Prawa autorskie: Łukasz Cynalewski / AgencjŁukasz Cynalewski / ...
07 lutego 2020

Polska rajem dla alimenciarzy. "Były mąż ma 60 tys. długu i śmieje się w twarz sądowi"

"Były mąż jest kierowcą tira, pracodawcy zatrudniali go na czarno albo na umowy zlecenie in blanco. Oficjalnie gdy komornik wnosił o zajęcie pensji twierdzili, że nikt taki u nich nie pracuje" - mówi OKO.press Marta, matka dwóch nastolatek, która od 5 lat bezskutecznie walczy z byłym partnerem i państwem o alimenty. Dług przekracza już 60 tys. zł

Pracują na czarno, ukrywają dochody. Pomagają im pracodawcy, czasem rodziny. Tak od lat unikają odpowiedzialności alimenciarze. W 2019 roku ich dług wobec dzieci przekroczył 12 mld zł. To jedna czwarta wydatków budżetu centralnego na edukację. Jak to możliwe, że państwo wciąż jest bezradne?

Praca na czarno lub in blanco

Marta rozwiodła się z mężem w 2015 roku. Od tego czasu samodzielnie wychowuje dwie nastoletnie córki. Sąd rodzinny orzekł o winie mężczyzny. „W domu był alkohol, groźby, fizycznie i psychiczne znęcanie się” — opowiada Marta, ale nie to ciąży rodzinie najbardziej. Mimo zasądzonych alimentów - 650 zł na każde dziecko - były mąż, jak kilkaset tysięcy dłużników alimentacyjnych w Polsce, sam nie płaci dzieciom ani złotówki.

„Na początku nie dostawałyśmy nic” — mówi Marta. Sprawę zgłosiła do komornika, ale ten rozkładał ręce. „Przepisy pozwalały mu raz na pół roku sprawdzić w ZUS-ie, czy mąż nie jest ubezpieczony. To jedyne, co robił” - opowiada kobieta. Dlatego sama szukała pracodawców i adresu zamieszkania. Gdy namierzała byłego męża, informowała komornika, a ten wysyłał zajęcie.

Próbowała też kontaktować się z pracodawcami. „Były mąż jest kierowcą tira, pracodawcy zatrudniali go albo na czarno albo na umowy zlecenie in blanco.

Oficjalnie gdy komornik wnosił o zajęcie pensji twierdzili, że nikt taki u nich nie pracuje, a gdyby ktoś wywęszył przekręt, mogliby wpisać inną datę w dokumentach"

— mówi Marta.

Przepisy sobie, alimenciarze sobie

Do 2017 roku przepisy były tak mętne, że ściganie dłużników było właściwie niemożliwe. Art. 209 kodeksu karnego, mówiący o uchylaniu się od obowiązku alimentacyjnego, dopuszczał odpowiedzialność w przypadku „uporczywego” niepłacenia. W praktyce wystarczyło co miesiąc łożyć symboliczną złotówkę, by uniknąć postępowania. Tak alimenciarze hakowali system.

Sytuację miało zmienić zaostrzenie przepisów kodeksu karnego. W teorii od 2017 roku wystarczą trzy miesiące zaległości, by uruchomić całą machinę dyscyplinującą - od wezwań do prokuratury, przez automatyczny wpis do BIG i utratę zdolności kredytowej, aż po skierowanie na roboty publiczne lub odebranie prawa jazdy.

W ostateczności, gdy dłużnik naraża rodzinę na niezaspokojenie podstawowych potrzeb, sąd może zdecydować o ograniczeniu lub pozbawieniu wolności do 2 lat.

§ 1. Kto uchyla się od wykonania obowiązku alimentacyjnego określonego co do wysokości orzeczeniem sądowym, ugodą zawartą przed sądem albo innym organem albo inną umową, jeżeli łączna wysokość powstałych wskutek tego zaległości stanowi równowartość co najmniej 3 świadczeń okresowych albo jeżeli opóźnienie zaległego świadczenia innego niż okresowe wynosi co najmniej 3 miesiące, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. § 1a. Jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 naraża osobę uprawnioną na niemożność zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Ministerstwo Sprawiedliwości chwaliło się natychmiastową poprawą skuteczności egzekucji - z 19 proc. w 2016 roku do 34 proc. w 2018. Jednak resort Zbigniewa Ziobry porównuje ściągalność z kwotami wypłat z Funduszu Alimentacyjnego.

Na ponad milion dzieci, które nie dostają alimentów, w 2018 roku uprawnionych do korzystania z Funduszu było zaledwie 241 tys. osób.

To wina dramatycznie niskiego progu dochodowego, który do 1 października 2019 roku wynosił 750 zł na osobę w rodzinie. Dziś, po skromnej waloryzacji, wynosi 800 zł.

"Pracuję siedem dni w tygodniu. Od poniedziałku do piątku w urzędzie. Co miesiąc na rękę dostaję 2200 zł. Weekendowo dorabiam w usługach. Inaczej nie utrzymałabym rodziny. Średnia zarobków, do której wliczają się też półroczne premie, dyskwalifikuje mnie z możliwości ubiegania się o pieniądze z Funduszu Alimentacyjnego" — tłumaczy Marta.

Państwo działa tylko, gdy ma interes

Jeśli rodzina nie pobiera pieniędzy z Funduszu, państwo nie ma interesu ścigania dłużnika. Co trzy miesiące, gdy mija kolejny okres niepłacenia, Marta sama zgłasza sprawę do prokuratury. Na przesłuchaniu na policji musi wykazać dochody i wydatki, a najlepiej podać wszystkie dane dłużnika. „Słyszałam wprost, że jeśli nie przedstawię adresu, sprawa utknie. Znów to ja muszę się szarpać i wyręczać państwo” — opowiada.

Pierwszy raz sąd zaocznie wydał wyrok sześciu miesięcy ograniczenia wolności i 30 godzin prac społecznych. Minęły trzy miesiące, mężczyzna nie odpracował zasądzonej kary, więc trafił do więzienia. „Pracował tam jako fryzjer. Zarabiał 100 zł miesięcznie. Z tego odciągano podatki i wydatki na kasę więzienną.

Gdy wyszedł po 9 miesiącach dziewczynki dostały 9 zł 40 groszy"

— mówi Marta.

I dodaje, że gdy dłużnik jest w więzieniu, nie ma możliwości upominania się o alimenty, bo ten nie podejmuje zwyczajnej pracy dochodowej. „To absurd. System absolutnie mi nie pomaga. Jedyną zaletą pozbawienia wolności jest to, że na chwilę mam pewność, że dziewczynki mogą bezpiecznie chodzić po ulicy".

Po wyjściu z więzienia nic się nie zmieniło. Mężczyzna nie płacił, ukrywał dochody. Marta znów zawiadomiła prokuraturę, a sąd po wniosku kobiety od razu zasądził karę dwóch lat pozbawienia wolności. Za dobre sprawowanie wyszedł po 9 miesiącach. „W tym czasie pracował w firmie zewnętrznej. Komornik wysyłał mi co miesiąc 100 zł” — opowiada Marta.

Dług przekroczył 60 tys. zł

„Mówią nam, że pomoże świadczenie 500 plus. Wie pan, ile to jest 500 zł? Jedna wizyta u okulisty” — opowiada Marta. Gdy wniosła do sądu sprawę o podwyższenie alimentów, usłyszała wprost, że przecież dzieci nie muszą mieć telefonów, internetu, a ubrania można kupować w sklepach z odzieżą używaną.

„Dlatego pracuję na dwa etaty. Nie chcę, żeby córki czuły się gorsze niż ich rówieśnicy z pełnych rodzin. Jedna kocha śpiew, druga taniec. Mam wybierać co miesiąc, której opłacić zajęcia? To wszystko bardziej niż niesprawiedliwe. Pewnie, wolałbym spędzać weekendy z córkami, ale państwo nie daje mi wyboru. Żeby nie odstawać, muszę pracować. Ciągle” — mówi.

Po 5 latach dług alimentacyjny byłego męża przekroczył 60 tys. zł.

„Absolutnie nie mam nadziei na odzyskanie pieniędzy. Liczę, że wydarzy się cud i w pewnym momencie, będę dostawać od państwa albo byłego męża bieżące zobowiązanie. Nowe przepisy może wywierają naciski na tych, których dochody są legalne. Inni pozostają wciąż w szarej strefie i mogą śmiać się w twarz wymiarowi sprawiedliwości” — dodaje.

W rodzinach, takich jak Marty, którym państwo nie pomaga w żaden sposób, wychowuje się ponad 750 tys. dzieci.

Imię bohaterki zmienione.

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne