Wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Stanisław Szwed twierdzi, że nasz kraj jest w czołówce europejskich krajów jeśli chodzi o wydatki na politykę prorodzinną. Czy to jednak wpływa na dzietność?


Przekazując ponad 3 proc. PKB na wsparcie dla rodzin, jesteśmy w czołówce Europy.

Stanisław Szwed, RadioMaryja.pl - 31/08/2017


Jesteśmy w czołówce. Ale polityka rodzinna jest prowadzona trochę na ślepo


Wiceminister Stanisław Szwed w Telewizji Trwam stwierdził, że Polska przeznacza na politykę prorodzinną ponad 3 proc. PKB, co plasuje nas w europejskiej czołówce. Niestety, najświeższe dane Eurostatu, instytucji, która bada skalę tych wydatków w Unii Europejskiej, są za rok 2014. Wtedy statystyczne państwo europejskie wydawało na ten cel średnio 2,4 proc. PKB. Polska jedynie 1,5 proc. Ale to było zanim ruszył program PiS, czyli 500 plus.

Według przedstawionego w marcu przez Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej dokumentu „Przegląd systemów wsparcia rodzin” wydatki z budżetu na politykę prorodzinną w Polsce w 2017 roku miały sięgnąć 3,11 proc. PKB. W tym samym dokumencie jednak ministerstwo szacuje, że w roku 2014 Polska przeznaczała na politykę prorodzinną 1,75 proc. PKB (a nie 1,5 jak wynika z danych Eurostatu). Różnice wynikają z odmiennych metodologii stosowanych przez obie instytucje. Dane są jednak zbliżone i można poczynić ostrożne porównania.



W 2014 roku jedynie Niemcy, Luksemburg, Finlandia i Szwecja na politykę prorodzinną przeznaczały więcej niż 3 proc. swojego PKB. Nawet jeżeli założymy, że część europejskich krajów zwiększyła od tego czasu nakłady, to rację ma wiceminister Szwed mówiąc, że jesteśmy w europejskiej czołówce.

O awansie Polski do czołówki państw UE możemy przeczytać również w raporcie PwC z listopada 2016 roku. Analitycy określili średnią kwotę bezpośredniej pomocy państw UE w zakresie ulg na dzieci i świadczeń rodzinnych na 9 806 zł rocznie. Polska zajęła 13 miejsce wśród wszystkich krajów wspólnoty z kwotą 8 224 zł. Biorąc jednak pod uwagę poziom wsparcia w porównaniu do średniego wynagrodzenia znaleźliśmy się na 4 miejscu w Unii. Jak zaznaczają analitycy PwC – to awans rok do roku o 16 pozycji.



Ważna jest nie tylko wysokość środków, ale również określenie celów takiej polityki oraz precyzyjne kierowanie pomocy. Na tę kwestię wskazywał nie tylko PwC, ale również Najwyższa Izba Kontroli w raporcie o polityce prorodzinnej.

„Nie zostały określone ramy polityki rodzinnej oraz nie sprecyzowano jej celów i powiązanych z nimi zadań. Brakuje również systemu analizy osiąganych efektów w powiązaniu z ponoszonymi nakładami”

– mogliśmy przeczytać na stronie instytucji.

I tak na przykład, jeżeli przyjrzymy się dzietności, to okaże się, że poziom wydatków na politykę rodzinną nie przynosi tych samych rezultatów we wszystkich krajach. Według NIK, na Węgrzech, które przeznaczały na ten cel 2,9 proc. PKB, współczynnik dzietności w 2011 roku wynosił 1,26. W Czechach natomiast, gdzie przeznaczano na politykę prorodzinną 1,2 proc. PKB, dzietność wynosiła 1,43. W tym samym czasie współczynnik dzietności dla Polski wynosił około 1,3 przy nakładach na politykę rodzinną rzędu 1,3 proc. PKB.

Jednak nawet jeśli współczynnik dzietności wzrósłby za sprawą 500 plus (na razie mamy tylko wzrost liczby urodzeń, i nie wiadomo czy przełoży się to na wzrost dzietności), nie oznaczałoby to, że Polska przestałaby się wyludniać. Po pierwsze zastępowalność pokoleń gwarantuje dzietność na poziomie 2,1. Po drugie według prognoz Eurostatu współczynnik dzietności w Polsce do 2060 roku powinien wzrosnąć z dzisiejszych ok. 1,3 do 1,7. Mimo tego, że wzrośnie współczynnik dzietności – w 2060 roku będzie się rodzić mniej dzieci niż obecnie. Skąd się bierze ten paradoks? Współczynnik dzietności określa liczbę urodzonych dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku rozrodczym (15-49 lat). W 2060 będzie po prostu mniej kobiet, które będą mogły rodzić dzieci.

Czyli tak czy inaczej, Polska będzie się wyludniać, możemy mieć wpływ tylko na tempo – wolniejsze lub szybsze – tego procesu.



W Polsce w 2016 roku rzeczywiście wzrosła liczba urodzeń. Według GUS zarejestrowano wtedy 382 tys. żywych urodzeń, o 13 tys. więcej niż w roku poprzednim. Czy możemy to przypisać programowi 500 plus? Trudno powiedzieć. Żadna instytucja  nie badała czy te urodzenia mają związek z programem.

Być może wynikało to z poprawiającej się sytuacji na rynku pracy. Według Diagnozy Społecznej (Irena Kotowska, 2014), wśród głównych powodów odwlekania decyzji o rodzicielstwie były złe warunki materialne, brak pracy i niepewność oraz złe warunki mieszkaniowe.

Tu kłaniają się konkluzje raportu NIK – brakuje systemu analiz osiąganych efektów. Zapewne wzrost liczby urodzeń był spowodowany kilkoma nakładającymi się na siebie czynnikami, w tym polityki prorodzinnej.

Jeżeli popatrzymy na to kosztowo,

to nawet jeżeli przypiszemy te 13 tys. „nadliczbowych” urodzeń programowi 500 plus, który kosztował w 2016 roku ok. 17 mld, to okaże się, że zapłaciliśmy strasznie dużo za każdego bobasa: 1,3 mln zł.

Jednak należy pamiętać o tym, że program ruszył w kwietniu, więc część osób mogła się zdecydować na urodzenie później. Być może w 2017 roku wzrost urodzeń względem 2015 roku będzie znacznie wyższy. Ale znów, zapewne nie będziemy mieć pewności czy jest on wynikiem programu 500 plus.



Mamy powody by przypuszczać, że program sprawdził się nieźle w redukcji ubóstwa, zwłaszcza wśród dzieci. „W 2016 r. zaobserwowano istotną poprawę sytuacji gospodarstw domowych z dziećmi do lat 18. Skutkiem tego był widoczny spadek zasięgu ubóstwa skrajnego wśród dzieci w wieku 0-17 lat (z 9% w 2015 r. do nieco mniej niż 6% w 2016 r.)” – czytamy w opublikowanym w czerwcu 2017 raporcie GUS.

Nie wiemy na jaką część tego trendu miał wpływ program 500 plus, jednak od wielu lat sytuacja dzieci ubogich prezentowała się bardzo podobnie, więc możemy ostrożnie zakładać, że program, jako transfer socjalny polepszający warunki życiowe ludzi, sprawdził się całkiem nieźle.


Abonament na wolność słowa


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym