0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Robert KuszyńskiFot. Robert Kuszyńsk...

Gdy w połowie lutego 2024 świat dowiedział się o śmierci Aleksieja Nawalnego, Rosjanie, którzy próbowali składać w hołdzie dla tego opozycjonisty kwiaty lub zapalić świeczkę, byli zatrzymywani i szykanowani. Tylko pierwszego dnia w 13 dużych miastach Rosji aresztowano 110 osób.

Te sceny szokowały Polaków. Tymczasem podobne sytuacje miały miejsce niedawno w Warszawie, kiedy aktywiści próbowali uczcić śmierć dziesiątek tysięcy ofiar Covid-19. Policja robiła wszystko, by to uniemożliwić.

Na zdjęciu: Akcja policji podczas happeningu ulicznej opozycji w Warszawie 10 maja 2021 roku. Na płycie Plac Piłsudskiego aktywiści narysowali krzyże nawiązujące do liczby zmarłych z powodu epidemii koronawirusa.

30 policjantów na jedną Babcię Kasię

Zaczęło się 10 kwietnia 2021 roku. Członkowie Lotnej Brygady Opozycji oraz zaprzyjaźnieni z nimi aktywiści chcieli uczcić śmierć 60 tys. ofiar pandemii w Polsce. Po miesięcznicy aktywiści weszli na Plac Piłsudskiego i zaczęli na bruku malować krzyże węglem drzewnym – zmywa go deszcz. Chcieli w ten sposób też wyrazić krytykę rządu PiS, którego nieudolna walka z pandemią doprowadziła do największej w całej Unii nadmiarowej liczby zgonów.

Policja początkowo nie robiła problemów, dopiero po jakimś czasie zaczęło się spisywanie i zatrzymania.

Katarzynę Augustynek, aktywistkę znaną jako Babcia Kasia, która na kolanach malowała drugą setkę krzyży, otoczyło ponad 30 mundurowych. Siłą zawlekli ją do policyjnego radiowozu, rzucili na podłogę i zakuli w kajdanki. Aktywistce postawiono zarzut z art. 222 kodeksu karnego (naruszenie nietykalności funkcjonariusza). Bo zrobiła znak krzyża na mundurze jednego z policjantów. Następnego dnia policjanci byli jeszcze bardziej brutalni.

Aktywiści z LBO zorganizowali na przełomie kwietnia i maja 2021 roku pięć takich akcji. Malowanie węglem krzyży było najczęstszą formą protestu. Stawiali także dziesiątki zniczy, kładli na płytach czarne, tekturowe krzyże i tulipany. Policja starała się uniemożliwić im oddawanie hołdu tysiącom zmarłych oraz krytykę rządu PiS.

„Rząd nie chce, byśmy pamiętali o ofiarach. Mają być tylko statystyki” – mówił wtedy w OKO.press jeden z uczestników akcji.

Technicy kryminalistyki wchodzą do akcji

Mundurowi siłą wynosili niektórych malujących, wyrywali im węgielki z rąk, czasem tylko spisywali, ale za to po wielokroć i wszystkich. „9 maja spisali mnie 4 razy. Gdy jeden mnie spisywał, a ja malowałam dalej krzyże, to podchodził kolejny i też zaczynał robić to samo. I tak po kolei. Chory sen pijanego idioty” – opisuje Julia Łowkis z LBO.

Katarzyna Augustynek za malowanie krzyży tylko jednego dnia – 9 maja – miała trzy oddzielne sprawy, podobnie było z Tadeuszem Kaczmarczykiem i aktywistką „Kurczakiem”. „U mnie dokonanie czynów w dwu oddzielnych sprawach dzieliło raptem 10 minut” – mówi Bernard van der Esch.

Łowkis śmieje się, bo pobiła rekord – miała cztery oddzielne sprawy za ten sam czyn, tego samego dnia, z kolejnymi numerami w tym samym sądzie. Zostały hurtowo wysłane przez komendę do sądu, a ten po kolei je zarejestrował.

Tylko 9 maja aktywiści wymalowali lub ułożyli z tektury ok. 5 do 8 tys. czarnych krzyży. Władze imały się nowych sposobów, by ich zatrzymać. Wezwały ekipy techników kryminalistyki, by udokumentowali „przestępstwo” – mierzyli, fotografowali i opisywali szczegółowo tekturowe krzyże i kwiaty leżące na płytach.

Jeden z oficerów po cichu szeptał Szczurkowi do ucha: „Panie Arkadiuszu – świetna akcja”.

Przeczytaj także:

Ponad 100 spraw za „zaśmiecanie”

Wszystkim próbowano wlepić mandaty, od 100 do 500 zł. „Śmialiśmy się, że jednemu 500 zł, innemu 100 zł choć dokładnie za to samo, w tym samym miejscu, o tym samym czasie” – wspomina Arek Szczurek.

Tadeuszowi Kaczmarskiemu z LBO, któremu na Covid-19 zmarło kilku znajomych, za postawienie znicza na tekturowym krzyżu i kwiatku mundurowi chcieli wlepić 500 zł mandatu. Zarzut? 145 KW, czyli „zaśmiecanie”.

Ten modus operandi policji był bardzo częsty. Funkcjonariusze zarzucali aktywistom także łamanie art. 63a par. 1 kodeksu wykroczeń („Kto umieszcza w miejscu publicznym do tego nieprzeznaczonym ogłoszenie, plakat, afisz, apel, ulotkę, napis lub rysunek albo wystawia je na widok publiczny w innym miejscu bez zgody zarządzającego tym miejscem…”). Albo nie wykonywania poleceń funkcjonariuszy.

Za składanie hołdu zmarłym i krytykę nieudolnej walki rządu z pandemią – jak teraz już wiemy, słuszną – aktywistom groziły nie tylko kary grzywny, ale nawet ograniczenia wolności.

Komenda Stołeczna Policji zalała sądy tymi sprawami. Oto niektórzy z oskarżonych:

  • Babcia Kasia – 8 spraw, w tym dwie z kodeksu karnego – była dwukrotnie zatrzymywana i wywożona;
  • „Kurczak”, aktywistka z grupy „Cień Mgły – Oddolne Wsparcie Strajku Kobiet” – 6 lub 7 spraw;
  • Bernard van der Esch – 4-5 spraw;
  • Zuzanna Lesiak – 7;
  • Julia Łowkis – 7;
  • Stanisława Skłodowska – 6;
  • Dominika Przychodzeń – 4;
  • Tadeusz Kaczmarski – 6.

Z aktywistów, do których dotarliśmy, średnio na osobę przypadało 6 spraw. Jedna z aktywistek doliczyła się co najmniej 18 osób, którym policja postawiła zarzuty za „krzyże”. Według dwójki innych – Arka Szczurka i Tity Halskiej – było ich więcej – ponad 20.

Na zdjęciach grupowych uczestników akcji widać około dwudziestu osób, a skład zmieniał się w kolejne dni. „Łapali nas wszystkich, nikomu nie darowali” – podkreślają aktywiści. Prawdopodobnie więc policja ściga/ła w sądach za te akcje między 20 a 30 osób.

Zakładając, że oskarżono 20 osób, przy średniej 6 na osobę, mamy 120 spraw wytoczonych przez KSP. „Nie licząc kontrmiesięcznic [LBO organizowała je przez lata – red.], to były najbardziej hurtowe działania policji wobec nas” – uważa Arek Szczurek.

„Czuję się prześladowany przez policję pod kątem religijnym”

Niektórzy z aktywistów dostawali skazujące wyroki nakazowe. Kiedy się sprzeciwiali, sprawy były umarzane lub kierowane do sądu, gdzie po I rozprawie aktywiści byli uniewinniani. Ale większość od razu, przed nakazówką, dostawała umorzenia. Ewentualnie prokuratura wnosiła o umorzenie, bo „nie znajdowała podstaw do aktu oskarżenia”. Nieliczni aktywiści mają jeszcze pojedyncze sprawy w toku.

Bilans? Prawie wszyscy, do których dotarliśmy, wygrali wszystkie sprawy za „krzyże”. Wyjątkiem jest Katarzyna Augustynek, która nie odwołała się od jednej nakazówki i dlatego została ukarana. W innej ze spraw najpierw na rok warunkowo umorzono karę, a teraz sprawa znów jest w toku.

Nakazówka Babci Kasi to prawdopodobnie jedyny przypadek, z ponad 100, jaki Komenda Stołeczna Policji wygrała w sądzie.

Uzasadnienia wyroków – tam gdzie zapadały, nim podjęto decyzję o umorzeniu – są miażdżące dla policji. Zuzanna Lesiak z grupy „Cień Mgły...” pokazuje nam treść sześciu orzeczeń.

Sędzia Paweł Macuga: „Rysując węglem znaki krzyża na płytach chodnikowych i stawiając znicze, [oskarżona] chciała w ten sposób zamanifestować swoje poglądy i wyrazić krytykę wobec władz w odniesieniu działań mających na celu zwalczanie pandemii i uczcić ostatecznie osoby zmarłe w wyniku choroby COVID-19. Motywacja obwinionej nie może więc zasługiwać na potępienie jak zwykły akt wandalizmu”.

Inne uzasadnienia brzmią podobnie.

Wśród umarzających lub uniewinniających aktywistów w sprawach o „krzyże” był też sędzia Maciej Mitera – początkowo rzecznik neo-KRS, który przestał wspierać „dobrą zmianę”, gdy powtórnie nie przyjęto go do neo-KRS-u.

Co ciekawe, w niektórych ze spraw policjanci uciekali od określenia „krzyże”. W przypadku jednego z postępowań wobec Zuzanny Lesiak, w zawiadomieniu pisali o „rysunkach”, jakie wykonywała na Placu Piłsudskiego. W zawiadomieniach na Arkadiusza Szczurka i Tadeusza Kaczmarskiego czytamy o „dwu przecinających się liniach” lub „znaku X”. Kaczmarski domyśla się, czemu nie chcieli używać słowa krzyż – bo to mogłoby być uznane za szykanowanie katolików.

„W sądzie odniosłem się do mojego chrztu i tego, że czuję się prześladowany przez policję pod kątem religijnym” – wspomina.

„Policja nie może zajmować się ochroną władzy”

Każde z tych postępowań oznaczało zajęty czas sędziego, urzędników, policjantów... Protokoły, powiadomienia, listy polecone, rozprawy… Tymczasem funkcjonariuszy policji w Warszawie brakuje do patroli na ulicach. Sędziowie są zasypani sprawami. Dlatego poprosiliśmy reprezentantów środowisk prawniczych, by skomentowali działania policji wobec aktywistów.

Krytyka jest miażdżąca.

Sędzia Bartłomiej Przymusiński, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia: „Jeśli policja przegrywa prawie wszystkie te sprawy, to pokazuje, jak – poprzez postępowania motywowane politycznie – jest marnotrawiony czas sądów i publiczne pieniądze. Bo te sprawy kosztują. Ludzie, którzy mają zeznawać, muszą zwalniać się z pracy, to też tracony czas pracy sędziów, urzędników, policjantów… Sądy powinny się zajmować osobami, które naprawdę popełniły wykroczenia” – podkreśla.

W Polsce, a zwłaszcza w Warszawie, na rozprawę czeka się już ponad 2 lata. Zasypywanie sądów tego typu postępowaniami tylko wydłuża ten czas.

Konrad Siemaszko, prawnik Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka: „Wygląda to na przypadek nieproporcjonalnego i niepoważnego, wręcz narażającego na śmieszność, wykorzystania zasobów państwa przeciwko osobom zabierającym głos na niewątpliwie istotny temat debaty publicznej. Te postępowania można rozważać w kategorii SLAPP-u, czyli takiego postępowania, które dąży do tłumienia debaty publicznej”.

