Grupa wolontariuszy z Polski udała się do Nepalu, żeby pomóc w rehabilitacji tamtejszych pacjentów. „Mimo doświadczenia w pracy z dziećmi z niepełnosprawnościami, Nepal odarł do gołej kości moje przekonania i wiedzę na ten temat” – mówi Małgorzata Dachtera, fizjoterapeutka
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyChima mieszkała z rodziną w wiosce w górach, amputowano jej nogę po tym, jak spadło na nią palenisko. Mąż wyrzucił ją z domu, bo była już nieprzydatna. Z wielkim trudem dotarła z gór do Katmandu i trafiła do ośrodka Medical Rehabilitation Organization (MeRO), który pomaga osobom po amputacji.
Polska grupa Kathmandu Therapy Camp (KTC) przywiozła dla Chimy protezę. Kilka dni po jej dopasowaniu, po kobietę przyjechał mąż i zabrał ją z powrotem do domu, bo znów była „przydatna”.
Navaraj z żoną zaciągnęli pożyczkę na wyjazd do pracy w Bombaju w Indiach. We wsi w zachodnim Nepalu zostawili dzieci chodzące do szkoły. On zatrudnił się jako ochroniarz, ona jako pomoc domowa. Oszczędzali pieniądze, by móc wysłać najstarszego syna na studia. Część wysyłali do domu na bieżące utrzymanie. Jednak po kilku miesiącach, podczas obchodu w nowo wybudowanym budynku Navaraj spadł z czwartego piętra.
Złamał kręgosłup i nogę. Musiał przejść poważną operację, na którą zapożyczył się u znajomych i krewnych, bo pracodawca zapłacił zaledwie ułamek kwoty. Noga nie goiła się dobrze, doszło do zakażenia, konieczna była amputacja. Navaraj olbrzymim nakładem sił i środków wrócił do Nepalu, jego żona została w Indiach, by utrzymywać rodzinę. Mężczyzna szukał dalszej pomocy w szpitalu w Dhangadhi. Okazało się, że do amputowanej kończyny wdarła się kolejna infekcja. W tym stanie pacjent trafił do MeRO w Katmandu. Konieczna była amputacja powyżej kolana. Polacy z KTC niebawem przywiozą mu protezę.
14-letni Shiva trafił do sierocińca jako kilkulatek z mózgowym porażeniem dziecięcym. Nie chodził (poruszał się pełzając po podłodze), nie mówił, był zaczepny wobec innych dzieci, niechętny do pracy z ciałem. Opiekunowie nazywali go trudnym przypadkiem, nie mieli pomysłu na jego rehabilitację, więc głównie leżał, miał zaspokajane podstawowe potrzeby. Po dwóch tygodniach indywidualnej pracy z fizjoterapeutką z KTC zaczął się otwierać i współpracować. Trzy miesiące później zaczął chodzić.
W nepalskich wsiach niektórzy rodzice przywiązują swoje dzieci z niepełnosprawnością (zarówno fizyczną, jak i psychiczną) do drzewa albo kamienia w kącie domu, chcąc uchronić je przed niebezpieczeństwem, np. wejściem do ogniska czy upadkiem w przepaść w górach. Dzieci głównie leżą, są karmione. A zdarzają się przypadki, że wolontariusze muszą wyciągać je z klatek. Rodzice nie mają świadomości i wiedzy, jak mogliby pomóc swoim dzieciom.
Większość z nich uznaje, że wypadek, choroba czy niepełnosprawność to karma.
Najwidoczniej bóstwa tak chciały, tak miało być, więc nie można się temu sprzeciwiać. Tę wiarę potęguje powszechne ubóstwo, bo Nepal jest jednym z najbiedniejszych krajów świata. Średni zarobek wynosi tam 250 dolarów miesięcznie.
– Rodzice często cieszą się, gdy jakaś organizacja pomocowa zabierze ich dziecko z niepełnosprawnością, bo to oznacza o jedną osobę mniej do wykarmienia w wielodzietnej rodzinie. Mieszkańców szeroko pojętego Zachodu to porusza i budzi sprzeciw, ale my nauczyliśmy się nie mierzyć zachodnią miarą ludzi z innego świata, kultury, z inną percepcją duchowości i życia w ogóle. Lecimy tam wykonać jak najlepiej pracę, na której się znamy – mówi dr Marian Majchrzycki, osteopata z Poznania, który od 10 lat organizuje Kathmandu Therapy Camp, czyli coroczne, kilkutygodniowe wyjazdy do Nepalu grupy m.in. fizjoterapeutów, osteopatów, lekarzy, neurologopedów, studentów.
