W historii lekarza-radnego Dawida Kacprzyka splata się tyle tradycyjnych osi krytyki wobec Koalicji Obywatelskiej, że prawica będzie ją eksploatować zarówno w kampanii wyborczej 2027 roku, jak i w ewentualnej próbie odwołania Rafała Trzaskowskiego w drodze referendum.
Zdarzają się takie polityczne lub związane z polityką afery, które nawet mimo swego obiektywnie ciężkiego kalibru i tego, że wywołują spore poruszenie w świecie dziennikarsko-komentatorskim, nie mają ostatecznie żadnego poważniejszego przełożenia ani na realny układ sił na scenie, ani na poglądy opinii publicznej.
Czasem działa „teflon” w postaci powyborczego kredytu zaufania udzielonego ugrupowaniu, którego afera dotyczy. Czasem opisane przez media lub prokuratorów fakty są zbyt zawiłe i zbyt mało jednoznaczne, by partyjni spin doktorzy mogli łatwo zamienić je w bezpośrednio oddziałującą na wyborców historię.
Czasem zaś działają mechanizmy polaryzacyjne – wyborcy partii, której afera dotyczy, są tak mocno przeświadczeni o apriorycznej słuszności jej racji, a jej przeciwnicy tak pewni tego, że partia ta jest wcieleniem czystego zła, że samo ujawnienie afery niczego nie zmienia – bo nie wpływa na nic poza przekonywaniem już przekonanych.
Zdarzają się jednak i takie afery, które mają potężną moc oddziaływania – i mogą znacząco wpływać na postrzeganie całych obozów politycznych. Czasem nie trzeba do tego wcale zarzutów prokuratorskich ani wielomiliardowych kwot. Wystarczy, że porusza wystarczająco dużo czułych strun, by można było na nich zagrać odpowiednio nośną polityczną melodię.
Z opisaną przez serwis zero.pl historią Dawida Kacprzyka i warszawskiego Szpitala Południowego dokładnie tak właśnie jest. To polityczny samograj dla przeciwników Koalicji Obywatelskiej.
W tej jednej, bulwersującej nawet najbardziej oddanych zwolenników KO, opowieści spotyka się kilka klasycznych osi krytyki tej partii. Te motywy będą powracać — a postać Kacprzyka i „salonik VIP” w warszawskim szpitalu będą regularnie przywoływane w politycznych kampaniach prawicy. Oto dlaczego.
„Złotymi chłopcami Platformy” nazywano u schyłku pierwszych rządów PO w koalicji z PSL rozmaitych, z reguły relatywnie młodych, bardzo obrotnych działaczy partii, którzy wykorzystując rozmaite znajomości i powiązania z platformerską elitą, robili pieniądze na styku biznesu i polityki.
Z reguły nie wiązało się to z niczym, co mogłoby być obiektem zainteresowania organów ścigania, a jednak pachniało brzydko albo bardzo brzydko. Tak właśnie powstawały karykatury słynnej swego czasu frazy „młodzi, wykształceni, z wielkich miast”, którą liberalni publicyści najchętniej opisywali ówczesny elektorat Platformy.
Reprezentowany przez „złotych chłopców” model etycznie wyzwolonych polityczno-biznesowych karier rozwijanych pod skrzydłami partii władzy doskonale się do tego nadawał. I nic, to, że dokładnie te same schematy, za to w znacznie większym natężeniu, można było obserwować również za rządów PiS.
Lekarsko-menedżerska kariera Dawida Kacprzyka dokładnie się w ten wzorzec wpisuje. Młody lekarz bez specjalizacji w budzący zrozumiałe wątpliwości sposób otrzymał stanowisko koordynatora Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w warszawskim Szpitalu Południowym. Pracował też w 3 innych szpitalach. W ten sposób w ciągu jednego tylko roku zarobił 1,6 mln złotych, co daje średnio 133 tysiące zł miesięcznie.
W dodatku te zrozumiałe wątpliwości wydają się tu wyjaśniać bez żadnej pomocy. Szpital jest własnością miasta Warszawy, Warszawą rządzi zaś Koalicja Obywatelska, mająca i prezydenta miasta, i większość w jego radzie. Sam Kacprzyk jest zaś nie tylko lekarzem, ale i radnym KO. Kropki łączą się same — a przynajmniej tak to działa w społecznym odbiorze tej sprawy.
Partyjną karierę Dawida Kacprzyka, której zawdzięczał on i mandat radnego, i zapewne swą nadzwyczajnie wysoką samoocenę szczegółowo opisała w Newsweeku Dominika Długosz.
Zdecydowanie warto zajrzeć do tego materiału, bo bezlitośnie ukazuje on specyfikę i logikę działania otoczenia Marcina Kierwińskiego jako szefa warszawskich struktur KO.
W telegraficznym skrócie: Kacprzyk wyrósł u boku Kierwińskiego, bo pomógł partyjnym władzom w przejęciu pełnej kontroli nad Stowarzyszeniem Młodzi Demokraci, czyli ściśle związaną z Platformą Obywatelską organizacją młodzieżowo-studencką, niebędącą jednak wprost podporządkowaną strukturom PO partyjną młodzieżówką.
Kacprzyk odegrał w tej operacji rolę trochę uczestnika przewrotu pałacowego, a trochę wtyczki starej platformerskiej gwardii w organizacji, która przynajmniej momentami próbowała podążać własną drogą.
Zaznaczmy przy tym, że był to rok 2022 – a więc wciąż epoka rządów Borysa Budki w PO. Czas, w którym Platforma wciąż nie była w stanie w pełni się pozbierać do skutecznej kontrofensywy przeciwko rządom PiS. To, że Młodzi Demokraci momentami się dystansowali od decyzji ówczesnego kierownictwa partii, a momentami próbowali działać na własną rękę, można im w gruncie rzeczy zapisać jedynie na plus.
W nagrodę właśnie za swój udział w pozbawieniu tej organizacji koncesjonowanej niezależności Kacprzyk mógł kandydować do rady Warszawy. Ba, był nawet przymierzany do roli kandydata na posła — co jednak według dziennikarki Dominiki Długosz miał zablokować Radosław Sikorski, nieco zniesmaczony cechami osobowościowymi warszawskiego wunderkinda Platformy.
Otwarty w 2021 roku duży, nowoczesny i znakomicie jak na polskie standardy wyposażony Szpital Południowy to chluba rządów Rafała Trzaskowskiego w Warszawie – do tego stopnia, że Trzaskowski chwalił się nim w trakcie głównej telewizyjnej debaty przed ogólnopolskimi wyborami prezydenckimi w 2025 roku.
Zarazem to jednak inwestycja o bardzo egalitarnym charakterze — szpital jest publiczny, ma służyć mieszkańcom miasta, jest otwarty dla każdego, kto zgłosi się z odpowiednim skierowaniem lub i bez niego — na SOR. Skoro jest zaś publiczny, to zatrudnia się w nim lekarzy na normalnych, obowiązujących na całym NFZ-owskim medycznym rynku zasadach, nieprawdaż?
Dlatego właśnie historia zatrudnienia w Szpitalu Południowym Dawida Kacprzyka i wypłacania mu ze szpitalnej kasy ogromnych kwot będzie bulwersować nawet bardziej, niż gdyby chodziło np. o wepchnięcie politycznego protegowanego do zarządu którejś ze spółek skarbu państwa.
Ale jeszcze bardziej bulwersować będzie historia „saloniku VIP”, w którym w ciszy, spokoju i całkiem estetycznym jak na szpitalne standardy wnętrzu oczekiwać mieli na swe zabiegi i badania prowadzone poza kolejnością członkowie lokalnej KO. Według źródeł zero.pl taki oto system miał urządzić w Szpitalu Południowym właśnie Kasprzyk.
Gigantyczne zarobki Dawida Kacprzyka nie są tymi jedynymi gigantycznymi zarobkami lekarzy bulwersującymi w ostatnich dniach i tygodniach opinię publiczną.
W mediach i mediach społecznościowych pojawiają się kolejne przykłady lekarskich stawek, które poszybowały do poziomów niemających w zasadzie dobrego odniesienia na rynku pracy. Źródła są zasadniczo dwa.
Pierwsze to oświadczenia majątkowe tych lekarzy, którzy pobierając ogromne gaże, byli jednocześnie na tyle nierozważni, że postanowili nie rezygnować z ambicji politycznych i zostali radnymi na różnych szczeblach samorządu.
Drugie to wyciągi z ogłoszeń publikowanych przez placówki medyczne różnego typu, poszukujących do pracy lekarzy.
Ponieważ przykładów lekarzy osiągających w publicznej, NFZ-owskiej służbie zdrowia zarobki na poziomie kilkuset tysięcy lub nawet kilku milionów złotych rocznie jest coraz więcej i więcej, zaś system ochrony zdrowia jest oceniany przez Polaków jako z jednej strony wiecznie niedofinansowany, z drugiej wiecznie niewydolny, nic dziwnego, że budzi to coraz bardziej gniewny społeczny sprzeciw.
Moment wydaje się idealny, by brać ten temat na sztandary w przyszłych politycznych kampaniach. PiS już to zrobił, a historia Szpitala Południowego i Dawida Kacprzyka to dla tej partii zupełnie niespodziewany prezent od warszawskich struktur KO.
***
Prawicowa MaBeNa początkowo dość opornie synchronizowała się wokół tematu lekarza-radnego i Szpitala Południowego. Część polityków PiS wraz z mediami Tomasza Sakiewicza (TV Republika, Gazeta Polska, Niezalezna.pl) przez dłuższą chwilę wolała grzać historię groteskowej berlińskiej kaźni Roberta Bąkiewicza i jego gwardzistów. Być może także dlatego, że Sakiewicz niechętnie podejmuje tematy swej konkurencji na prawicy – a Kanał Zero jest przez niego postrzegany jako konkurent o numerze jeden.
Ostatecznie jednak, jak zwykle, prawica się dostroiła – wyczuwając, że prawdziwe polityczne złoto nie leży aktualnie na berlińskim bruku, lecz na warszawskim Ursynowie. Temat Szpitala Południowego i mającego w nim funkcjonować „saloniku dla VIP-ów” będzie powracał aż do wyborów parlamentarnych, tak samo, jak postać Dawida Kacprzyka.
Rzecz jasna obie historie będą dla prawicy równie użyteczne, jeśli podjęta zostanie próba przeprowadzenia w Warszawie referendum w celu odwołania Rafała Trzaskowskiego. A w ramach przedwyborczej ofensywy będzie to całkiem prawdopodobne.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Komentarze