Prokurator Ewa Wrzosek zwraca uwagę, że warunkiem wykroczenia jest, by nie tylko dane zachowanie podchodziło pod dany przepis, ale też, aby było szkodliwe społecznie.

„Trudno w takim upamiętnieniu ofiar pandemii Covid-19 dopatrywać się jakieś szkodliwości społecznej. Kierowanie do sądu wniosków o ukaranie stanowiło więc ewidentny przykład nadużycia władzy i uprawnień ze strony funkcjonariuszy”.

Prokurator Wrzosek uważa, że drugorzędne jest, czy mundurowi robili to z własnej inicjatywy, czy na rozkaz przełożonych. „Policja nie może zajmować się ochroną władzy przed jakąkolwiek krytyką. Zamiast dbać o bezpieczeństwo obywateli, swoimi działaniami policjanci generowali tylko ogromne koszty. Polska policja wystąpiła jako zbrojne ramię rządzących”.

Policjant stoi przed tablicą ustawioną na Placu Piłsudskiego z napisem „62 032 ofiar Covid 616 tupolewów Cześć Ich Pamięci”
Wspólny happening ulicznej opozycji upamiętniający zmarłych z powodu epidemii koronawirusa. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Pytamy policję: czy nie została narażona na śmieszność?

Czy można pociągnąć do odpowiedzialności osoby decydujące o takich, motywowanych politycznie działaniach policji? „To na pewno bardzo trudne, ale w skrajnych wypadkach może to być zakwalifikowane jako przestępstwo nadużycia uprawnień przez przedstawiciela publicznego” – uważa sędzia Przymusiński.

Komendę Stołeczną Policji zapytaliśmy m.in.:

  • Na czyj rozkaz aktywiści byli ścigani za uczczenie śmierci kilkudziesięciu tysięcy ofiar Covid-19?
  • Kto z kierownictwa KSP akceptował tego typu działania?
  • Czy są prowadzone działania wyjaśniające/dyscyplinarne w sprawie bezpodstawnego szykanowania obywateli? Czy ktoś już odpowiedział za te działania?
  • Czy KSP nie uważa, iż stawianie w wyżej wymienionych sytuacjach zarzutów zaśmiecania, czy wysyłanie techników kryminalnych, by udokumentowali rzekome „wykroczenia”, nie naraża policję na śmieszność?

Do chwili publikacji tekstu KSP nie udzieliła odpowiedzi.

Bezcenny węgiel

Każdy z oskarżonych aktywistów ma od kilku do kilkunastu protokołów zatrzymania węgli drzewnych. Jednego dnia policja potrafiła pojedynczej osobie wystawić nawet pięć takich kwitów, każdorazowo zabierając to, czym rysowali krzyże.

Gdy zaczęła się pełnoskalowa inwazja w Ukrainie, a w Polsce zabrakło węgla kamiennego, Lotna uznała, że trzeba odzyskać cenne wówczas węgle drzewne. Aktywiści protestowali wtedy przed stołeczną komendą.

Potem zaczęli dostawać zawiadomienia, by odebrać swoje węgle. Kaczmarskiemu zwrócili hurtowo ok. 30 sztuk, w jednej dużej kopercie. „Jakieś za małe były, chyba z nich korzystali, ale już się nie rzucałem” – mówi. Zuzie Lesiak i Dominice Przychodzeń zwrócili po jednej sztuce, a teraz znów aktywistki mają odbierać kolejne zwroty. Te najnowsze – zgodnie z zawiadomieniem – mają mieć rozmiary 2 x 2 cm.

Lesiak żartuje: „Nie jestem pewna czy rozpoznam swój węgielek, a bardzo bym chciała dostać własny”.

Lesiak i Ticie Halskiej – też z LBO – w wyrokach nakazowych sędziowie pierwotnie zarządzili przepadek mienia, czyli węgielków. Aktywistki odwołały się. „Chciałam dostać go z powrotem. I tak się stało – po sprzeciwie miałam umorzenie oraz informację, że mogę odebrać węgielek” – opisuje Lesiak.

Halska także odzyskała swój węgiel do rysowania.

;

Udostępnij:

Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze