli wygra wybory, dołoży wszelkich starań, by naprawić relacje ze stroną polską i zaproponował podpisanie nowego traktatu o przyjaźni między obydwoma państwami.

Nie jest to niczym nadzwyczajnym: w 2019 roku w Akwizgranie podpisano traktat niemiecko-francuski, 56 lat po słynnym Trakcie Elizejskim, podpisanym przez prezydenta Charlesa de Gaulle’a i kanclerza Konrada Adenauera. „Upgrade” przydałby się więc także w relacjach polsko-niemieckich, ale nie jako kalka relacji niemiecko-francuskich, ale nowy, własny format współpracy na miarę dzisiejszych potrzeb. Tych jest dużo.

Na przykład istotnym wymiarem współpracy polsko-niemieckiej powinny być infrastruktura i połączenia między obydwoma krajami. Obejmuje to także wspólną architekturę obronną i politykę bezpieczeństwa. Najważniejszym jednak z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się rozwiązanie sporów historycznych i o historię. To one stanowią aktualnie największą przeszkodę dla polsko-niemieckiego restartu.

Historyczna sprawiedliwość, polityczny cynizm

Podniesiony przez rząd PiS w 2017 roku temat reparacji wojennych zaczął żyć własnym życiem, a antyniemieckie narracje rozgościły się w przestrzeni publicznej. „Dziadek z Wehrmachtu”, „Niemiecki namiestnik” to najczęstsze epitety wymierzone przez prawicową opozycję w kierunku premiera Donalda Tuska ze względu na jego kaszubskie pochodzenie. Sprawa staje się jednak poważniejsza, kiedy politycy zaczynają obrażać obywateli w ich miejscu zamieszkania, jak czyni to Janusz Kowalski na Opolszczyźnie.

Spory o historię przestały w Polsce mieć wymiar naukowy i stały się narzędziem brutalnej politycznej walki.

Najlepszym tego przykładem jest fiasko nowego traktatu o sąsiedztwie i współpracy – 17 czerwca 2026 roku ministrowie podpiszą jedynie porozumienie obronne. Skromna treść dokumentu dopełnia obrazu braku zaufania w polsko-niemieckich relacjach: nie zawiera gwarancji wzajemnego bezpieczeństwa, w zasadzie nie wychodzi poza już istniejące wzajemne zobowiązania wynikające z członkostwa obu państw w Unii Europejskiej i NATO. Jedyną nowością jest udział jednostek inżynieryjnych z Niemiec w budowie Tarczy Wschód wzdłuż granicy z Obwodem Kaliningradzkim.

Forma i treść porozumienia wynikają z obawy, że motywowany politycznie prezydent Karol Nawrocki nie podpisałby nowego traktatu. Wybory parlamentarne w Polsce już w 2027 roku, nieformalna kampania wyborcza trwa. Stąd gimnastyka, by ominąć konieczność ratyfikacji przez parlament lub prezydenta i unikać zbyt daleko idących twierdzeń.

Przeszłość i przyszłość

Przyszłość polsko-niemieckiego sąsiedztwa zależy zatem od tego, jak obie strony poradzą sobie z przeszłością. Ze strony polskiej płyną sprzeczne sygnały i nierealne propozycje: początkowo rząd PiS żądał reparacji w wysokości 1,3 bln euro. Reparacji dalej domaga się prezydent Karol Nawrocki.

Wraz ze zmianą rządu w 2023 roku zmienił się ton, lecz temat pozostał. Minister spraw zagranicznych, Radek Sikorski, przyznał, że moralnie zadośćuczynienie Polsce się należy, ale prawnie sprawa jest beznadziejna. Strona polska zaczęła szukać alternatyw, mających zarówno symboliczny, jak i praktyczny wymiar.

Warszawa wysunęła propozycję, by w ramach zadośćuczynienia Niemcy zainwestowały w bezpieczeństwo Polski. W czasie oficjalnej wizyty w Berlinie w styczniu tego roku Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty apelował o wypłatę odszkodowań dla jeszcze żyjących ofiar nazizmu w Polsce.

Strona niemiecka pozostaje niewzruszona, uparcie powtarzając, że sprawa reparacji jest definitywnie zamknięta – zapewne obawiając się stworzenia precedensu. W budżecie Niemiec zresztą próżno szukać dodatkowych środków na wypłatę jakichkolwiek dodatkowych świadczeń – gospodarka ledwo dyszy.

W tej kakofonii głosów i przy kompletnym braku porozumienia kwestie polsko-niemieckiej historii są w Niemczech obchodzone szerokim łukiem, a w Polsce rozgrywane politycznie, co paraliżuje relacje dwustronne. Warto jednak zwrócić uwagę, że w Berlinie nie rezonują one tak w debacie publicznej jak w Warszawie.

Tymczasem dla Polski to nie jedyny front historycznej walki. Niedawne wydarzenia na Ukrainie – honorowy pochówek jednego z przywódców OUN i nadanie jednemu z ukraińskich oddziałów nazwy upamiętniającej bohaterów UPA – dobitnie wskazują, jak mszczą się zaniedbane spory historyczne.

Dlatego tak ważne jest sprawiedliwe zamknięcie kwestii reparacji raz na zawsze. Dopiero wówczas symboliczne gesty, takie jak zwrot zagrabionych dzieł sztuki oraz polsko-niemiecki podręcznik historii dla szkół, będą miały pełne prawo bytu. Jak na razie wszelkie tego rodzaju próby rozbijają się nie tylko o poczucie historycznej niesprawiedliwości, ale przede wszystkim o jego cyniczne wykorzystanie w politycznych sporach.

Na zdjęciu Maria Skóra
Maria Skóra

Dr Maria Skóra koordynuje projekt dotyczący praworządności w Unii Europejskiej (RESILIO) w Instytucie Polityki Europejskiej (Institut für Europäische Politik) w Berlinie. Wcześniej pracowała w think tanku Das Progressive Zentrum oraz w HUMBOLD-VIADRINA Governance Platform. W Polsce dzieliła karierę zawodową między akademię a Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Była ekspertką Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych oraz Biura UNDP w Warszawie. Z wykształcenia socjolożka i ekonomistka.

Komentarze