W gronie 30-40 wolontariuszy z Polski, który w lutym po raz kolejny wyjechali do Nepalu, są nie tylko fizjoterapeuci i osteopaci, ale także lekarze rodzinni, ortopedzi, neurologopedzi, trenerzy, studenci, a nawet osoby zupełnie niezwiązane z branżą medyczną. Te ostatnie skupiają się na działaniach organizacyjnych, dbaniu o relacje społeczne, dzielą się unikalnymi kompetencjami (jak skrzypaczka, która prowadziła zajęcia z arteterapii). Wszyscy uczestnicy Kathmandu Therapy Camp pracują w Nepalu bez wynagrodzenia, sami finansują swoją podróż i pobyt na miejscu (prowadzą jednak zbiórki na zakup zaopatrzenia medycznego i dopasowanie protez – tu link do zrzutki).
Polscy specjaliści pomagają na miejscu dzieciom i dorosłym z niepełnosprawnościami ruchowymi – wrodzonymi, po trzęsieniach ziemi czy wypadkach. W Nepalu dla takich osób nie ma żadnych udogodnień, można zapomnieć o niskich krawężnikach czy windach. Nie istnieje też publiczny system opieki zdrowotnej, co oznacza, że za leczenie trzeba słono płacić, a zaopatrzenie ortopedyczne czy rehabilitacja nie są przyznawane z automatu. W praktyce osoby z niepełnosprawnościami bardzo rzadko mają dostęp i pieniądze na wózek, protezę czy fizjoterapię. Większość życia spędzają bez ruchu, w bólu, z napięciami i deformacjami ciała.
– Mimo wieloletniego doświadczenia w pracy z dziećmi z niepełnosprawnościami, Nepal odarł do gołej kości moje przekonania i wiedzę na ten temat – mówi Małgorzata Dachtera, fizjoterapeutka i terapeutka integracji sensorycznej, która leci do Katmandu trzeci raz. – Na początku najtrudniej było mi pozbyć się zachodniego mentalu. Tam nawet tryb pracy jest zupełnie inny. Umawiasz się z kimś na godzinę, a on przychodzi godzinę wcześniej albo trzy później i nikogo to nie dziwi. Prosisz o organizację czegoś wcześniej, a przygotowania i tak rozpoczynają się, dopiero gdy przyjdziesz.
Takie podejście nie wynika z lekceważącej postawy. Nepalczycy żyją z dnia na dzień, przywiązując większą wagę do życia duchowego niż materialnego, pozostając pod dużym wpływem natury, która często funduje w tym rejonie świata kataklizmy. Stąd też wiele osób z niepełnosprawnościami.
Małgorzata Dachtera zajmuje się w Katmandu terapią dla dzieci i szkoleniem personelu w sierocińcu New Life Nepal. To długofalowa współpraca, prowadzona także na odległość po powrocie do Polski. Od 2025 r. KTC finansuje zatrudnienie na stałe fizjoterapeutki, której wcześniej w ośrodku nie było.
– Gdy przyjechałam do sierocińca pierwszy raz, pod jego opieką było około dwadzieściorga dzieci, większość z niepełnosprawnością ruchową, duża część nieumiejąca samodzielnie się poruszać. A rehabilitacja była prowadzona na drugim piętrze budynku z marmurowymi schodami, bez windy – wspomina Gosia. – Gdy zapytałam o dokumentację medyczną jednego pacjenta, dostałam dwie kartki, a gdy poprosiłam o więcej, dostałam dwadzieścia kartek. To była cała dokumentacja wszystkich podopiecznych.
Wielu z nich to dzieci niezdiagnozowane, z nieznaną historią choroby czy przebiegiem wypadku, z traumatyczną historią rodzinną. Dzięki obecności KTC warunki i sam sposób pracy w New Life Nepal się poprawiają. Przykładem jest wspomniana historia 14-letniego Shivy, z którym lokalni terapeuci nie potrafili pracować, a kadra sierocińca wykluczała go ze społeczności. Gdy Gosia Dachtera poświęciła mu maksimum uwagi, zaczęły dziać się cuda. Chłopiec (mimo swojej niewerbalności) zaczął nawiązywać relację i ćwiczyć ciało. Opiekunowie podążyli za wskazówkami Polki i po trzech miesiącach Shiva chodził. Po roku czekał na fizjoterapeutkę uspokojony emocjonalnie, aktywny w komunikacji, chętny do zabawy z innymi dziećmi.
– Tak zwany trudny przypadek to nie powód do wykluczenia, ale do szukania innego sposobu dotarcia – uważa Małgorzata Dachtera. –
Shiva najbardziej potrzebował zauważenia przez dorosłych – nie jego potrzeby chodzenia, ale potrzeby relacji i bliskości. Jestem ciekawa, jakiego chłopca spotkamy w tym roku.
Specjaliści z KTC stworzyli dla Shivy ortezy, które w trakcie odpoczynku mają poprawnie profilować wykrzywione stopy.
Co roku uczestnicy wyjazdu dostarczają do stolicy Nepalu tyle zaopatrzenia ortopedycznego, ile uda się przewieźć w samolocie. Najpierw zbierają pieniądze, a także używane protezy (których w Polsce zgodnie z prawem nie można przekazać kolejnej osobie), potem pakują je – zamiast swoich ubrań – do bagażu. Podobnie z wózkami dla osób z niepełnosprawnością – siadają na nich w drodze do samolotu. Do tej pory dostarczyli do Katmandu kilkaset sztuk różnego zaopatrzenia – wózków, balkoników, kul, protez kończyn dolnych, cewników, poduszek przeciwodleżynowych. Plan na wyjazd w lutym 2026 r. było zdobycie i dopasowanie minimum 15 protez. Jedna z nich jest dla Navaraja, który uległ wypadkowi podczas pracy w Indiach.
– Mężczyzna pracuje w MeRO z fizjoterapeutką, by przygotować kikut nogi do protezy – wyjaśnia dr Marian Majchrzycki. – Gdy przyjedziemy, sprawdzimy stan nogi oraz kręgosłupa, wraz z protetykiem dopasujemy protezę i rozpoczniemy rehabilitację z nauką chodzenia.
Zaopatrzenie medyczne z Polski trafia do trzech ośrodków – sierocińca New Life Nepal, Medical Rehabilitation Organization, czyli centrum koordynującego pomoc dla osób po amputacjach oraz Bodhisattvas In Action, czyli ośrodka, w którym przebywa kilkadziesiąt osób z uszkodzonym rdzeniem kręgowym.
W tych punktach specjaliści z KTC prowadzą codziennie terapię indywidualną i grupową, masaże, działania medyczne, zajęcia neurologopedyczne, rozpisują plan długofalowej rehabilitacji. Organizują też mobilny punkt terapeutyczny pod stupą (buddyjskim miejscem kultu) przyciągającą codziennie tłumy. Tu do namiotu terapeutów przychodzą głównie osoby starsze. Sąsiadka przekazuje sąsiadce, że jeśli bolą ją plecy albo łokieć, to załoga KTC znów masuje.
Co roku ściśle współpracuje też z Sowa Rigpa International College, czyli uczelnią tradycyjnej medycyny tybetańskiej. Jej studenci wspierają działania polskich wolontariuszy, a Polacy prowadzą u nich wykłady pokazujące zachodnie podejście do wielu zagadnień medycyny.
– Wymieniamy się doświadczeniami, tworzymy pomost pomiędzy wschodnim i zachodnim podejściem, co w Nepalu jest traktowane zupełnie naturalnie – mówi Natalia Felberg-Ulanowska, lekarka rodzinna, fitoterapeutka, która w Katmandu opiekuje się osobami z przewlekłymi ranami, prowadzi terapię bańkami, odpowiada za logistykę zakwaterowania i zaopatrzenie medyczne. – Prowadzimy zajęcia z pierwszej pomocy, by nauczyć przeciętnego mieszkańca Nepalu, co robić na wypadek trzęsienia ziemi czy innego kataklizmu. Wiemy, że po naszym wyjeździe uczelnia dalej realizuje ten pomysł, a także organizuje mobilny punkt terapii. Mobilizujemy siebie nawzajem, co jest wartością dodaną tych wyjazdów – dodaje lekarka.
– To nie jest ckliwa opowieść o bogatych herosach z Zachodu, którzy jadą do biednego, brudnego świata. Hasło „Be helpful. Be happy” nawiązuje do tego, że z jednej strony chcemy być pomocni i pożyteczni, a z drugiej takie działanie daje po prostu szczęście tym, którzy to robią – mówi Tomasz Lisiecki, współorganizator Kathmandu Therapy Camp, były dziennikarz i korespondent wojenny, dziś właściciel agencji PR.
Paulina Tomal przyznaje, że po każdym powrocie z Katmandu, dochodzi do siebie przez miesiąc. Zawsze bogatsza – zawodowo i mentalnie.
A Małgorzata Dachtera dodaje: Zderzenie z Nepalem najpierw robi sieczkę z mózgu, a potem porządek w kręgosłupie moralnym.
Dziennikarka, redaktorka, politolożka. Poznanianka. W latach 2009-2016 pracowała w dzienniku Głos Wielkopolski, zajmując się tematami politycznymi i społecznymi. Po kilku latach przerwy wróciła do pisania, współpracując m.in. ze Stowarzyszeniem Mediów Lokalnych. Dziś zdecydowanie bliżej jej do tematów społecznych, psychologicznych i edukacyjnych niż polityki.
Dziennikarka, redaktorka, politolożka. Poznanianka. W latach 2009-2016 pracowała w dzienniku Głos Wielkopolski, zajmując się tematami politycznymi i społecznymi. Po kilku latach przerwy wróciła do pisania, współpracując m.in. ze Stowarzyszeniem Mediów Lokalnych. Dziś zdecydowanie bliżej jej do tematów społecznych, psychologicznych i edukacyjnych niż polityki.
Komentarze