0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Mateusz MirysIlustracja: Mateusz ...

Donald Tusk przemówił w ubiegłym tygodniu w Sejmie, mówiąc o „marszu w stronę brunatnego krajobrazu”, którą to drogą prowadzi Polskę prawica w swej coraz bardziej i bardziej radykalnej kampanii nienawiści wobec Ukrainek, Ukraińców i Ukrainy.

Po dość gorącej wewnątrzredakcyjnej dyskusji opublikowaliśmy treść tego wystąpienia w OKO.press. Mamy jednak do niego kilka sporego kalibru zastrzeżeń. Czas o nich porozmawiać.

Podobnie jak czas też porozmawiać o Donaldzie Tusku i jego co najmniej ambiwalentnej roli w procesie radykalizacji antyukraińskich nastrojów polskiego społeczeństwa. A także o jego, nazwijmy to po imieniu, choć zabrzmi to bardzo nieprzyjemnie, politycznym oportunizmie, za który już w niedalekiej przyszłości możemy zapłacić bardzo wysoką cenę.

Mowa Tuska stanowiła retorycznie mocną odpowiedź na przekroczenie przez polityków prawicy kolejnych czerwonych linii w prowadzonej przez nich od 2023 roku antyukraińskiej kampanii. Janusz Kowalski zaledwie dzień wcześniej wzywał do tropienia Ukraińców pracujących w polskiej administracji publicznej i samorządowej. Przemysław Czarnek z kolei mówił o „pasożytach” i „zdrajcach interesu narodu polskiego”. Donald Tusk odnosił się do tych skandalicznych wypowiedzi bezpośrednio, nawet je cytował. Postawił twardą diagnozę: Polska brunatnieje, politycy prawicy przekraczają kolejne do niedawna nieprzekraczalne granice w kampanii nienawiści wobec Ukrainy i Ukraińców, w ten sposób w Polsce zwycięża narracja Kremla, a nastroje polskiego społeczeństwa niebezpiecznie się radykalizują.

Tę diagnozę w pełni podzielamy. Skąd więc nasze zastrzeżenia?

Przeczytaj także:

Osią dyskusji w redakcji OKO.press dotyczącej wystąpienia premiera był fakt, że to, co Tusk w Sejmie mówił, stało w bardzo jaskrawym kontraście z polityką prowadzoną przez niego i jego rząd wobec Ukraińców i Ukrainy w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy. Tusk mówi więc zupełnie co innego, niż rzeczywiście robi. A część odpowiedzialności za postępujące brunatnienie Polski ponosi on sam wraz ze swoją formacją.

I o tym właśnie chcemy porozmawiać.

„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Zastrzeżenie pierwsze: Publicysta zamiast premiera

W swym sejmowym wystąpieniu Tusk wszedł w bardzo wygodną i zarazem niezobowiązującą rolę. Objawił się mianowicie w roli szczerze zatroskanego o losy brunatniejącej Polski publicysty.

Zupełnie za to nie był tej Polski premierem. Mówił z pozycji intelektualisty, być może historyka, w każdym razie obserwatora zatrwożonego na widok procesu, którego nie jest w stanie powstrzymać i któremu nie jest w stanie się przeciwstawić.

Szef rządu nie podał literalnie ani jednego sposobu powstrzymania opisanej przez siebie brunatnej fali, którego miałyby spróbować czy to polskie państwo, czy to rządząca koalicja, czy to jego własne ugrupowanie.

Nie przedstawił żadnych propozycji zmian w prawie. Nie zasugerował też żadnych rozwiązań o charakterze prawnie, by tak rzec, kontrowersyjnym, od których wcale przecież nie stroni – od ośrodka w Gostyninie po pokazowe deportacje Ukraińców z ostatnich tygodni i miesięcy.

Nie ogłosił, co ma przecież w takich sytuacjach w zwyczaju, że właśnie zobowiązał ministrów Kierwińskiego, Siemioniaka i Żurka, by polskie służby oraz wymiar sprawiedliwości bardziej wytrwale tropiły przejawy nawoływania do nienawiści na tle etnicznym czy rasowym i że ich z tego niebawem rozliczy.

Ba, nie zapowiedział nawet – co samo w sobie byłoby oczywiście już raczej humorystyczne, zważywszy na rangę problemu – powołania na przykład jakiegoś międzyresortowego zespołu, którym miałby się kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości i w bliżej nieokreślony sposób zająć opracowaniem strategii zawracania brunatnej fali.

A zatem: Donald Tusk-publicysta wygłosił w Sejmie bardzo mroczną diagnozę, z której pośrednio wynikałoby, że Donald Tusk-premier jest politykiem, którego brunatna fala po prostu zaleje. Jednocześnie jednak Tusk-publicysta nie sformułował żadnych rad dla Tuska-premiera.

Zastrzeżenie drugie: Maska Mordake’a

Tymczasem, gdy Tusk-publicysta załamuje ręce nad marszem Polski coraz dalej i dalej na prawo, Tusk-premier w sferze czynów bardzo konsekwentnie postępuje na odwrót.

Można mówić o Janusowej twarzy premiera, można mówić o Tusku-Jekkylu i Tusku-Hydzie, nam jednak najbardziej pasuje metafora Edwarda Mordake’a, postaci z miejskich legend XIX-wiecznego Londynu i całkiem już współczesnych piosenek Toma Waitsa. Mordake miał mieć z tyłu głowy drugą, nieco mniejszą od tej właściwej twarz. W dodatku ta nadmiarowa z twarzy miała mieć w zwyczaju szydzić i wykrzywiać się w grymasach w momentach, gdy podstawowa twarz Mordake’a wyrażała emocje zupełnie przeciwnej, zbożnej i cnotliwej natury.

To całkiem trafnie wydaje się oddawać dwoistą naturę Donalda Tuska – za dnia liberalnego demokraty, nocami nowego populisty.

Ale być może żadnej metafory nie trzeba. Być może Donald Tusk jest po prostu politykiem krótkowzrocznym. Takim, który wyniesiony do władzy głosami obrońców demokracji, praworządności i wartości społeczeństwa obywatelskiego, sam sobie do końca z tego nie zdając sprawy, summa summarum sprawuje rządy w stylu prawicowego soft-populisty.

W sposób najbardziej jaskrawy objawia się to właśnie w stosunku Tuska do Ukraińców i Ukrainy.

Mamy za sobą serię pokazowych deportacji Ukraińców, którzy popełnili wykroczenia skutkujące ogólnopolską paniką moralną w mediach społecznościowych. Zaczęło się od koncertu Maxa Korża i deportowania kilkudziesięciorga bardzo młodych Ukraińców za wybryki w rodzaju wywracania barierek i wskoczenia na płytę Stadionu Narodowego. Całkiem niedawno deportowany został ukraiński influencer, który wbrew wszelkim zakazom wjechał samochodem nad tatrzański staw Morskie Oko. Jeszcze później to samo spotkało Ukraińca, który złowił i wywiózł w bagażniku auta ogromnego suma z warszawskiego jeziorka Balaton.

Każdy z tych czynów był wykroczeniem zagrożonym relatywnie niewysoką karą. Każdą z tych kar można było wyegzekwować z pomocą policji (Morskie Oko) i sądów. Zamiast tego na osobisty rozkaz premiera sprawcy zostali deportowani z 5-cioletnim zakazem wjazdu do strefy Schengen. W wypadku historii znad Morskiego Oka premier informował o tym na własnym profilu na platformie X.

Schowane do kieszeni zostały fundamentalne wartości demokracji – takie jak równość wobec prawa, prawo do sądu, a nawet nieuchronność kary (bo deportacja nie jest karą, lecz specyficznym środkiem bezpieczeństwa stosowanym przez państwo).

Czytelnicy OKO.press, którzy masowo uczestniczyli we współorganizowanej przez OKO.press zbiórce „Pomóżmy Ukraińcom” na rzecz starszych, chorych czy niepełnosprawnych ukraińskich uchodźców wykluczonych przez rząd Donalda Tuska z polskiego systemu opieki zdrowotnej wiedzą też doskonale, że premier potrafi schować do kieszeni i takie wartości, jak elementarny humanitaryzm. Na koncie zbiórki jest już ponad 1 mln 915 tys. zł.

Teraz zaś, dosłownie teraz, z ogromnym niepokojem czeka na jutro 11 tysięcy ukraińskich uchodźców, którzy do dziś mieszkali w „wygaszanych” obecnie tak zwanych Ośrodkach Zbiorowego Zakwaterowania. Tak, chodzi o ludzi, którzy nie zdołali się w Polsce w pełni usamodzielnić, bardzo często zresztą mając ku temu bardzo obiektywne powody. O ich dramatycznej sytuacji pisze w poruszającym tekście Agnieszka Kosowicz z Polskiego Forum Migracyjnego.

Nie sposób nie widzieć tej drugiej twarzy Donalda Tuska nawet wtedy, gdy premier prawi nam mądre, ale niestety nieco obłudne słowa o rosnącym zagrożeniu faszyzacją Polski z sejmowej mównicy.

Zastrzeżenie trzecie: Tusk i okno Overtona

To się zaczęło wcześniej, niż chcemy to przyznawać. Najprawdopodobniej wtedy, gdy jeszcze za schyłkowych rządów PiS-u, a już u progu kampanii wyborczej 2023 roku trwała wielka awantura o wjeżdżające pociągami do Polski ukraińskie zboże. To właśnie wtedy, z Michałem Kołodziejczakiem już prawie u boku, Donald Tusk po raz pierwszy postanowił złapać brunatny antyukraiński wiatr w swe śnieżnobiałe żagle. Trudno powiedzieć, w jakim stopniu Tusk zdawał sobie sprawę z tego, że ten wiatr niesie w sobie zgniły oddech Kremla, w każdym razie zrobił to. I to od razu z rozmachem. Cytując słowa jednego z protestujących przeciwko importowi zboża rolników. ogłosił, że „Do Polski wjeżdża najgorszy syf”. Powielił przy tym narrację rosyjskiej propagandy o „robakach” znajdujących się w zbożu z Ukrainy.

Niemal równolegle, również przed wyborami 2023 roku Platforma Obywatelska rozkręciła własną kampanię antymigrancką – alternatywną wobec tej prowadzonej symultanicznie przez PiS. O ile zaś PiS straszył migrantami, by bić w PO, o tyle PO straszyła migrantami, by bić w PiS. Przypomnijmy spot Platformy z tej kampanii, który sami porównaliśmy do materiałów rodem z TVP Kurskiego.

Albo wróćmy do snutej przed wyborami przez Platformę opowieści o „setkach tysięcy migrantów”, których miał do Polski wpuścić skorumpowany PiS w ramach afery wizowej (sama afera była faktem, choć miała skalę bezporównania mniejszą, niż wskazywały na to wypowiedzi Tuska i innych polityków ówczesnej opozycji — demaskowaliśmy to wówczas w OKO.press). Retoryka antyimigrancka to równoległy wobec tej antyukraińskiej, ale w pełni z nią spójny wątek zwrotu w stronę prawicowego populizmu, który można było w ostatnich latach obserwować w wykonaniu Tuska.

Narracja antyukraińska pobrzmiewała już regularnie w tle retoryki Donalda Tuska i jego partii przed przegranymi wyborami prezydenckimi w roku 2025. Jedną ze sztandarowych obietnic wyborczych Rafała Trzaskowskiego okazała się ta, która dotyczyła odebrania prawa do 800 Plus niepracującym Ukraińcom. Choć Trzaskowski przegrał, to ta obietnica została zrealizowana – pod presją Nawrockiego, ale bez oporu ze strony rządu. Efekty już widać: 800 plus tracą nie tylko rodziny najbiedniejsze (chodzi np. o matki, które samodzielnie wychowują dzieci i z różnych powodów nie mogą podjąć pracy), ale też takie, w których dorośli pracują – ZUS na masową skalę spóźnia się z rozpatrywaniem ich wniosków. Dzieje się więc dokładnie to, przed czym w OKO.press ostrzegali eksperci.

To także czas, w którym język, którym premier opowiada o relacjach Polaków i Ukraińców już trwale stał się językiem ciężaru, umęczenia, zawiedzionej wdzięczności i niespełnionych nadziei. Tusk używa tego języka wbrew wszelkim faktom: w rzeczywistości ukraińscy uchodźcy – ze względu na bardzo wysoki wskaźnik zatrudnienia – istotnie dokładają się do wzrostu gospodarczego, którym tak lubi chwalić się premier. Jednocześnie „biorą” od państwa polskiego nieproporcjonalnie mało.

Osiągnęło to rodzaj apogeum bardzo już niedawno, kiedy Donald Tusk generalnie zgodził się z pomysłem Karola Nawrockiego, by odebrać Wołodymyrowi Zełenskiemu order Orła Białego w odwecie za nazwanie jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imieniem „bohaterów UPA”. "Choć sam mógłbym zareagować inaczej niż Karol Nawrocki, to rozumiem jego stanowisko i nie zamierzam go podważać” – mówił wtedy premier.

„Z pojedynczych incydentów, z pojedynczych wyzwisk, z pojedynczych wyskoków medialnych, zaczyna robić się fala. Fala, która nie tylko upokarza przyzwoitych, uczciwych, patriotycznych Polaków, ale która zaczyna być niebezpieczna z punktu widzenia istoty Rzeczpospolitej” – mówił w Sejmie Tusk.

Premier najwyraźniej nie dostrzegał, jak bardzo sam przyczynił się do przesuwania w tej materii okna Overtona. Historia wielokrotnie nam dowiodła, że to liberałowie i politycy umiarkowani wraz z „normalsami” z klasy średniej dokonują pierwszych małych kroczków na drodze do radykalizacji społeczeństwa. Kroki wykonywane przez partie skrajne są dłuższe i bardziej spektakularne, ale następują zwykle wtedy, gdy pierwsze bariery zostały już niepostrzeżenie wyłamane. Właśnie o tym – o antyukraińskim oknie Overtona, czyli procesie stopniowego, niemal niedostrzegalnego poszerzania społecznej akceptacji dla kontrowersyjnych poglądów: od tych nie do pomyślenia, przez radykalne, po dopuszczalne – pisze w OKO.press Anna Mierzyńska.

Zastrzeżenie czwarte: Prawicowy mimetyzm

Przekonanie o tym, że dominujące nastroje społeczne są siłą, której politycy nie są w stanie zawrócić, obowiązywało w otoczeniu Donalda Tuska dosłownie od zarania Platformy Obywatelskiej i zawsze było piętą achillesową tej formacji. Było i jest w tym, najprawdopodobniej nie do końca świadome wyrzeczenie się politycznej mocy formowania rzeczywistości na rzecz tą rzeczywistością reaktywnego zarządzania. Były w historii III RP momenty, w których Polacy naprawdę takiego podejścia od polityków potrzebowali, na przykład tuż po burzliwych i niestabilnych rządach koalicji PiS-LPR-Samoobrony w okolicy roku 2007. Generalnie jednak zawsze kończyło się stopniowym oddawaniem pola ofensywnej i jak najbardziej wierzącej we własną moc politycznego formowania realiów i nastrojów społecznych prawicy.

Po wyborach 2023 roku ta strategia stała się jednak własną karykaturą. Po odebraniu władzy PiS koalicja, na której czele stał Donald Tusk, miała zadziwiające wręcz problemy ze sformułowaniem jakiejkolwiek względnie spójnej i względnie wspólnej propozycji na to, jak ma wyglądać Polska po PiS. Dość szybko zresztą niemrawe próby sformułowania takiej propozycji zostały porzucone. Zaczęła się relatywnie krótka epoka wyczekiwania na wybory prezydenckie, czyli na moment, w którym koalicja 15 października miała wymienić lokatora pałacu przy Krakowskim Przedmieściu i wreszcie rozpocząć w pełni samodzielne rządy i proces naprawy Polski.

W kampanię wyborczą Koalicja Obywatelska pod rządami Donalda Tuska wkroczyła jednak naznaczona defetyzmem i lękiem wywołanym przez zwycięstwo Donalda Trumpa w USA, co w otoczeniu Tuska zostało uznane za epokowy przełom wyznaczający kurs Zachodu na długie lata. Duch historii wieje teraz z prawej strony, nic z tym nie zrobimy – mówili sobie stratedzy wokół premiera.

I tak narodziła się jedna z najdziwniejszych strategii wyborczych współczesnej Europy, w której partia liberalna – w dodatku skupiona wokół kompletnie nienadającego się do tego kandydata – próbowała pozować na nowoczesnych prawicowych populistów. Reaktywnie i mniej lub bardziej nieudolnie podpinała się przy tym pod niemal każdą ofensywną narrację narzucaną przez prawdziwych prawicowych populistów, reprezentowanych już na polskim rynku przez trzy różne ugrupowania. W ramach tej strategii KO porzucała kolejne obietnice własne i koalicyjne i stopniowo przejmowała język i sposób opowiadania o świecie i jego problemach uformowany przez populistyczną prawicę.

I tak oto sympatyczny liberalny inteligent Rafał Trzaskowski, podwijając rękawy koszuli, raz musiał udawać zatwardziałego militarystę, raz zaś zżymać się na ciężary ponoszone przez Polskę na rzecz Ukrainy i Ukraińców. Donald Tusk musiał „bronić polskiego munduru”, co ostatecznie spuentowane zostało sądowym triumfem ubranego w neonazistowską koszulkę byłego żołnierza uniewinnionego z zarzutów dotyczących chaotycznego otwarcia ognia do grupy migrantów przemieszanych z szamoczącymi się z nimi żołnierzami i strażnikami granicznymi.

Ten prawicowy mimetyzm Koalicji Obywatelskiej z okresu kampanii wyborczej wyraźnie wszedł Donaldowi Tuskowi i części jego otoczenia w krew. Miało to jednak bardzo wymierne skutki w zakresie przesuwania suwaka politycznych nastrojów w obrębie polskiego społeczeństwa.

Czas, w którym liberałowie przestali bronić wartości liberalnej demokracji i o nie walczyć, był momentem kapitulacji przed prawicową falą.

Tą samą falą, która stopniowo zmieniała i zmieniała barwę, aż w końcu Donald Tusk zauważył, że jej kolor stał się brunatny.

Zastrzeżenie piąte: Odpowiedzialność

III RP skończyła przed nieco ponad tygodniem 37 lat. Z tych 37 lat przez łącznie niemal równe 10 Polską rządził nie kto inny, a Donald Tusk. Pod tym względem obecny premier osiągnął ilościowy remis ze swym głównym adwersarzem Jarosławem Kaczyńskim – tyle że Kaczyński rządził oczywiście najczęściej z tylnego, nie przedniego fotela.

Żyjemy więc w Polsce, która przez ostatnich 20 lat formowana była dokładnie na równi przez Tuska i Kaczyńskiego. Dotyczy to zarówno stanu państwa, jego instytucji i regulacji, jak i tego pośrednich skutków. A zatem stanu społeczeństwa i jego nastrojów i emocji.

Mamy więc państwo, które nie do końca jest w stanie skutecznie się bronić przed rosyjską dezinformacją i sponsorowanymi przez Kreml narracjami propagandowymi, które potrafią być tak skuteczne, że ich efektem jest nawet powstanie partii zdolnej do przekroczenia progu wyborczego.

Mamy więc państwo, które jest kompletnym Dzikim Zachodem Europy w zakresie regulacji internetu i mediów społecznościowym, państwo, które nawet nie próbuje oponować przeciwko wszechwładzy Big Techów, ich algorytmów i ich polityczno-biznesowych klientów nad prowadzonym w sieci dyskursem.

To państwo, w którym Big Techy nie odpowiadają nawet za publikację scamerskich reklam ze zdjęciami czołowych polskich polityków i urzędników. I w którym powielanie w mediach społecznościowych rosyjskich narracji propagandowych jest niemal całkowicie bezkarne.

Mamy też państwo, w którym media publiczne straciły całą powagę i znaczną część zasięgów, zamienione w narzędzie wspierania polityki formacji aktualnie rządzącej. Oczywiście TVP Kurskiego pobiła w tym zakresie rekordy ustanowione za czasów Jaruzelskiego i Urbana, ale i te dzisiejsze media publiczne w swym zakresie informacyjnym stoją o lata świetlne od słynnych standardów BBC.

Mamy państwo, które nie jest zdolne do ścigania dużej części przestępstw popełnianych z nienawiści lub polegających na do nienawiści podżeganiu, bowiem prawo albo nie nadąża za realiami roku 2026 albo nigdy nie zostało do końca dobrze doformułowane.

Mamy więc państwo, które pod wieloma względami nie radzi sobie ze swymi podstawowymi zadaniami obronnymi w wojnie kognitywnej. A Donald Tusk pozostaje tego państwa współtwórcą dokładnie na równi z Jarosławem Kaczyńskim.

Zastrzeżenie szóste: To nie jest zabawa bez konsekwencji

Żyjemy w mrocznym i niebezpiecznym momencie historycznym. Jesteśmy prawdopodobnie w przededniu realnego testu jedności NATO, na który prędzej (raczej prędzej) lub później odważy się putinowska Rosja.

Nie, to nie będzie wielki frontalny atak na Europę nawałą pancerną rodem z zimnowojennych wyobrażeń, bo wraki czołgów, które miałyby do niej posłużyć, od dawna rdzewieją na polach bitew Ukrainy, a Putin mimo swych najszczerszych chęci nie jest i nie będzie w stanie przestawić swego dysfunkcyjnego i skorumpowanego państwa na gospodarkę wojenną rodem z epoki Stalina.

Będzie to najprawdopodobniej selektywne i ograniczone uderzenie na jedno z państw rejonu Morza Bałtyckiego, być może bardziej podobne w stylu do operacji na Krymie z 2014 roku niż do pełnoskalowej wojny, być może zaś oparte głównie na dronowo-rakietowym nękaniu wybranego, relatywnie niewielkiego obszaru. Możliwe scenariusze na podstawie raportów think-tanków i służb wywiadowczych i rozmów ze światowej klasy ekspertami opisuje w OKO.press Paulina Pacuła.

To będzie właśnie moment, w którym polski rząd znajdzie się w samym środku historii przez wielkie „H”. To od reakcji Polski na takie zagranie Rosjan będzie w dużej mierze zależeć bezpieczeństwo regionu, a być może także przyszłość NATO. Niezależnie od tego, czy celem Rosjan stanie się któreś z państw bałtyckich, któraś z bałtyckich wysp, czy może daleka północ Finlandii, to właśnie Polska jest tym krajem regionu, którego zdecydowana reakcja i siła wojskowa mogą być tu czynnikiem przesądzającym. Tyle tylko, że taka reakcja będzie wymagać odwagi, nonkonformizmu i gotowości na zapłacenie za nią sporej politycznej ceny.

A zatem zupełnie nie tego, co demonstruje swoją strategią prawicowo-populistycznej mimikry Donald Tusk.

Krytykowaliśmy w OKU rządy Andrzeja Dudy i Mateusza Morawieckiego niezliczoną ilość razy. Naszym odbiorcom nie trzeba tłumaczyć, jaka jest nasza linia redakcyjna wobec reprezentowanego przez nich prawicowego populizmu.

Jedno trzeba jednak im przyznać. Gdy Duda i Morawiecki znaleźli się oko w oko z Historią przez wielkie „H”, co przydarzyło im się jedynie raz i aż raz w trakcie ich rządów, stanęli na wysokości zadania. Zgodnie z polską racją stanu i polskim interesem przeszli do porządku dziennego nad antyukraińskimi resentymentami całkiem istotnej części własnego elektoratu i w trybie niemal natychmiastowym udzielili zaatakowanej przez Rosję Ukrainie potężnego wsparcia. Polska stanęła w awangardzie reakcji Zachodu na rosyjską agresję i ostatecznie pociągnęła za sobą niemal całą Europę. Rosja dostała odpór, którego nigdy się nie spodziewała, a Ukraina do dziś skutecznie broni swej niepodległości.

Duda i Morawiecki ponieśli jednak określone polityczne koszty tamtych odważnych decyzji o historycznym znaczeniu. Nie chodzi nawet o utratę władzy, bo na to w tamtym momencie PiS-owska kleptokracja była już po prostu skazana, lecz o to, że ich obozowi politycznemu wyrosła na prawicy całkiem poważna jawnie prorosyjska i jawnie antyukraińska konkurencja.

Dziś znaleźliśmy się w momencie, w którym Polska przy niemal zupełnej bierności państwa i mieniącej się demokratami części klasy politycznej przegrywa z kretesem wojnę kognitywną z Rosją prowadzoną o rząd dusz w kwestii ukraińskiej. I to jest także jedna z podstawowych przyczyn, dla których w Polsce wzbiera dostrzeżona w końcu przez premiera brunatna fala.

I tu pojawia się nieco przerażające pytanie, czy rząd Donalda Tuska, który nie potrafił w warunkach pokoju przeciwstawić się nastrojom antyukraińskim, umiejąc jedynie za nimi podążać, będzie w stanie przeciwdziałać analogicznej strategii stosowanej przez Moskwę w ramach ostatecznego testu sojuszniczej lojalności członków NATO?

Bo na pewno znajdzie się wtedy jakiś Łotysz, który złowi suma, znajdą się internauci krzyczący, że poniżej godności Polaka jest umierać za Dyneburg, Narwę lub Gotlandię, znajdą się zasoby petersburskich farm trolli gotowe im w tym pomagać.

Znajdą się też polscy zdrajcy gotowi układać się z Moskwą. I znajdą się też sążniste analizy, z których wyniknie, że wpisy wyrażające niechęć do zaangażowania Polski w konflikt osiągnęły 727 „milionów zasięgu w internecie”. I znów znajdą się wielce zatrwożeni ważni politycy koalicji kiwający nad tymi danymi głowami.

Co zrobi z tym Donald Tusk? Problem polega na tym, że tego właśnie nie wiemy.

***

Opisana w Sejmie przez Tuska-publicystę wzbierająca w Polsce brunatna fala jest faktem. Do wyborów, które mogą przesądzić o tym, czy Polska ostatecznie zamieni się w brunatną sadzawkę bez dostępu do tlenu za to pełną kremlowskich wyziewów, pozostało zaś niewiele ponad rok, choć po drodze mogą nas czekać jeszcze wstrząsy, których za naszego życia nie oglądaliśmy.

To nie jest czas na rządy premiera z twarzą Mondrake'a, który w dzień załamuje ręce nad brunatną falą, a w nocy z marnym skutkiem próbuje na niej surfować. To jest czas na rządy premiera, który nie chce zostać ostatnim szefem rządu niebrunatnej Polski – i który jest gotów na odwagę, bezkompromisowość i wizję.

Donaldzie Tusku, przebudź się.

Na zdjęciu Witold Głowacki
Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.

Komentarze