Poseł Kowalski domaga się od ministerstw, żeby przedstawiły informacje, ilu cudzoziemców zatrudniają, jakiej są narodowości, w jakich departamentach pracują i do jakich informacji mają dostęp. „Zapytanie posła Kowalskiego powinno wylądować w niszczarce” – mówi nam Katarzyna Kotula, pełnomocniczka rządu ds. równości
9 czerwca poseł Janusz Kowalski z mównicy sejmowej zapowiedział, że przeprowadzi „kontrolę dotyczącą ukrainizacji administracji publicznej”. W tym celu rozesłał do wszystkich resortów interpelacje, w których domaga się podania informacji, ilu cudzoziemców lub osób o podwójnym obywatelstwie pracuje w ministerstwach. Jak argumentuje Kowalski, polityka zatrudniania w administracji publicznej powinna uwzględniać w pierwszej kolejności „interes obywateli”.
„Obywatele mają prawo wiedzieć, jaka jest rzeczywista skala zatrudnienia cudzoziemców w ministerstwach, na jakich zasadach osoby te są przyjmowane do pracy, czy uczestniczą w otwartych i konkurencyjnych naborach oraz w jakim zakresie korzysta się z umów cywilnoprawnych, które nie podlegają takim samym wymogom transparentności jak nabór na stanowiska urzędnicze. Szczególnego znaczenia nabiera również kwestia osób posiadających podwójne obywatelstwo, zwłaszcza w przypadku wykonywania zadań związanych z funkcjonowaniem organów państwa i dostępem do informacji istotnych z punktu widzenia interesu publicznego” – pisze w interpelacji Kowalski.
Były poseł PiS chce wiedzieć, jakiej narodowości są osoby zatrudniane w resortach, w jakich departamentach pracują i na jakich stanowiskach. Domaga się też ujawnienia, czy cudzoziemcy lub osoby o podwójnym obywatelstwie uczestniczą w procesach decyzyjnych, jakie uprawnienia komunikacyjne i teleinformatyczne posiadają, czy posiadają dostępy do baz danych i publicznych rejestrów. Kowalski chce, żeby resorty podały także kwoty przeznaczone na wypłatę wynagrodzeń dla takich pracowników oraz ujawniły, czy w toku rekrutacji przypadkiem nie wyeliminowali oni kandydatów tylko z polskim obywatelstwem.
To nic innego jak cyniczne polowanie na „elementy obce” w administracji publicznej. Nietrudno wyobrazić sobie, w jaki sposób poseł Kowalski wykorzysta informacje udzielone przez resorty. Posłużą mu one do szczucia na cudzoziemców, budowania podziałów społecznych i podkręcania ksenofobicznych nastrojów.
"Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na to, żeby udzielać odpowiedzi. Zapytanie posła Kowalskiego
powinno wylądować w niszczarce" – mówi nam Katarzyna Kotula, pełnomocniczka rządu ds. równości.
„Od polskiej prawicy coraz mocniej czuć zapach faszyzmu. Rozumiem, że ktoś jest wyrachowany, próbuje zbijać kapitał polityczny na emocjach społecznych, a teraz akurat panuje moda na antyukraiński resentyment. Poseł Kowalski wyraźnie chce przejść do historii jako jeszcze większego ekstremum niż Grzegorz Braun. Są jednak granice” – dodaje Kotula.
I przypomina, że w tej sprawie wypowiedział się już jasno premier Donald Tusk. „Nikt nie będzie nikomu grzebał w życiorysach, nazwiskach, pochodzeniu. Mamy 2026 rok, a nie lata 20. i 30. ubiegłego wieku” – mówi polityczka Lewicy.
Kotula nawiązuje do sejmowego wystąpienia szefa rządu z 10 czerwca 2026, w którym ten sprzeciwił się antyukraińskiemu hejtowi w wykonaniu polskiej prawicy. Mówił o „marszu w stronę brunatnego krajobrazu” i ostrzegał, że czystki etniczne obrócą się przeciw każdemu, kto nie jest „Januszem Kowalskim”.
W OKO.press zastanawialiśmy się, na ile premier Donald Tusk sam nie odpowiada za podkręcanie antyukraińskich nastrojów i brunatnienie polskiej sceny politycznej:
Jak dowiadujemy się w jednym z ministerstw,
na ten moment rząd podjął decyzję, aby monitorować sytuację, ale absolutnie nie odpowiadać posłowi Kowalskiemu.
Według radczyni prawnej Karoliny Kędziory z Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego resorty mają formalną podstawę do tego, żeby odmówić odpowiedzi.
„Ministerstwo jak każdy inny pracodawca ma obowiązek przeciwdziałania dyskryminacji ze względu na narodowość i pochodzenie. Z orzecznictwa jasno wynika, że ten obowiązek powinien być traktowany jako efektywna prewencja, która minimalizuje prawdopodobieństwo, że dojdzie do dyskryminacji. Pytanie, o to, kto jest jakiej narodowości, czy o to, czy dana osoba ma dostęp do baz danych – co automatycznie sugeruje, że jest zagrożeniem tylko ze względu na swoje pochodzenie – stoi w sprzeczności z zasadą równego traktowania w miejscu pracy” – mówi Kędziora.
Uchodźcy i migranci
Władza
Janusz Kowalski
cudzoziemcy
dyskryminacja
narracje antyukraińskie
Ukraińcy w Polsce
Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.
Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.
Komentarze