0:00
Prawa autorskie: Agata Grzybowska / Agencja GazetaAgata Grzybowska / A...
07 grudnia 2017

Polska przed Trybunał Sprawiedliwości za odmowę przyjęcia uchodźców od Włoch i Grecji. Grożą nam ogromne kary

Komisja Europejska ogłosiła, że pozywa Polskę, Czechy i Węgry za odmowę przyjęcia uchodźców z tzw. procedury relokacyjnej. To już ostatni – trzeci – etap procedury dyscyplinującej za złamanie prawa unijnego, czyli decyzji Rady Europejskiej z 2015 roku. Grożą nam ogromne kary finansowe

Wydrukuj

Decyzję o przeniesieniu części uchodźców z Włoch i Grecji do pozostałych państw członkowskich UE podjęła jesienią 2015 roku Rada Europejska, czyli najwyższy organ władzy w UE. Rada składa się z szefów rządów i głów państw. Decyzja Rady Unii Europejskiej (każda decyzja Rady staje się obowiązującym prawem) została podjęta na podstawie art. 78.3 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Dotyczy on pomocy krajom członkowskim, które znajdują się w sytuacji kryzysowej. W tym wypadku kryzys został spowodowany gwałtownym napływem uchodźców z Syrii, Iraku i Afganistanu. Samo przenoszenie uchodźców nazwano relokacją.

W imieniu polskiego rządu w Radzie Europejskiej brała udział premier Ewą Kopacz. Jej rząd PO-PSL był bardzo niechętny przyjmowaniu uchodźców i w końcu zgodził się na przyjęcie ponad 6 tys. osób. I to ta liczba - według Komisji Europejskiej - obowiązuje Polskę.

Według danych Komisji Europejskiej z 9 listopada 2017, państwa członkowskie przyjęły w ramach relokacji 31 tys. osób (10 tys. z Włoch i 21 tys. z Grecji).

PiS: relokacja uchodźców zagraża bezpieczeństwu Polaków

Konfliktu z Komisją Europejską i pozwu można by uniknąć, gdyby polski rząd zgodził się przyjąć chociaż kilkudziesięciu uchodźców - twierdzą brukselscy eksperci. Nie zostały pozwane inne kraje, które przyjęły mniej - czasami znacznie mniej - uchodźców, niż zadeklarowały. Tymczasem politycy PiS uparcie powtarzają, że uchodźcy z relokacji byliby zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski i nie przyjęli ani jednego. OKO.press wielokrotnie tłumaczyło, że uchodźcy z relokacji byliby najstaranniej prześwietlonymi cudzoziemcami przekraczającymi granice Polski bo:

  • procedura relokacji obejmuje tylko osoby z kilku państw, których lista jest stale aktualizowana przez Komisję Europejską – obecnie są to Syria, Bahrajn, Erytrea i Jemen. Są to osoby, które według prawa międzynarodowego są uchodźcami: uciekające z powodu zagrożenia zdrowia lub życia, często z terenów objętych działaniami zbrojnymi,
  • kandydaci do relokacji są podwójnie sprawdzani: najpierw przez urzędników unijnych, a potem przez urzędników kraju członkowskiego, który miałby ich przyjąć. W przypadku Polski odpowiedzialny za to jest Urząd ds. Cudzoziemców, który może przyznać konkretnym osobom którąś z form ochrony międzynarodowej,
  • w maju 2016 roku rząd PiS wprowadził poprawki do ustawy o udzielaniu cudzoziemcom ochrony na terytorium RP, zakładające, że każdy uchodźca przybywający do Polski w ramach relokacji będzie prześwietlony trzykrotnie (już po pierwszej kontroli przez urzędników unijnych): przez policję, Straż Graniczną i ABW. Jeśli którakolwiek z tych instytucji uznałaby daną osobę za zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego, nie zostałaby ona przyjęta (art. 86 Ustawy o cudzoziemcach). To oznacza, że polski rząd ma faktyczną wolność w ustalaniu, kto stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.

Oczywiście, zawsze jest ryzyko, że do Polski trafiłby terrorysta – ale równie wysokie jest ryzyko, że taka osoba przyleci do Polski samolotem jako turysta.

Przeczytaj także:

Komisja straciła cierpliwość

We wrześniu 2017 polski rząd dostał ostatnią szansę, żeby wypełnić swoje zobowiązania. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej oddalił wtedy skargę Słowacji i Węgier przeciwko mechanizmowi relokacji. Uznał, że procedura relokacji jest prawomocna i proporcjonalna, co oznacza, że wszystkie państwa muszą wypełnić wynikające z niej zobowiązania i przyjąć uchodźców z Włoch i Grecji.

Kilka godzin po ogłoszeniu wyroku komisarz ds. migracji Dimitris Avramopulos zapowiedział, że jeśli Polska, Czechy i Węgry nie zmienią swojego postępowania „w nadchodzących tygodniach”, Komisja jest gotowa skierować sprawę do Trybunału Sprawiedliwości. Wszystkie trzy państwa zignorowały ten apel.

Podstawą prawną procedury dyscyplinującej jest artykuł 258 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Procedura składa się z dwóch etapów – przedsądowego i sądowego. W pierwszym etapie wysyłany jest list z zarzutami, tj. formalne ostrzeżenie – w przypadku Polski, Węgier i Czech ten etap został rozpoczęty 15 czerwca 2017 roku. Następnie wystosowywana jest tzw. uzasadniona opinia. Komisja wysłała ją 26 lipca.

W drugim etapie (sądowym), jeśli dany kraj nie zmienia swojego postępowania i dalej łamie unijne prawo, Komisja może pozwać jego rząd przed Trybunał Sprawiedliwości UE. I to właśnie się stało dziś.

Wyrok TS jest wiążący.

Jeśli kraj się do niego nie zastosuje, Trybunał może na wniosek Komisji nałożyć karę finansową na podstawie art. 260 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej.

Europa nie ma pomysłu na rozwiązanie kryzysu

Otwarcie mówi się w Brukseli o tym, że procedura relokacyjna okazała się nieskuteczna – mało który kraj przyjął taką liczbę uchodźców, do jakiej się zobowiązał (ale tylko Polska, Czechy i Węgry nie przyjęły ani jednej osoby). W sumie objęła 31 tys. uchodźców.

Do tego obowiązkowy charakter relokacji bardzo wzmocnił nastroje populistyczne i ksenofobiczne w naszej część Europy, i posłużył jako polityczne paliwo prawicowym politykom. A kryzys migracyjny wcale się nie skończył.

Według danych UNHCR, w 2017 roku do Europy drogą morską dotarło 160 tys. osób, a w Morzu Śródziemnym utonęło już ponad 3 tysiące osób (stan na 5 grudnia 2017).

Nadal największy ciężar kryzysu spada na Grecję i Włochy – pierwsze kraje, do których docierają migranci i gdzie w związku z tym muszą składać wniosek o azyl (przewiduje to rozporządzenie tzw. Dublin III).

W wyniku umowy UE-Turcja i Włochy-Libia znacznie spadła liczba migrantów, którzy przypływają do Europy – straż przybrzeżna w Turcji i Libii za europejskie pieniądze pilnuje granic i zawraca łódki z migrantami. Nie jest to jednak długoterminowe rozwiązanie, Europa w ten sposób kupuje sobie (tymczasowy i relatywny) spokój.

Ceną za relatywny spokój w Europie jest przymknięcie oczu na rażące łamanie praw człowieka w Turcji i Libii. Migranci przebywający w zamkniętych ośrodkach w Libii są bici, gwałceni i torturowani.

Przedstawiciel ONZ ds. uchodźców nazwał umowę z Libią „nieludzką”, a 15 listopada 2017 CNN opublikował film ze współczesnego „targu niewolników” w Libii, na którym migranci sprzedawani są za 400 dolarów od głowy.

Ponadto, w związku z zamknięciem szlaku bałkańskiego tysiące uchodźców nadal przebywają w obozach przejściowych we Włoszech (116 tys. osób) i Grecji (30 tys. osób, w tym 13 tys. na wyspach – dane UNHCR), często w namiotach, pomimo zbliżającej się zimy.

Poza tym większość osób przypływających do Włoch pochodzi z Afryki subsaharyjskiej i ucieka przed biedą i beznadzieją, a nie wojną i bezpośrednim zagrożeniem życia. W związku z tym nie obejmuje ich procedura relokacji.

Unia Europejska próbuje na różne sposoby poradzić sobie z kryzysem. Podczas ostatniego szczytu Unia Afryka Estonia, która w tym półroczu przewodzi Radzie Unii Europejskiej, zaproponowała 29 listopada 2017 dobrowolną zamiast obowiązkowej relokacji.

Nadal jest aktualna także propozycja Komisji Europejskiej z 2016 r. – stały rozdzielnik (czyli obowiązkowej liczby uchodźców, którą powinien przyjąć każdy kraj członkowski) z karą 250 tys. euro za każdego nieprzyjętego uchodźcę.

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk deklaruje, że ostateczną decyzję przywódcy państw członkowskich podejmą na szczycie w czerwcu 2018.

Trzy pozwy przeciwko Węgrom

Oprócz zbiorowego pozwu przeciwko Polsce, Węgrom i Czechom, Komisja Europejska prowadzi trzy inne procedury dyscyplinujące przeciwko Węgrom:

Komisja przeszła do drugiego etapu procedury. Zdaniem Komisji, ustawa ta jest w sprzeczności z wolnym przepływem kapitału: bardzo ogranicza bowiem możliwość węgierskich NGO-sów do korzystania z zagranicznych grantów. Każda organizacja, która rocznie dostaje powyżej 24 tys. euro, musi oznaczyć się jako "organizacja wspierana przez zagranicę" i publicznie udostępnić szczegółowe informacje o tym, kto i ile pieniędzy wpłacił.

Dodatkowo Komisja argumentuje, że nowe prawo narusza wolność zgromadzeń, prawo do prywatności i ochrony danych wrażliwych, zawartych w Karcie Praw Podstawowych.

Komisja złożyła w tej sprawie pozew do Trybunału Sprawiedliwości. Jej zdaniem, nowe zasady działania uniwersytetów znacząco ograniczają ich autonomię i są niezgodne z prawem europejskim. Głównie nowe prawo jest skierowane przeciw Uniwersytetowi Środkowo-Europejskiemu, założonemu przez fundację Open Society George'a Sorosa.

Zdaniem Komisji, zasady te są niezgodne z trzema europejskimi dyrektywami: 2013/32/UE w sprawie wspólnych procedur udzielania i cofania ochrony międzynarodowej, 2013/33/UE z dnia 26 czerwca 2013 roku w sprawie ustanowienia norm dotyczących przyjmowania wnioskodawców ubiegających się o ochronę międzynarodową, oraz 2008/115/EC w sprawie deportacji nielegalnie przebywających na terytorium obywateli państw trzecich.

Udostępnij:

Monika Prończuk

Absolwentka studiów europejskich na King’s College w Londynie i stosunków międzynarodowych na Sciences Po w Paryżu. Współzałożycielka inicjatywy Dobrowolki, pomagającej uchodźcom na Bałkanach i Refugees Welcome, programu integracyjnego dla uchodźców w Polsce. W OKO.press pisała o służbie zdrowia, uchodźcach i sytuacji Polski w Unii Europejskiej. Obecnie pracuje w biurze The New York Times w Brukseli.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne