Zabija nawet co drugą zakażoną osobę. Powoduje krwawienia z oczu i uszu. Niszczy organy wewnętrzne w ciągu kilku dni. Ebola – jeden z najgroźniejszych patogenów znanych ludzkości – znów uderzył. Tym razem w odmianie, na którą nie mamy żadnej broni.
5 maja 2026 roku WHO zostało poinformowane o nieznanej chorobie o wysokiej śmiertelności w prowincji Ituri we wschodniej Demokratycznej Republice Konga (DRK). Zaczęli umierać ludzie, w tym pracownicy służby zdrowia, a nikt nie znał przyczyny.
15 maja Kongijski Narodowy Instytut Badań Biomedycznych (INRB) przebadał 13 próbek i potwierdził: 8 z nich zawierało wirusa Bundibugyo – rzadki szczep Eboli, odnotowany w historii zaledwie dwukrotnie.
Dzień później władze DRK oficjalnie ogłosiły 17. epidemię Eboli. Tego samego dnia WHO potwierdziło pierwsze przypadki w Ugandzie – wirus pojawił się w Kampali, stolicy liczącej 1,5 mln mieszkańców, z lotniskiem obsługującym połączenia na cały świat.
17 maja dyrektor generalny WHO, Tedros Adhanom Ghebreyesus, ogłosił stan PHEIC. To najwyższy alarm w hierarchii WHO – taki sam jak podczas COVID-19.
Do 19 maja odnotowano 536 podejrzanych przypadków, 105 prawdopodobnych przypadków i 134 zgony. Eksperci ostrzegają, że rzeczywista skala jest prawdopodobnie znacznie większa. Żeby zrozumieć, dlaczego ten alarm jest tak poważny, trzeba poznać samego wirusa Ebola (EBOV).
26 sierpnia 1976 Mabalo Lokela, dyrektor szkoły w Yambuku – małej miejscowości w ówczesnym Zairze – wrócił z wycieczki nad rzekę Ebola. Miał gorączkę. Miejscowy personel medyczny myślał, że to malaria i podał mu chininę. Nie pomogła. Lokela wkrótce zaczął krwawić z nosa, uszu i dziąseł. Zmarł krótko potem. Pielęgniarki ze szpitala misyjnego prowadzonego przez belgijskie siostry zakonne również zaczęły chorować – a wraz z nimi kolejni pacjenci.
Peter Piot, młody belgijski mikrobiolog, który właśnie skończył studia medyczne, otrzymał z laboratorium w Antwerpii mały plastikowy termos z dwiema fiolkami krwi i odręczną notatką od belgijskiego lekarza pracującego w Zairze. W fiolkach był wirus, którego nauka jeszcze nie znała.
Równocześnie kilkaset kilometrów dalej, w Nzarze, w dzisiejszym Sudanie Południowym, wybuchła identyczna epidemia – wywołana jednak nieco innym wariantem tego samego patogenu. Naukowcy zrozumieli, że mają do czynienia z czymś nowym i niezwykle groźnym.
Spośród 318 zakażonych w Yambuku zmarło 280 osób – śmiertelność sięgnęła 88%. Szpital misyjny, jeden z głównych wektorów zakażeń, bo pielęgniarki wielokrotnie używały tych samych niesterylizowanych igieł przy zastrzykach, musiał zostać całkowicie zamknięty. Prezydent Zairu, Mobutu Sese Seko, ogłosił cały region kwarantanną, zamykając drogi, drogi wodne i lotniska.
Kiedy naukowcy musieli nazwać nowo odkryty patogen, stanęli przed dylematem. Chciano uniknąć napiętnowania Yambuku, bo tak wcześniej stało się z wioską Lassa w Nigerii, której imię nosi inny śmiertelny wirus afrykański.
Karl Johnson, naukowy dyrektor Komisji Międzynarodowej, zaproponował nazwanie wirusa po pobliskiej rzece – Ebola. Reszta komisji zgodziła się. Ale nazwa nie była w pełni trafiona. Jak przyznał sam Piot w swoich wspomnieniach, mapa, którą mieli przed oczami, była niedokładna, a Ebola wcale nie była najbliższą rzeką Yambuku. Zmęczeni naukowcy po prostu tak ją nazwali i tak zostało.
Jeszcze jedna ciekawostka: nazwa rzeki Ebola jest zniekształceniem miejscowego słowa Legbala w języku Ngbandi, oznaczającego „białą wodę” lub „czystą wodę”. Co za ironia, że jeden z najbardziej śmiercionośnych wirusów świata nosi nazwę kojarzącą się z czystością.
Ebola to choroba wywoływana przez grupę wirusów z rodzaju Orthoebolavirus, należących do rodziny Filoviridae (z łaciny: filum – nić). Nazwa rodziny odnosi się do charakterystycznego nitkowatego wydłużonego kształtu wiriona, wyglądającego pod mikroskopem elektronowym jak splątana wstążka. Ebola jest blisko spokrewniona z wirusem Marburg, który wywołał poważne epidemie m.in. w Tanzanii i Gwinei Równikowej.
Znanych jest 6 gatunków z rodzaju Orthoebolavirus: Zaire, Sudan, Bundibugyo, Taï Forest, Reston i Bombali. Spośród nich 4 wywołują chorobę u ludzi.
Reston – odkryty w 1989 roku u filipińskich małp – jest jedynym szczepem, który infekuje ssaki, ale jak dotąd nie wywołuje choroby u ludzi. Bombali odkryto niedawno u afrykańskich owocożernych nietoperzy i jeszcze nie odnotowano u ludzi. Szczep Zaire jest historycznie najgroźniejszy – ze śmiertelnością sięgającą 90 proc. nieleczonych przypadków.
Szczep Sudan był odpowiedzialny za epidemię w Ugandzie w 2022 Bundibugyo, który atakuje teraz, zabija od 30 do 50 proc. zakażonych, co na tle Eboli-Zaire może brzmieć łagodnie, ale w skali globalnej chorób zakaźnych to wciąż niepokojąca wartość.
Ebola jest wirusem RNA – jego materiał genetyczny zakodowany jest w jednoniciowym RNA o ujemnej polaryzacji ssRNA(-). Zbudowany jest z 7 genów kodujących białka wirusowe, w tym glikoproteinę (GP), która odpowiada za wnikanie do komórek gospodarza. To właśnie glikoproteina jest głównym celem, na który ukierunkowane są szczepionki i leki monoklonalne.
Ebola powoduje ciężkie zapalenie i uszkodzenie tkanek w całym organizmie. Należy do grupy gorączek krwotocznych – wirusów, które zaburzają zdolność krwi do krzepnięcia i powodują wewnętrzne krwawienia, gdy krew zaczyna przeciekać z małych naczyń krwionośnych.
Okres inkubacji wynosi od 2 do 21 dni, średnio to 4-10 dni. Przez cały ten czas osoba zakażona nie zaraża – Ebola jest zakaźna wyłącznie po pojawieniu się objawów. To ważna różnica w porównaniu np. z SARS-CoV-2.
Choroba przebiega dwufazowo. Pierwsza faza – „sucha” – to wysoka gorączka, silne bóle głowy i mięśni, skrajne zmęczenie, bóle stawów, utrata apetytu. Po kilku dniach przychodzi faza „mokra”: biegunka, wymioty, bóle brzucha. W cięższych przypadkach dochodzi do masywnych krwawień: z nosa, dziąseł, oczu, uszu, z miejsc po wkłuciach, a nawet z przewodu pokarmowego.
Śmierć następuje zwykle w wyniku wstrząsu spowodowanego utratą płynów – a nie bezpośrednio z powodu krwawień, jak powszechnie się uważa.
Ebola nie przenosi się drogą powietrzną jak wirus grypy czy SARS-CoV-2. EBOV przenosi się wyłącznie przez bezpośredni kontakt z płynami ciała zakażonej osoby – krwią, moczem, kałem, śliną, wymiocinami, potem, nasieniem i mlekiem matki.
Wirus wnika do organizmu przez uszkodzoną skórę lub błony śluzowe – oczy, nos, usta. Co to oznacza? Większość zakażeń przenosi się w kręgu rodziny (opieka nad chorym, mycie ciała, wspólne posiłki) oraz w szpitalach, gdy pracownicy medyczni nie mają odpowiedniego sprzętu ochronnego.
Zwłoki osoby, która zmarła na ebolę, są wyjątkowo zakaźne – tradycyjne ceremonie pogrzebowe, wymagające dotykania i mycia ciała, były w Afryce Zachodniej jednym z głównych mechanizmów rozprzestrzeniania się wirusa podczas epidemii 2014-2016.
Jest też jeden niewygodny szczegół: wirus może przetrwać przez wiele miesięcy w nasieniu mężczyzny, który przeżył zakażenie – nawet po tym, jak pacjent zostaje oficjalnie uznany za wyleczonego. Udokumentowano przypadki ponownego wprowadzenia wirusa do społeczności przez kontakty seksualne z byłymi pacjentami.
Wiadomo, że Ebola jest wirusem odzwierzęcym (zoonotycznym), co oznacza, że pierwotnym rezerwuarem są zwierzęta, nie człowiek. Ważne badanie z 2005 roku opublikowane w Nature przetestowało ponad 1000 małych kręgowców z Gabonu i Republiki Konga. U trzech gatunków owocożernych nietoperzy znaleziono bezobjawowe zakażenie EBOV – co sugeruje, że mogą być głównym rezerwuarem. Nie ma jednak co do tego pewności. Inne gatunki zwierząt (gryzonie, owady, płazy) też były badane, ale żaden nie został jednoznacznie zaklasyfikowany jako pierwotny rezerwuar.
Do pierwszych zakażeń ludzi dochodzi najczęściej przez kontakt z zakażonym zwierzęciem – podczas polowania, pracy w lesie lub spożywania tzw. bushmeat, czyli mięsa dzikich zwierząt. W Afryce Środkowej i Zachodniej bushmeat – mięso małp, antylop, a nierzadko właśnie nietoperzy – jest ważnym źródłem pożywienia dla milionów ludzi. W samej Ghanie rocznie łowi się ponad 100 tys. nietoperzy znanych jako zjawy płowe.
Istotnym czynnikiem, który zwiększa ryzyko kontaktu człowieka z pierwotnym źródłem wirusa, jest wylesianie. Badanie opublikowane w Scientific Reports wykazało, że większość znanych przypadków pierwszego kontaktu człowieka z EBOV (tzw. spillover) miała miejsce na terenie intensywnego karczowania lasów.
Gdy dochodzi do wycinki drzew pod pola uprawne, zwierzęta, które wcześniej żyły daleko od ludzi, zaczynają pojawiać się bliżej osad. Obserwuje się to na całym świecie. W 2007 roku w Kongu myśliwi zabili tysiące nietoperzy, a wioski zostały dosłownie zalane tuszami. W efekcie 260 osób zaraziło się EBOV, z czego 186 zmarło.
Bundibugyo zabija mniej osób niż Zaire, ale ta epidemia rozszerza się szybciej, niż można by się spodziewać. Częściowo to efekt błędu na samym starcie: pierwsze testy terenowe wyszły negatywnie, bo były skalibrowane wyłącznie na szczep Zaire. Zanim ktoś pomyślał o Bundibugyo, wirus zdążył się już rozsiać po kilku regionach.
Do tego medycyna jest dosłownie bezbronna. Na Bundibugyo nie ma żadnego zatwierdzonego leku. Można jedynie utrzymywać chorego przy życiu: nawadniać, podawać leki przeciwgorączkowe, wspomagać oddychanie. To nie walka z wirusem, a z czasem.
Epidemia wybuchła w jednym z najbardziej nieprzystępnych miejsc na Ziemi. Prowincja Ituri od lat jest areną walk grup zbrojnych, w tym Allied Democratic Forces i M23, które ograniczają dostęp ekip medycznych i uniemożliwiają śledzenie łańcuchów zakażeń. Jednocześnie Ituri to ważne centrum wydobycia złota – górnicy, handlarze i uchodźcy przekraczają granicę z Ugandą i Sudanem Południowym codziennie, niemal bez kontroli. Wirus doczepił się do tych wędrówek i trafił do Kampali.
W tle całej epidemii jest jeszcze katastrofa humanitarna. Cięcia w pomocy finansowej osłabiły systemy nadzoru epidemiologicznego, które powinny były wykryć wybuch tygodnie wcześniej – wskazuje Oxfam. Dziesiątki tysięcy przesiedleńców żyje w przepełnionych obozach bez dostępu do czystej wody. To są warunki, w których Ebola czuje się najlepiej.
Przed 2019 rokiem nie istniała żadna zatwierdzona szczepionka przeciw EBOV. Przez ponad cztery dekady od odkrycia wirusa medycyna nie miała w tej dziedzinie dosłownie nic – żadnego narzędzia profilaktycznego, żadnego leku celowanego. Zmieniło się to dopiero pod wpływem epidemii w Afryce Zachodniej, która pochłonęła ponad 11 tys. ofiar i zmusiła rządy oraz przemysł farmaceutyczny do potraktowania Eboli jako realnego zagrożenia globalnego, a nie odległego problemu afrykańskich wiosek.
Pierwszą zatwierdzoną szczepionką jest Ervebo (rVSV-ZEBOV) produkowana przez Merck – dopuszczona przez EMA i FDA w 2019 roku. Szczepionka opiera się na sprytnym pomyśle: wykorzystuje osłabiony wirus pęcherzykowatego zapalenia jamy ustnej (VSV), który sam w sobie jest nieszkodliwy dla człowieka, i zastępuje się w nim jeden gen genem kodującym glikoproteinę wirusa Ebola Zaire. Po podaniu organizm rozpoznaje tę glikoproteinę jako obcą i wytwarza odpowiedź immunologiczną – ucząc się rozpoznawać i zwalczać EBOV, nigdy nie mając kontaktu z prawdziwym wirusem.
W praktycznych warunkach epidemii w DRK w latach 2018-2020 Ervebo chroniła przed zakażeniem w 84 proc. przypadków u osób zaszczepionych co najmniej 10 dni przed ekspozycją. To znaczący przełom, ale z małym zastrzeżeniem: Ervebo działa wyłącznie na szczep Zaire. Drugą dostępną szczepionką jest Mvabea (Ad26.ZEBOV/MVA-BN-Filo) firmy Janssen, zatwierdzona w Unii Europejskiej w 2020 roku, podawana w dwóch dawkach. Ona również chroni jedynie przed Zaire.
Obydwie szczepionki mają poważną wadę: wymagają przechowywania w ściśle kontrolowanych niskich temperaturach. W warunkach afrykańskich stref konfliktu – bez stałego dostępu do prądu, bez sprawnej infrastruktury chłodniczej, w obozach dla uchodźców i odciętych wojną wioskach – to wręcz nierealne. Szczepionka, która psuje się po drodze, nie chroni nikogo.
Jeśli chodzi o leczenie, również tutaj nie mamy pokaźnego arsenału.
WHO rekomenduje dwa zatwierdzone leki monoklonalne: ansuvimab (znany też jako mAb114 lub Ebanga) oraz połączenie atoltivimab/maftivimab/odesivimab (REGN-EB3, Inmazeb).
Oba działają na podobnej zasadzie – wiążą się z glikoproteiną wirusa i blokują jego zdolność do wnikania do komórek. Oba wymagają podania dożylnego, co w warunkach terenowych jest kolejnym utrudnieniem. I oba są bezużyteczne wobec Bundibugyo i Sudanu. Lekarze są zdani wyłącznie na opiekę podtrzymującą: nawadnianie, kontrolę gorączki, wspomaganie oddychania. Badania kliniczne nad leczeniem i szczepionką dla innych szczepów trwają, ale to perspektywa miesięcy, a nie tygodni.
Statystyki mówią o zabitych. Ale co z tymi, którzy przeżyli? Niemal 90 proc. leczonych pacjentów z EBOV doświadcza długotrwałych skutków zdrowotnych. Badania nad ocalonymi z epidemii w Afryce Zachodniej pokazały, że wirus potrafi niszczyć jeszcze przez lata po pozornym wyleczeniu.
Najczęstsze problemy to: bóle stawów, silne bóle głowy i problemy z oczami. Lekarze donoszą o pełnej utracie wzroku u części pacjentów, zapaleniu błony naczyniowej oka (uveitis), utracie słuchu, wypadaniu włosów i chronicznym zmęczeniu. Wirus może przetrwać w niektórych częściach ciała, np. oczach i jądrach, przez długi czas po ogłoszeniu pacjenta „wyleczonym”.
Do tego dochodzą konsekwencje psychiczne: wyleczeni są narażeni na wyższe ryzyko depresji, lęku i PTSD niż ogół społeczeństwa. Przeżyli coś, czego większość ludzi nawet sobie nie wyobraża.
Nie. Wirus Ebola nie wywoła pandemii podobnej do COVID-19. Powód jest banalnie prosty: mechanizm przenoszenia. Wirus potrzebuje bezpośredniego kontaktu z płynami ciała, działa wyłącznie u chorych z objawami, a chorzy na ogół są zbyt słabi, żeby nawiązywać szerokie kontakty społeczne.
Daje to systemom ochrony zdrowia okno czasowe na reakcję. Ale z kolei izolacja geograficzna to złudzenie. Thomas Eric Duncan przyleciał z Liberii do Dallas. Europejscy i amerykańscy wolontariusze wracali zakażeni z Afryki. W 2026 roku zakażony amerykański lekarz misjonarz trafił na leczenie do Niemiec. Każde duże miasto z lotniskiem jest potencjalnym miejscem importu wirusa.
Prawdziwym ryzykiem pozostaje ewolucja. EBOV należy do wirusów RNA, a te mutują stosunkowo szybko. Większość zmian nie ma dla nas znaczenia, ale problem pojawiłby się wtedy, gdyby wirus zyskał cechy ułatwiające transmisję między ludźmi, np. dłuższy okres zakaźności bez objawów albo łatwiejsze przenoszenie przy mniej intensywnym kontakcie. Wtedy klasyczne metody kontroli ognisk, takie jak izolacja chorych i śledzenie kontaktów, stałyby się bezużyteczne.
Na razie nic nie wskazuje, by wirus Ebola zmierzał w tym kierunku, ale każde kolejne ognisko daje patogenowi okazję do zmian.
Biolog, dziennikarz popularnonaukowy, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Autor blisko 10 000 tekstów popularnonaukowych w portalu Interia, ponad 50 publikacji w papierowych wydaniach magazynów „Focus", „Wiedza i Życie" i „Świat Wiedzy". Obecnie publikuje teksty na Focus.pl.
Biolog, dziennikarz popularnonaukowy, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Autor blisko 10 000 tekstów popularnonaukowych w portalu Interia, ponad 50 publikacji w papierowych wydaniach magazynów „Focus", „Wiedza i Życie" i „Świat Wiedzy". Obecnie publikuje teksty na Focus.pl.
Komentarze